Tag Archive: pijaństwo

  1. Lot

    Leave a Comment Opowieść o zmagającym się z nałogiem pijaństwem kapitanie linii lotniczych Williamie „Whip” Whitakerze. Gdy pewnego dnia, kierując pasażerskim samolotem, lądując awaryjnie, ocala od śmierci 96 ze 102 pasażerów, mimo że przez mass media, zostanie okrzyknięty bohaterem, okaże się, iż to wydarzenie stanie się dla niego wielką życiową próbą, w ramach której będzie miał okazję rozprawić się ze swym alkoholizmem. Whitaker mimo tego, iż dzięki swym wielkim zdolnościom lotniczym uratował niemal wszystkich z powierzonych sobie ludzi, w chwili wypadku był jeszcze pod wpływem alkoholu (poprzedniej nocy oddawał się bowiem rozpuście i pijaństwu), a w pobranej u niego krwi wykryto obecność tej substancji. Choć prawnik reprezentujący głównego bohatera doprowadza do tego, iż wyniki wykazujące obecność alkoholu we krwi zostają unieważnione, przed Williamem w pewnym momencie i tak staje dylemat, czy przyznać się, iż pilotował samolot  pod wpływem alkoholu, czy jednak temu zaprzeczyć? Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej film ten – pomimo poważnych wad (o których szerzej poniżej) – niesie za sobą lekcje moralne, których pozytywne przesłanie trudno zakwestionować lub zlekceważyć. Jak się już zapewne Czytelnik tego opisu domyśla, najważniejszą  lekcję zawartą w tej produkcji jest pokazanie destrukcyjnej siły tkwiącej w grzechu pijaństwa, przy jednoczesnym wskazaniu na to, iż można zeń się wyzwolić, choć droga do tego nie musi być prosta, łatwa i usłana różami. Film ów wynosi też na piedestał takie cnoty i dobre postawy życiowe jak uczciwość, prawdomówność oraz gotowość do brania odpowiedzialności za własne czyny. Należy też przy tym wspomnieć, iż osoba Pana Jezusa oraz chrześcijaństwo są tu – choć może nie tak często – pokazywane w przychylnym i aprobatywnym tonie. Co więcej, przynajmniej w jednej ze scen, widzimy, jak główny bohater w bardzo krytycznej dla niego sytuacji prosi Boga o pomoc i udaje mu się z owej okoliczności wyjść w sposób właściwy i godny do naśladowania. Niestety jednak, jak to już zostało wspomniane wyżej, film ów ma też swoje poważne wady. Obok obfitości wulgarnej mowy, taką wadą jest tu sposób pokazywania wolnego związku, w jaki jest zaangażowany William Whitaker. Jest on mianowicie po rozwodzie, a mimo to angażuje się w intymną, seksualną relacją z Nicole (która nota bene zmaga się z uzależnieniem od narkotyków). Ten niemoralny i występny przecież związek nie jest tu nie tylko wyraźnie krytykowany, ale nawet został pokazany w sposób, który może zasugerować, że stał się on jednym z ważnych źródeł ratunku dla głównego bohatera. Nie możemy zgodzić się na takie przedstawianie owego występku, gdyż jednego grzechu (pijaństwa) nie wypędza się drugim grzechem (cudzołóstwem). Mirosław Salwowski /.../
  2. Home Run

