Leave a Comment Opowieść o tytułowym Django, czarnym niewolniku z południa USA, który pewnego dnia zostaje uwolniony z rąk handlarzy ludźmi przez Schultza, niemieckiego łowcę nagród. Ów proponuje Django, by wraz z nim zajął się tropieniem wyjętych spod prawa. Schultz pomaga też niewolnikowi odnaleźć żonę, która została wcześniej sprzedana na inną plantację.
Krytycy filmowi zwykli chwalić twórczość Quentina Tarantino. Wyjątkiem od tego nie jest też „Django”, który dostał wiele pozytywnych ocen m.in. za pokazywanie brutalnej rzeczywistości niewolnictwa na amerykańskim Południu USA. Można jednak zapytać, czy owa okoliczność przesądza o moralnej wartości tego filmu? Naszym zdaniem – nie. Oczywiście, niewolnictwo w większości swych historycznie istniejących form było zdecydowanie złe i niemoralne, jednak w naszym kręgu kulturowym współcześnie niemal nikt nie odważy się jawnie tego kwestionować. Nie potrzeba więc mieć zbyt wiele cywilnej odwagi, by mówić czy wskazywać na zło niewolnictwa. Nie znaczy to rzecz jasna, że filmy, które owe zło nam uwypuklają nie mają żadnej wartości. Sami wszak na tym portalu, chwaliliśmy i polecaliśmy kilka z produkcji filmowych temu poświęconych (np. „Głos wolności”, „Chata wuja Toma”, „Amistad”). Warto o tym przypominać, choćby dlatego, by pokazywać ludziom, iż różne przejawy niemoralności i niesprawiedliwości cieszyły się niegdyś poważaniem, uznawane za normalne i pożądane przez większość ludzi – a skoro działo się tak kiedyś, to może i być tak dziś, tyle że w odniesieniu do innych rzeczy.
Jak jednak ktoś to już trzeźwo zauważył, przesłanie piętnujące niewolnictwo w „Django” jest zalane przez morze krwi. I jak to już stało się tradycją dla filmów Tarantino pokazana przemoc jest ujęta tak, by widz mógł się w niej rozsmakować i nią upajać. Sceny walk i brutalności są tu wszak długie, wymyślne, przekraczające kolejne granice, w jakich takie rzeczy były pokazywane dotychczas w kinie. Ponadto, obrazy, w których pokazany został tu przelew krwi, wydają się być tak naprawdę mało realistyczne. Dodajmy jeszcze, że nastrój grozy nieraz ściśle miesza się tu z atmosferą żartu i humoru. Tym bardziej więc powstaje pytanie o cel owych scen. Czy było nim tylko pokazanie brutalnych aspektów rzeczywistości, czy jednak też ekscytowanie za ich pomocą widza? Na pochwałę nie zasługuje tu też obfitość wulgarnej mowy.
To jednak nie koniec moralnych i światopoglądowych kontrowersji, które rodzi ów film. Trudno bowiem nie zauważyć, iż tytułowy Django, mści się na białych ludziach, zabijając ich niemalże „hurtowo”, bez zastanowienia, a także w sytuacjach, gdy czyn ten nie jest już wcale obroną siebie lub innych (np. zadaje śmierć siostrze wcześniej zabitego plantatora mimo, że ta nie ma broni i nikogo nie atakuje). Tymczasem, Pismo święte mówi: „(…) nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście [Bożej]! Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta. Ja wymierzę zapłatę” (Rzym. 12, 19). Czym innym jest obrona siebie i innych przed poważnym niebezpieczeństwem dla życia i zdrowia, a czym innym jest przysłowiowe „branie sprawiedliwości we własne ręce” (do wymierzania kar złoczyńcom są upoważnione przez Boga odpowiednie urzędy, a nie poszczególni ludzie działające ze swej prywatnej inicjatywy). Niestety, w tym filmie, różnica pomiędzy obroną a zemstą została mocno zatarta.