    Leave a Comment Cory to utalentowany zawodnik baseballa.  Niestety pogrąża się on coraz bardziej w pijaństwie, co powoduje różne kłopoty odbijające się również na jego medialnym wizerunku. Dostrzega to jego menadżerka, Helene, która po to by poprawić medialny wizerunek swego podopiecznego, wysyła go na chrześcijańską terapię dla uzależnionych od alkoholu.  Helene chce odpowiednio nagłośnić tą okoliczność po to, by Cory wrócił do łask mass mediów, jako sportowiec o dobrej reputacji (w tym celu zachęca ona go też, by pomagał miejscowym dzieciom w nauce baseballa). Cory początkowo przystaje na to niechętnie, czego wyrazem jest np. to, iż uczestnicząc w terapii dla uzależnionych od alkoholu, skrycie trzyma w lodówce pełno butelek z mocnymi trunkami.  Innymi słowy,  chce on odstawić pokaz dla mass mediów, ale raczej nie zamierza na poważnie zmierzyć się ze swym pijaństwem, a także trudną przeszłością. Rozwój wypadków zmusi go jednak do stanięcia twarzą w twarz z różnymi trapiącymi go grzechami i problemami. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej „Home Run” jest piękną, silną i wyrazistą, acz nie „przesłodzoną” i „cukierkowatą” (co niestety jest pewnym mankamentem wielu dobrych chrześcijańskich filmów) opowieścią o Bożej łasce, która odmienia nasze serca, łamie moc grzechu i leczy rany.   Jest to więc z pewnością film stricte chrześcijański i ewangelizacyjny, gdyż przesłanie o Panu Jezusie, nawróceniu, modlitwie i zerwaniu z grzechem zostało w nim  mocno wyeksponowane (acz uniknięto przy tym popadnięcia w pułapkę pewnego zbyt nachalnego dydaktyzmu). Oprócz kwestii niszczących skutków pijaństwa (które w wypadku głównego bohatera są tu pokazane jako niejako „dziedziczone” przez pokolenia) w swych pobocznych wątkach film ten wskazuje też na problem innych uzależnień, a więc np. narkotyków czy pornografii.  Mowa jest tu też o wartości zadośćuczynienia za popełnione przez siebie zło, a także powadze i roli ojcostwa. Pewną wadą  filmu wydaje się być to, iż w kilku scenach wyraźnie pokazany jest bardzo bezwstydny i nieskromny strój jednej z bohaterek (chodzi o Helene, menadżerkę Cory’ego), ale jego złe oddziaływanie być może osłabia to, iż postać tak ubrana należy do jednej z najmniej sympatycznych. Podsumowując, „Home Run” to przejmujący film, który wspiera chrześcijańską nadzieję.  Z pewną poprawką na nieskromny strój w nim pokazany, można go z dużym pożytkiem dla dusz oglądać i polecać innym.  Jak trafnie ujął rzecz Max Lucado, autor chrześcijańskich bestsellerów książkowych:  „Home Run przypomina nam o mocy przebaczenia, bogactwie odkupienia i mądrości pozwalającej nam zaufać Bogu, który jedynie może nas odnowić i uzdrowić”.  Mirosław Salwowski /.../
  3. Thelma i Louise

    Leave a Comment Słynny i wielokrotnie nagradzany film zaliczany do tzw. kina drogi. W wypadku tej produkcji nowością było jednak, iż główni, przemierzający długą trasę, bohaterowie, to nie mężczyźni, a kobiety – a konkretnie tytułowe Thelma i Louise. Głównym tematem owego filmu jest pewnego rodzaju ucieczka bohaterek w podróż po wielkich połaciach USA od codziennych problemów i bolączek. W tle pojawia się tu jednak wątek kryminalny, gdyż Thelma i Louise, w nie do końca zamierzony sposób, zabijają człowieka i chociaż, obiektywnie rzecz biorąc, sytuacja, w której to uczyniły, sprawiała, iż mogły  w dość łatwy sposób dowieść swej niewinności (gdyż była to obrona przed zgwałceniem) to jednak nie wierzą one, iż sąd da wiarę ich wersji wydarzeń – dlatego też postanawiają uciekać przed wymiarem sprawiedliwości. „Thelma i Louise” niestety nie jest tylko opowieścią o podróży, w której odrywamy się na chwilę od codziennych trosk i kłopotów. Nie jest to też tylko film o wadach ludzkiego systemu niesprawiedliwości i zagubionych przez to ludziach.  