Poza tym, o ile niewolnictwo na południu USA miało rzeczywiście wiele swych złych moralnie aspektów, to Tarantino wydaje się w swym filmie wyolbrzymiać jego nieprawość. Chodzi mianowicie o pokazane w nim walki na śmierć i życie w wykonaniu czarnych niewolników, które to miały być urządzane z polecenia i ku uciesze ich właścicieli. Tymczasem, historycy wypowiadający się na ów temat wyrażają poważną wątpliwość, czy istnieją dowody na istnienie takiego zwyczaju w owym czasie, sugerując, że jeśli coś takiego miało miejsce to raczej na zasadzie wyjątku niż normy.
Podsumowując – dobrze, że Tarantino nakręcił film o złu tkwiącym w amerykańskiej wersji niewolnictwa, ale źle, iż wykorzystał tę okoliczność, by cieszyć widzów obrazami rozpryskującej się na wszystkie strony krwi, darzyć ich potokiem obrzydliwej, wulgarnej mowy oraz w sposób dwuznaczny przedstawiać zemstę. Mimo to mamy nadzieję, że wreszcie kiedyś będziemy mogli na tym portalu pochwalić jakiś z filmów w jego reżyserii.
/.../
Leave a Comment Film nakręcony na podstawie komiksu autorstwa Dave’a Gibbonsa i Marka Millara. Agent służb specjalnych, Harry Hart ps. „Galahad”, decyduje się wciągnąć do ich szeregów Eggsy’ego Unwina, syna swego poległego przed laty przyjaciela. Jeden ze szpiegów pracujący dla tytułowej agencji Kingsman, mający pseudonim „Lancelot”, poległ bowiem podczas wykonywania swej misji i potrzebny jest ktoś, kto zastąpiłby go. Eggsy przyjmuje propozycję „Galahada”, gdyż chce wyrwać się z biednej i ocierającej się o patologię rodziny (jego matka po śmierci męża związała się z bijącym ją pijakiem). Młodzieniec wraz z innymi kandydatami na następcę „Lancelota” przechodzi, zaprogramowane przez instruktora o pseudonimie „Merlin”, wyczerpujące szkolenie, lecz zajmuje wśród kandydatów drugie miejsce (zaszczytu przyjęcia do agencji dostępuje zamiast niego jego koleżanka Roxy). Tymczasem, podejrzewany o snucie niecnych planów, miliarder Richmond Valentine przeprowadza zakrojoną na olbrzymią skalę, polegającą na rozdawaniu kart do telefonów komórkowych, akcję, za którą kryją się zbrodnicze zamiary. Przeciągnął on na swą stronę także szefa agencji, noszącego pseudonim „Artur”. Skoro wpływy przestępcy sięgają nawet kierownictwa tajnych służb, to chyba jednak bez Eggsy’ego sobie one nie poradzą…
Trzeba przyznać, iż biorąc pod uwagę walory moralne, film ten ma jeden bardzo silny punkt – jest nim krytyka fałszywej, demonicznej „ekologii”, która świat przyrody stawia ponad człowieka. Valentine bowiem tak zaprojektował rozdawane karty, aby w wyznaczonym przezeń momencie wysłały one impuls, który miał sprawić, iż ludzie znajdujący się w zasięgu jego działania straciliby wszelkie zahamowania, dostaliby szału i mordowaliby się nawzajem. W ten sposób cała ludzkość (prócz wybrańców Valentine’a) miała powybijać się własnymi rękami, spełniając tym samym chore marzenie miliardera o uwolnieniu Ziemi od niszczących ją „pasożytów”. Trudno nie dostrzec, iż czarny charakter tego filmu prezentuje myślenie niewiele różniące się od, prezentowanych przez niektóre nurty współczesnej skrajnej lewicy, idei, które znajdują niejednokrotnie poparcie właśnie u możnych tego świata. Aby nie być gołosłownym przytoczę tu przykład małżeństwa Gatesów, które, w trosce o walkę z przeludnieniem i emisją dwutlenku węgla do atmosfery, wyraziło poparcie dla chińskiej „polityki jednego dziecka” (oznaczającej przymusowe zabijanie nienarodzonych dzieci rodzin, które doczekały się większej ilości potomstwa!). Pani Melinda Gates 11 lipca 2012 r. zorganizowała konferencję eugeniczną, na której promowała aborcję jako środek zapobiegania „nadmiarowi ludności”, także jej mąż Bill entuzjastycznie wypowiadał się o możliwości ograniczenia liczby ludzi przez stosowanie odpowiedniej „opieki reprodukcyjnej”. Podobne spotkanie z udziałem multimiliarderów odbyło się w 2009 r. w Nowym Jorku, a wzięli w nim udział tacy finansowi potentaci jak David Rockefeller, Ted Turner, Oprah Winfrey, Warren Buffet, Michael Bloomberg czy też „niezawodny” George Soros, który na proceder zabijania nienarodzonych dzieci wykłada bajońskie sumy (na przykład, jak donosi Media Research Center, w 2017 r. w celu wsparcia proaborcyjnych organizacji wydał 246 684 217 USD). W 2012 r. w tym samym miesiącu, w którym odbywała się rzeczona konferencja, ekologiczna organizacja Greenpeace w hiszpańskim mieście León zaatakowała uczestników marszu w obronie życia, plując na nich, wulgarnie wyzywając i krzycząc: „Niech żyje aborcja!” oraz „Jesteśmy za śmiercią!”. Legalność aborcji jest też punktem programu lwiej części „zielonych” partii politycznych, deklarujących jednocześnie chęć ochrony środowiska naturalnego. Oczywiście prawdziwa ekologia, wyrażająca się w rozumnym, a nie rabunkowym, korzystaniu z zasobów tego świata oraz w dbałości o faunę i florę, nie tylko nie jest sprzeczna z wiarą, ale stanowi element postawy dobrego chrześcijanina (przykładem są tu choćby działania św. Franciszka z Asyżu). Sęk w tym, że powyższe, oparte na zachwianym systemie wartości, postulaty z prawdziwą ekologią mają tyle wspólnego co kamień węgielny z węglem kamiennym.
Wracając więc po tej dość długiej, lecz moim zdaniem potrzebnej, dygresji do treści recenzowanego filmu trzeba zatem stwierdzić, iż fakt, że bohaterowie „Kingsmana” bronią rodzaj ludzki przed ubranym w szaty humanisty szaleńcem i otwarcie nazywają go zbrodniarzem, sprzyja wyrobieniu u widza właściwego stosunku do doktryn, które w świecie cenią wszystkie elementy prócz stworzonego na Boży obraz i podobieństwo człowieka. Docenione tu też zostały takie wartości jak przyjaźń, odwaga, gotowość do walki o słuszną sprawę, miłość do matki oraz etos dobrego mentora, jakim dla Eggsy’ego okazał się „Galahad”, który wyciągnął młodzieńca z londyńskiego półświatka i skierował na drogę służby ojczyźnie.
Na tym należy zakończyć pochwały pod adresem tego obrazu, bo powyższe dobre elementy zostały tutaj (zwłaszcza w ostatnim etapie opowieści) wymieszane z mnogością rzeczy wątpliwych lub wprost odpychających.
Po pierwsze – szokujące jest zakończenie filmu. Uważny czytelnik zauważył już być może, że pseudonimy agentów nawiązują do bohaterów legendy o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu. Ostatnie sceny także konstrukcyjnie nawiązują do opowiadań o dzielnych rycerzach uwalniających więzione w wieżach księżniczki, które później zostawały ich żonami, stanowią jednak żałosną tych historii karykaturę. Po, odniesionym wspólnie z „Merlinem” i Roxy, zwycięstwie na Valentinem Eggsy idzie bowiem do celi, więzionej przez zbrodniarza, szwedzkiej księżniczki Tilde, która z wdzięczności za oswobodzenie… dokonuje z nim pozamałżeńskiego, analnego współżycia, na temat którego padają obsceniczne żarty.