Ta produkcja jest bowiem bardziej historią uciekania od tradycyjnej moralności chrześcijańskiej i sugestią, że „patriarchalne” społeczeństwo niemal zawsze musi być złe. Podczas tej podróży, bohaterki nadużywają alkoholu, palą papierosy, używają wulgarnego języka, nieskromnie tańczą z mężczyznami, uczą się kradzieży i braku szacunku dla władzy, a jedna z nich nawet zdradza swego męża z dopiero co poznanym młodym kowbojem. Wszystko to zaś jest pokazane w takiej otoczce, by na płaszczyźnie emocjonalnej widz raczej sympatyzował z wymienionymi wyżej występkami, aniżeli odwracał się od nich z obrzydzeniem. I tak np. Thelma, owszem, cudzołoży, ale wszak jej prawowity mąż to brutal, który ją bije i poniża (w takim kontekście nasze serce łatwo powie nam: „Ach biedna kobieta, niech przynajmniej teraz trochę cieszy się życiem„). Kobiety co prawda kradną i łamią prawo, ale są przecież ścigane przez policję, więc już „z tyłu głowy” podsuwane jest nam tłumaczenie, że „przecież nie mają innego wyboru” i „muszą jakoś przetrwać„. Wielka szkoda, że ten zły, bezbożny i niemoralny film wszedł do klasyki hollywoodzkiej i światowej kinematografii. Dałby Bóg, aby kiedyś on popadł w kompletne zapomnienie. Mirosław Salwowski /.../
  4. Pod Mocnym Aniołem

    3 komentarze „U kogo „Ach”, , u kogo „Biada”, u kogo swary, u kogo żale, u kogo rany bez powodu, u kogo oczy są mętne? U przesiadających przy winie, u chodzących próbować mieszanego wina (…) twoje oczy dostrzegą dziwne rzeczy, a serce twe brednie wypowie. Zdajesz się spać na dnia morza lub spoczywać na szczycie masztu. << Obili mnie, nic nie czułem, chłostali, nie wiedziałem. Kiedy się zbudzę, jeszcze nadal o nie poproszę>>” (Przysłów 23, 29 – 31; 33 – 35). Powyższe biblijne przestrogi mogłyby zostać uznane za motto dla nowego filmu Wojciecha Smarzowskiego „Pod Mocnym Aniołem”. Najmocniejszym i niekwestionowanym jego punktem jest bowiem ukazanie głębi degeneracji i upadku, do jakich może prowadzić pijaństwo. Widzimy to w dosadny i porażający sposób tak na przykładzie Jerzego (głównego bohatera) jak i większości innych postaci tego obrazu. Niestety jednak na tym wydaje się kończyć lista zalet nowego dzieła Smarzowskiego.  Tradycyjnie już bowiem jak w przypadku innych filmów tego reżysera można wymienić szereg jego wad oraz wątpliwych i dwuznacznych elementów. Przede wszystkim, w „Pod Mocnym Aniołem” wydaje się bowiem brakować jakiegoś mocniej zarysowanego wątku dającego nadzieję . Owszem, nie jest to film otwarcie pesymistyczny tak jak większość obrazów Smarzowskiego. Widzimy tu bowiem dwie postacie co do których zasugerowane zostało, iż udało im się wydobyć z dna do jakiego często prowadzi pijaństwo (postać doktora Granady i – słabiej oraz bardziej dwuznacznie, Joanny). Jednak, co do samego głównego bohatera – Jerzego, do końca nie wiemy, czy uda mu się zerwać z pijaństwem i wytrwać w trzeźwości. Ba, końcowa scena, w której Jerzy prostu z „odwyku” wysiada pod swym ulubionym barem i co prawda do niego nie wchodzi, ale stoi pomiędzy nim, a sklepem z alkoholem, wydaje się raczej bardziej sugerować, iż jednak skończy się to jak zawsze, a nie dobrze.  Szkoda, że reżyser nie nakręcił filmu z „Happy Endem” – byłby to dobry tak dla jego twórczości, jak i znacznej części polskiego oraz europejskiego kina, wyjątek. Druga wątpliwość, jaka nasuwa się przy oglądaniu tego filmu, to również typowe dla Wojciecha Smarzowskiego,  epatowanie widzów najdrobniejszymi, dosadnymi i naturalistycznymi szczegółami moralnych upadków. Wszystko widzimy tu (i słyszymy)  bez większych ogródek – rzygowiny, ubrudzone kałem pośladki, zużyte prezerwatywy, seks, lejąca się z ran krew, nasycony wulgarnością język.  I tradycyjnie pojawia się tu pytanie, czy aby na pewno taka naturalistyczna dosadność w pokazywaniu szczegółów grzechu przynosi więcej dobra czy więcej zła? Uzasadniona szczerość w pokazywaniu grzechu, zła i ludzkich wad nie musi bowiem być zawsze równoznaczna z szokującym wywlekaniem i epatowaniem wszelkimi szczegółami związanymi z bardziej ciemną stroną naszych dusz. Pismo święte, w którym każde zdanie, a nawet poszczególne słowo, zostało spisane dla naszego zbudowania i pouczenia, też jest szczere w pokazywaniu różnych grzechów i nieprawości, ale mimo to zazwyczaj nie epatuje szczegółami na ich temat. Słowo Boże łączy tu bowiem szczerość i prawdziwość relacji z jednoczesną powściągliwością i stonowaniem odnośnie szczegółów. Nie sądzimy, by w celu ukazania obrzydliwości i ohydy grzechu konieczne było rozwodzenie się nad każdym z jego szczegółów. Podsumowując: trudno jest bardziej jednoznacznie ocenić nowy film Smarzowskiego. Jego niezaprzeczalnym walorem jest pokazanie zła pijaństwa, ale forma w jakiej to czyni jest bardzo kontrowersyjna. Co prawda, nie mamy tu też otwartego pesymizmu, ale brakuje przy tym także bardziej wyraźnie optymistycznego przesłania. Tym razem nie dajemy więc omawianemu obrazowi ani pozytywnej ani negatywnej oceny. Z pewnością jednak, nawet dorosłe i dojrzałe osoby, jeśli już zdecydują się oglądać ten film, niechaj to czynią z największą ostrożnością (ze względu na obrazy i język). Dzieci i młodzież zaś trzeba od niego trzymać z dala. Mirosław Salwowski Wspieraj nas /.../
  5. 28 dni

    Leave a Comment Ten film opowiada o pogrążającej się w pijaństwie Gwen (w tej roli Sandra Bullock).  Do pewnego momentu nadmiar w piciu wydaje się być głównej bohaterce czymś w rodzaju fajnej, pełnej barwnych fajerwerków imprezy. W takim podejściu do sprawy utwierdza ją zresztą jej chłopak Jasper, dla którego główną wartością i celem życiowym jest „dobrze się bawić” i nie przejmować się zbytnio niczym. Z biegiem czasu, pijana Gwen zaczyna się wikłać w coraz większe kłopoty. Kiedy zaś pod wpływem alkoholu psuje ślub i wesele własnej rodzonej siostrze, granica zostaje radykalnie przekroczona. Przy okazji, Gwen popada też w konflikt z prawem, gdyż śpiesząc się na tą imprezę, prowadząc po pijanemu samochód powoduje wypadek (w którego efekcie na szczęście nikt nie został jednak ranny). Gwen zostaje więc nagle postawiona przed owocami swego pijaństwa – obrażona i skrzywdzona siostra, bycie sprawczynią skandalu, złamanie prawa, spowodowanie wypadku, który mógł skończyć się czymś jeszcze gorszym. Jako, że główna bohaterka prowadząc i powodując wypadek naruszyła prawo, staje przed sądem, który daje jej do wyboru – odsiadka albo udział w terapii w 28-dniowej terapii dla tzw. alkoholików odbywającej się z jednym z zamkniętych ośrodków.  Gwen ma zatem niecały miesiąc by zerwać z nałogiem i nauczyć się żyć na nowo. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej „28 dni” ma sporo mocnych punktów: 1. Pokazana została w nim niszczycielska natura grzechu pijaństwa. Prawda o tym, że przebieranie miary w piciu alkoholu prowadzi do ranienia siebie oraz osób nam bliskich jest ukazana tu  z dużą wyrazistością. Jednocześnie obraz ów nie zatrzymuje się tylko na odmalowaniu zła owej nieprawości, ale na przykładzie Gwen i części innych bohaterów pokazuje, że istnieje droga wyjścia zeń. 2. Film ów wydaje się zawierać krytyczne aluzje wobec libertyńskiego i hedonistycznego stylu życia.  W sensie werbalnym ów światopogląd jest reprezentowany tu przez Jaspera (chłopaka Glen). On też jest pijakiem i w rozmowie z główną bohaterką mówi jej, że grunt to dobrze się bawić i nie przejmować się zbytnio niczym. Glen jednak odrzuca ten sposób myślenia i wartościowania rzeczywistości, chcąc prowadzić od tej pory dobre i odpowiedzialne życie. 3. „28 dni” zawiera pozytywne odniesienia do wiary w Pana Boga  i modlitwy. Widzimy tam, jak zmagający się z pijaństwem ludzie modlą się „o pogodę ducha” i to, by mogli zerwać z tym co było złe w ich życiu. Co prawda, nie ma tu jasnych odniesień do religii chrześcijańskiej, a więc Pana Jezusa, Pisma świętego (może oprócz jednego zdania, które pada w pewnym momencie)  czy Bożej łaski, ale sama obecność życzliwie pokazanych odwołań do Boga (chociaż określanego tu raczej jako „Siła Wyższa”)  i modlitwy, może być uznana za dobry początek dla duchowych poszukiwań. Takich bardziej jednoznacznych odniesień do chrześcijaństwa nie ma tu, oprócz jednego fragmentu. W filmie tym słyszymy bowiem, jak jeden z bohaterów (prowadzący terapię Cornell) mówi, iż „Bóg nie wkłada na nasze barki ciężarów, większych  niż możemy unieść”. To jest nawiązanie do prawdy wyrażonej w Biblii, że  „ wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać” (1 Kor 10, 13). Omawiany obraz poza wskazanymi dobrymi elementami ma jednak trochę treści niebezpiecznych i dwuznacznych. Otóż zawarte są w nim słowa wulgarne i nieprzyzwoite, pokazana jest częściowa nagość, a także niektóre z czynów o charakterze seksualnym. Także dość sympatyczny sposób przedstawianie jednego z bohaterów, co do którego sugeruje się, że ów jest homoseksualistą, budzi wątpliwości.  Ów wątek utrzymany jest jednak na bardzo umiarkowanym i delikatnym poziomie. A więc mimo, że ów – w domyśle – homoseksualny – mężczyzna został sportretowany życzliwie, to twórcy filmu nie wykorzystali tego, by piętnować „homofobię” albo wkładać w usta aktorów tam grających tyrady o tym, że „geje też mają prawo kochać”, a straszną dyskryminacją jest to, iż nie mogą oni zawierać ze sobą „małżeństw”. Podsumowując: „28 dni” to dobry film, z zasadniczo pozytywnym przesłaniem o złu kryjącym się pijaństwie, drogach wyjścia zeń, potrzebie prowadzenia odpowiedzialnego życia, zawierający życzliwe odniesienia do Boga i modlitwy. Te moralnie mocne punkty owego filmu są jednak nieco osłabiane przez umiarkowaną dawkę nieprzyzwoitej mowy i dość wyraziście pokazanej nagości oraz seksu. Obejrzenie tego filmu może być więc inspirującym i dającym nadzieje przeżycie, jednak warto przy tym zachować niemałą ostrożność. Mirosław Salwowski Wspieraj nas /.../
  6. Dziewczyny ze Lwowa (serial TV)