Po drugie – główny bohater zdobyte w trakcie szkolenia umiejętności (do których należało także opanowanie sztuk walki) wykorzystuje dla prywatnej zemsty. Zabiera do siebie matkę mającą już dość chamskiego, używającego wobec niej przemocy i często pijanego partnera (to można pochwalić), ale przy okazji spuszcza swemu ojczymowi i jego kompanom „łomot” ewidentnie wykraczający poza obronę konieczną.
Po trzecie – pozytywni bohaterowie używają kłamstwa dla „wyższych celów”. Kłamie „Galahad”, aby wyciągnąć z Valentine’a potrzebne informacje, kłamią Eggsy i „Merlin”, aby dostać się do siedziby wroga. Nikt tego nie piętnuje, przeciwnie widz ma to uznać za nieodzowne w pracy szpiega.
Po czwarte – znajduje się tu pewien poboczny, ale wyraźnie antychrześcijański wątek. Pierwszy próbny zamach Valentine przeprowadza w protestanckiej świątyni. Znajdujący się tam w celu przeszkodzenia mu „Galahad” mimowolnie wysłuchuje kazania pastora. Duchowny ten, potępiający w swym przemówieniu aborcję, sodomię, rozwody i broniący prawdziwości biblijnego opisu stworzenia świata przedstawiony jest jako fanatyczny, ogarnięty nienawiścią do „normalnych” ludzi obskurant, a w dodatku obsesyjny rasista i antysemita. Zresztą cała ta wspólnota jawi się jako banda ignorantów i chorych fundamentalistów, na których „oświecony” „Galahad” patrzy z nieukrywaną wyższością.
Po piąte – twórcy nie unikają wulgarnej mowy.
Po szóste – chociaż ilość przemocy plasuje się w tym filmie na średnim poziomie i nie jest ona przedstawiana w jakimś „tarantinowskim” stylu, to i tak sposób jej zobrazowania rodzi wiele zastrzeżeń. Jest on pokazana w całości w surrealistycznej i komediowej konwencji, która ma sprawić, iż widz śmieje się ze śmierci lub uszkodzeń ciał przeciwników głównego bohatera zamiast okazywać należną im powagę.
Dla podsumowania można użyć cytatu z piosenki Jakuba Sienkiewicza – „a miało być tak pięknie”. Mógł to być film o rycerskiej walce z próbą zrealizowania opartych na fałszywej doktrynie planów. Niestety sztorm niemoralności zatopił ten statek całkiem niedaleko od portu, do którego zmierzał.
Michał Jedynak
Ps. Zapraszamy do zapoznania się z artykułem poświęconym zagadnieniu obowiązywania absolutnych zasad moralnych w ramach działalności służb specjalnych:
http://salwowski.net/2016/07/14/moralnosc-a-praca-sluzb-specjalnych/
/.../
Leave a Comment Z pozoru niegroźna kolizja drogowa z udziałem śpieszącego się na rozprawę młodego prawnika i zdążającego na sprawę o opiekę nad dziećmi agenta ubezpieczeniowego staje się początkiem narastającej wrogości pomiędzy oboma uczestnikami tego zdarzenia.