    Leave a Comment Cztery młode niewiasty z Ukrainy przyjeżdżają ze swego kraju do współczesnej Polski w poszukiwaniu lepszej pracy oraz osobistego szczęścia. Wszystkie one, choć różnią się charakterami, osobowością i wykształceniem jadą do Polski, gdyż w swym kraju, z rozmaitych powodów nie mają już żadnych perspektyw na zdobycie pracy i normalne ułożenie sobie życia. Podejmują się więc one w naszym państwie najprostszych i najmniej cenionych prac w rodzaju sprzątania domów i firm, by przynajmniej niektóre z nich później mogły zająć się czymś dającym większe pieniądze i szanse na zawodowy rozwój. Część z tych dziewczyn w Polsce poznaje też miłości swego życia, mając nadzieję, iż również w sferze uczuciowej ułożą sobie jakoś życie. Można by powiedzieć, iż jest to „zwykły serial o zwykłych ludziach”. I owszem, nie jest to wszak produkcja poświęcona jakimś dewiacjom, bądź ekstrawagancjom. Główne bohaterki tego obrazu to wszak całkiem normalne i reprezentatywne dla większej części płci pięknej niewiasty. Nie są to wszak ani medialne celebrytki, ani nie reprezentują one obyczajowych patologii w rodzaju homoseksualizmu, narkomanii czy transwestytyzmu. Ich życiowe problemy można by powiedzieć, że są „przeciętne”, zrozumiałe i często znane większości ludzi z ich własnego życiowego doświadczenia. Niestety jednak, ta „życiowa normalność” odnosi się również do pokazywanych tam grzechów, które, co gorsza, nie są raczej piętnowane, krytykowane albo ganione. Mamy tu więc np. pijaństwo tytułowych „Dziewczyn ze Lwowa”, które przedstawione jest tak, jakby w zasadzie nie działo się przy nim coś złego, obrzydliwego albo nieprawego. Jedna z bohaterek,  z premedytacją uwodzi seksualnie swego pracodawcę i dalszy rozwój akcji wskazuje na to, iż związek z tego zrodzony będzie szczęśliwy oraz pożyteczny. W serialu tym pokazane są też różne „machloje” i „przekręty” w wykonaniu tytułowych bohaterek począwszy od relatywnie niewinnie wyglądającej „pracy na czarno”, a skończywszy na nielegalnym przemycie – i w tym wypadku sporadyczne głosy nieśmiałej krytyki formułowane przez jedną z drugoplanowych postaci giną w narracji wskazującej na „życiową konieczność” i tym podobne tłumaczenia takich nieprawości (w pewnym momencie człowiek, który zgłasza swe krytyczne uwagi zostaje „przygaszony” ripostą, że przecież sam „na czarno” zatrudniał jedną z ukraińskich kobiet). Serial ten więc pokazuje pijaństwo, cudzołóstwa oraz łamanie prawa w co najmniej neutralnym, by nie powiedzieć, że wręcz życzliwym kontekście, przez co w dużej mierze nie jest budujący i godny polecenia (choć niektóre z pobocznych rzeczy są tu moralnie wartościowe, jak np. krytyka chciwości, wykorzystywania finansowego osób znajdujących się w trudnej sytuacji materialnej, negatywne pokazanie prostytucji oraz lenistwa). Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze polityczny wątek tej produkcji, który niezwykle jednostronnie przedstawia wydarzenia mające miejsce na Ukrainie na przełomie 2013 i 2014 roku. Chodzi oczywiście o słynną „rewolucję godności” na Majdanie, w wyniku której za pomocą przemocy i krwawych rozruchów obalono legalnie i demokratycznie wybranego prezydenta tego kraju, to jest Wiktora Janukowycza. Jak nie trudno się domyśleć, całość owych wydarzeń została pokazana tak, by widzowie doszli do wniosku, iż końcowy ich finał w postaci zbrojnego przewrotu był moralnie usprawiedliwiony i dobry. Jednostronność zaś narracji na temat rewolucji na Majdanie tu pokazana polega zaś choćby na tym, iż mowa jest t tylko o sytuacji, w której siły milicyjne wierne Janukowyczowi używały wobec demonstrantów przemocy, a pomija się te liczne zdarzenia, gdy działo się na odwrót, a więc kiedy to część manifestantów z „Majdanu” inicjowała krwawe zajścia, a także prowokowała i atakowała pasywnie zachowujących się milicjantów. Podsumowując, nie polecamy tej produkcji telewizyjnej, gdyż mamy wrażenie, że znajdujące się w niej plusy nie przeważają ani nie równoważą silnie tam obecnych elementów zła, niemoralności oraz fałszywych doktryn, które dodatkowo zostały pokazane w życzliwy, sympatyczny i sprzyjający ich usprawiedliwieniu sposób.   /.../
  7. Wszyscy jesteśmy Chrystusami

    Leave a Comment Jest to opowieść o tym, jak wielkie rany sobie, bliskim i rodzinie, zadaje osoba, która oddaje się nałogowi pijaństwa. Pismo święte ostrzega przed oddawaniem się tej nieprawości m.in., w takich słowach: „U kogo «Ach!», u kogo «Biada!», u kogo swary, u kogo żale, u kogo rany bez powodu, u kogo oczy są mętne? U przesiadających przy winie, u chodzących próbować mieszanego wina (…) twoje oczy dostrzegą dziwne rzeczy, a serce twe brednie wypowie. Zdajesz się spać na dnia morza lub spoczywać na szczycie masztu. << Obili mnie, nic nie czułem, chłostali, nie wiedziałem. Kiedy się zbudzę, jeszcze nadal o nie poproszę>>” (Przysłów 23, 30 – 31; 33 – 35).  Echo tych biblijnych ostrzeżeń zostało bardzo dobrze odmalowane w tym filmie Koterskiego. Z każdym kwadransem obserwujemy bowiem tu postępujący upadek i degradację głównego bohatera (Adasie Miauczyńskiego).  Nawet jeśli czasami sposób portretowania zachowania się pijaków wywołuje w nas śmiech, to główną myślą i refleksją jaka narzuca się nam przy oglądaniu tego obrazu jest smutek i zatrwożenie do jak wielkiego zła może i nieraz rzeczywiście prowadzi grzech pijaństwa. Wątpliwe by jednak było, gdyby ten film zatrzymywał się tylko na drastycznym zobrazowaniu fatalnych skutków nadmiernego picia alkoholu. Na szczęście, Marek Koterski nie pozostawia widza, by ten domyślał się, jak jeszcze nisko mógł upaść w swym nałogu główny bohater. Miauczyńskiego ostatecznie bowiem zrywa z pijaństwem i podejmuje trud naprawienia szkód i uleczenia ran, które przez swe złe czyny zadał swym bliskim.  Ten „happy end” jest co ważniejsze powiązany z wiarą głównego bohatera w Boga (chociaż miejscami określanego dość mgliście i niejasno jako „Siła większa od nas samych”).  W filmie została też pokazana przewrotność diabelskiego kuszenia: w jednej ze scen diabeł namawia niepijącego już od 7 lat Miauczyńskiego do wypicia jednego kieliszka, łudząc go, że już nie wpadnie na nowo w nałóg. Powyższe to bardzo mocne plusy omawianego filmu. Niestety jednak, to dzieło Koterskiego ma też swoje poważne wady i błędy, których nie sposób pominąć milczeniem. Chodzi w tym miejscu o: 1. Heretyckie sugestie zawarte już w samym tytule filmu, a także w kilku poszczególnych jego scenach. Nazywanie kogokolwiek „Chrystusem”, a także przedstawianie poszczególnych bohaterów filmu w otoczeniu atrybutów zbawczej męki Pana Jezusa (z koroną cierniową na głowie, dźwigających krzyż i przybitych do krzyża, etc.) jest w rażący sposób sprzeczne z tradycyjną chrześcijańską prawowiernością. Śmierć Chrystusa na krzyżu miała bowiem absolutnie wyjątkowy charakter i nie może być porównywana z cierpieniem jakiegokolwiek człowieka. Ta wyjątkowość polega na tym, że tylko w przelanej krwi Pana Jezusa jest zbawienie i ocalenie naszych dusz. Jak uczy Katechizm Jana Pawła II: „Żaden człowiek, nawet najświętszy , nie był w stanie wziąć na siebie grzechów wszystkich ludzi i ofiarować się za wszystkich„. Biblia z kolei naucza: „Nikt bowiem samego siebie nie może wykupić ani nie uiści Bogu ceny swego wykupu – jego życie jest zbyt kosztowne i nie zdarzy się to nigdy” (Psalm 49, 8 – 9).  