Fabuła tego filmu posłużyła jego twórcom do stworzenia całkiem dobrej opowieści o tym, jak destrukcyjna oraz wyniszczająca potrafi być zemsta i że lepiej jest wybaczyć, „odpuścić”, zamiast pielęgnować w sobie złe emocje i chęć odwetu. Ten przekaz nie jest tu czymś, czego widz ma sam się domyślać, ale w jasny sposób jest nam sugerowany. „Zmiana pasa” nie stanowi zatem jednego z wielu filmów, które co prawda nie pochwalają pokazywanego zła, jednak w pewien sposób przytłaczają widza jego rozległymi opisami, nie podając przy tym żadnej jasnej recepty jak wybrnąć z tego stanu rzeczy. Zamiast więc sugestii typu: „Świat jest zły i okropny, najlepiej byłoby w ogóle się nie rodzić” mamy tradycyjny dla Hollywood motyw „Happy Endu” czyli: „Jest wiele problemów i zła na tym świecie, ale zawsze istnieje możliwość ich pokonania„.
Dodatkowo, w treść tego obrazu, zostały wplecione czytelne i pozytywne aluzje wobec Pana Jezusa (który w jednej ze scen jest, w nawiązaniu do Jego śmierci na krzyżu, nazywany „Zbawcą świata”) modlitwy oraz chrześcijaństwa. Poprzez postać Doyla, który ma za sobą problem pijaństwa (uczestniczy on w spotkaniach „Anonimowych Alkoholików”), została też zwrócona uwaga na zło nadużywania alkoholu – co jest dodatkowym atutem tego filmu.
W produkcji tej nie ma też seksu, nagości, obscenicznych aluzji, a pokazane sceny przemocy nie sprawiają wrażenia bycia eksploatowanymi w celu zabawienia czy ekscytacji widza. Gdyby więc nie fakt, iż jest tu niestety dużo wulgarnej mowy, można by ów film zalecać bez poważniejszych zastrzeżeń.
/.../
Leave a Comment Znany ze swego profesjonalizmu ochroniarz Michael Bryce, traci pracę po tym, jak jedna z chronionych przezeń osób ginie z ręki zawodowego zabójcy, Dariusa Kincaida. Bryce błędnie oskarża swą dziewczynę, Amelię Roussel, o to, że współdziałała z zabójcą; konflikt doprowadza do ich rozstania. Po latach Kincaid, a także jego żona zostają ujęci. Przestępca decyduje się na zeznawanie przeciwko jednemu ze swych najbardziej prominentnych klientów, fikcyjnemu prezydentowi Białorusi Duchowiczowi, który ma przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym odpowiedzieć za liczne zbrodnie. Kincaid liczy bowiem, że jego żona (której można było o wiele mniej zarzucić) zostanie uwolniona w zamian za jego współpracę z wymiarem sprawiedliwości. Jednak Duchowicz nie zamierza pozwolić świadkowi koronnemu dotrzeć przed sąd i zleca jego zabicie. Osobą, która ma go chronić zostaje przypadkiem Bryce. Między dawnymi wrogami nawiązuje się przyjaźń. Wspólnie stawiają czoła wpływowemu i demonicznemu prezydentowi i ostatecznie go pokonują. Kincaid pomaga też ochroniarzowi pogodzić się ze swą byłą dziewczyną, bowiem dręczą go wyrzuty sumienia – zabójstwo, którego dokonał, było wszak praprzyczyną rozpadu związku jego nowego kolegi.
Po lekturze tego opisu wielu czytelników zapewne dziwi zdecydowanie negatywna ocena tego filmu. Mamy tu wszak całe spektrum wątków, które wydają się nieść budujący przekaz. Z początku rzeczywiście również mnie, gdy siedziałem w kinie, wydawało się, że na przykładzie Kincaida zaprezentowana będzie historia nawrócenia zbrodniarza, który zrywa ze swą krwawą profesją i zaczyna walczyć ze złem, któremu dotychczas służył. Wydaje się on ponadto w tym zachowaniu kierować bardzo szlachetnymi motywami – prócz miłości do żony są to wyrażane przezeń coraz większe wątpliwości co do moralności zabijania ludzi za pieniądze (nawet jeżeli przeważnie zabijał mafiosów i innych bandytów). Były kiler całkiem sensownie i ostrzegawczo wypowiada się też o naturze zorganizowanej przestępczości, która jest według niego wciągająca niczym bagno – kto raz w nią wdepnie, ten zostaje zniewolony przez liczne powiązania z przedstawicielami owego odrażającego środowiska i bardzo ciężko jest mu wrócić do normalnego życia. Natomiast w wątku naprawy relacji między ochroniarzem Brycem i Amelią ogniskują się: pochwała starań Kincaida, by (poprzez mediację) naprawić wyrządzone zło oraz nauka o tym, że nie należy innych zbyt pochopnie osądzać (wszak związek rozpadł się z powodu bezpodstawnych oskarżeń rzucanych przez Bryce’a na dziewczynę).