To prawda, że Chrystus wzywa nas „do wzięcia swego krzyża i naśladowania Go” (Mateusza 16, 24) i w pewnym sensie może to oznaczać też włączenie naszych pobożnych starań w Boży plan zbawiania innych. Z drugiej strony jednak, nasze cierpienia, smutki i domagania nie mogą być w żaden sposób stawiane na równi ze zbawczym cierpieniem i śmiercią Jezusa Chrystusa na krzyżu. Niestety tytuł omawianego filmu, jak i zawarte w nim sceny zamazują tą fundamentalną różnicę. Jest to obrzydliwa herezja, którą trudno znieść. 2. W filmie jest bardzo dużo wulgarnej mowy (co gorsza w jednej ze scen takiego słownictwa obficie używa nawet dobry Anioł). Jednak nawet „ciężka” tematyka filmu i troska o zachowanie w nim tzw. realizmu nie usprawiedliwiają epatowania widza tak niewybrednymi określeniami. Podsumowując: film ma bardzo mocne moralnie punkty, ale osłabiane są one przez heretyckie, graniczące z bluźnierstwem sugestie oraz potok nieprzyzwoitej mowy. Doradzamy najwyższą ostrożność przy oglądaniu i doradzaniu innym oglądania tego filmu. /.../
  8. Sąsiedzi

    Leave a Comment Kelly i Mac Radner, młodzi małżonkowie wraz ze swym niedawno narodzonym dzieckiem  spokojnie mieszkają sobie w domku na przedmieściach jednego z amerykańskich miast. Niestety jednak do czasu … Oto pewnego dnia, ich sąsiadami zostają, lubujący się w dzikich i szalonych imprezach, członkowie bractwa studenckiego.   Pewnej nocy, nie mogąc już dłużej wytrzymać hałasów dochodzących z sąsiedztwa, Mac dzwoni na policję. Ten krok okazuje się być początkiem swoistej między-sąsiedzkiej wojny pomiędzy Radnerami a członkami studenckiego bractwa. Choć trzeba uczciwie przyznać, że film pt. „Sąsiedzi” w jednej ze swych sugerowanych konkluzji wydaje się nieść słuszną lekcję moralną o wyższości spokojnego, rodzinnego życia nad niemal nieustannym „imprezowaniem”, to zdecydowanie za mało, by w jakikolwiek sposób polecać ów do oglądania. Zanim bowiem dane będzie  usłyszeć ową sugestię, musi on przebrnąć przez prawdziwy potok obrzydliwości, wulgarności i nieprzyzwoitości (głównie tych nawiązujących do rozpusty, homoseksualizmu i  bezwstydu, ale nie tylko; gdyż mamy tu też pijaństwo, używanie narkotyków, kłamstwa, znęcanie się nad słabszymi, oszustwa i zemstę). Poziom dowcipu jest tu rynsztokowy i mieszczący się w najmniej wybrednym nurcie filmowej popkultury w rodzaju „Borata”, „Sprzedawców” czy „American Pie”. Żadna ze stron sporu pokazana w tym filmie, nie zachowuje się tu w moralny i prawy sposób, a tylko eskaluje napięcie odpłacając się  wzajemnie złem za zło. I twórcy tego filmu chcą byśmy śmiali się widząc i słysząc wszystkie te obrzydliwości. Reasumując: pochwała rodziny w tej produkcji to nie przysłowiowa „wisienka na torcie”, ale raczej wisienka zanurzona w wielkiej kupie fekalii. Trzeba być głupcem, by chcieć się po nią schylać. /.../