Niestety o tym, że nie jest to film dobry (choćby z bardzo poważnymi zastrzeżeniami) ani nawet „jedynie” dwuznaczny decydują zakończenia obu tych obiecujących wątków. Kincaid swą walkę z Duchowiczem kończy bowiem bezceremonialnym samosądem na swym dawnym zleceniodawcy; zabija go mimo, że ten jest rozbrojony i nie stanowi już zagrożenia. Morderstwo opatruje nadto humorystycznym komentarzem, co pokazuje jak „gruntowną” przemianę przeszło jego podejście do ludzkiego życia. Zresztą z filmu już przez dłuższy czas przed sceną tego zabójstwa sączy się jad przekonania o tym, że biblijne potępienie prywatnej zemsty nie sprawdza się w życiu. Kincaid, będący synem pastora, mówi wprost, że ojciec w oparciu o Pismo Święte uczył go, iż należy bliźnim wybaczać, a odpłatę pozostawić Panu Bogu, jednak życie sfalsyfikowało te wskazówki. Nie jest to zrównoważone żadnym potępieniem zemsty, a wręcz czuć tu sympatię dla opisanej postawy. „Happy end” stanowi kolejne bezczelne podeptanie prawa przez owego „nawróconego” przestępcę – ucieka on z więzienia, w którym był przecież słusznie osadzony, po to, aby „uczcić rocznicę ślubu” wraz ze zwolnioną już żoną (oczywiście nie ma zamiaru powrotu).
Wątek odbudowy związku Michaela i Amelii skażony jest akceptacją dla ich pozamałżeńskiego współżycia. Choć nie jest pokazane, to z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością miało ono miejsce przed zerwaniem, bo para mieszkała ze sobą i spała w jednym łóżku. Nadto Kincaid robi obsceniczne aluzje co do nierządu, którego Michael i Amelia mają się ze sobą dopuszczać, gdy się już pogodzą i nic nie sugeruje, aby miało być inaczej. Mimo ponownego zejścia się bohaterów, nie ma mowy o ślubie czy choćby jego planach. Twórcy prezentują też bardzo namiętne pocałunki tych dwojga. Nadto żona Kincaida, przedstawiona w barwach humorystycznych, to osoba butna, wulgarna, nierzadko sprośna, posługująca się kłamstwem i terroryzująca kobietę, która siedzi z nią w celi; żadne z tych przewinień nie spotyka się tu z krytyką, ale mają one bawić widza.
Z ekranu przez większość filmu wprost kipi przemoc, która niemal w całości przedstawiona jest w komediowej i mającej nas ekscytować konwencji. A jakby tego było mało to mamy tu istny potop wulgarnej mowy, która sączy się obficie w niemal w każdej scenie. Raz nawet ciężki wulgaryzm (w oryginale f**cking) wstawiony jest między słowa „Jesus” i „Christ”, co znamionuje rażący brak szacunku dla imienia Zbawiciela, na które zgina się „każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych” (Flp 2, 10).
Podsumowując – jest to film, który z początku daje nadzieję na pouczający i całkiem chrześcijański przekaz, by potem brutalnie wylać katolikowi na głowę kubeł zimnej wody. Choć, biorąc pod uwagę treści tu zaprezentowane, jest to raczej wiadro pomyj.
Michał Jedynak
/.../