Możliwość komentowania Sprawiedliwość owiec została wyłączona
Akcja tej komedii kryminalnej rozgrywa się głównie na pastwisku w angielskim Denbrook, gdzie pewnego dnia znaleziony zostaje hodowca owiec, George Hardy. Niedoświadczony posterunkowy z początku nie dostrzega w tej śmierci śladów przestępstwa i zamierza szybko zamknąć sprawę. Wówczas do gry wkraczają owce George’a, gdyż nie są to zwykłe owce, lecz zwierzęta o wiele bardziej rozmiłowane w literaturze kryminalnej niż w skubaniu trawy. Ich pasterz miał bowiem zwyczaj czytać całemu stadu co wieczór powieści kryminalne. Choć sam George sądził raczej, że zwierzęta nie rozumieją jego słów, to owce nie tylko w pełni je pojmowały, lecz także prowadziły między sobą ożywione dyskusje na ich temat. Szczególnym zacięciem i talentem do rozwiązywania zagadek wyróżniała się zawsze Lily. Nic więc dziwnego, że to właśnie ona po śmierci George’a „przejmuje śledztwo” i wraz z rozważnym i wiernym niczym doktor Watson baranem Mopple stara się naprowadzić posterunkowego na właściwy trop. Sprawa nawet dla owczych detektywów nie jest jednak prosta, ponieważ okazuje się, że ich ukochany pasterz skrywał niejedną tajemnicę. W związku z tym lista podejrzanych o morderstwo będzie się coraz bardziej wydłużać…
Film ten ma sporo uroku, jest całkiem zabawny i mógłby z powodzeniem stanowić bezdyskusyjnie dobrą, wartościową rozrywkę zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Mógłby – gdyby nie to, że obok wielu dobrych rzeczy próbuje się w nim przemycać dzieciom w formie żartów pewne fałszywe ideologie, a nawet elementy co najmniej ocierające się o szyderstwo z wiary chrześcijańskiej. W efekcie zamiast naprawdę dobrego filmu otrzymujemy produkcję bardzo wątpliwą, nad którą odpowiedzialni rodzice będą musieli się mocniej nachylić, wyjaśniając dzieciom, co w niej jest ziarnem, a co plewami. Da się to jednak zrobić, dlatego mimo wszystko przyznajemy „Sprawiedliwości owiec” ocenę +1, czyli pozytywną, choć z bardzo poważnymi zastrzeżeniami. Przejdźmy zatem do próby odsiania plew od ziarna. Zacznijmy od tego, co lepsze.
Po pierwsze warto zwrócić uwagę na ciekawy wybór głównego, zbiorowego bohatera – owiec. Zwierzęta te są zwykle postrzegane jako łagodne, nieco naiwne, mało spektakularne, za to bardzo użyteczne. Nie słyną ani z siły, ani ze sprytu, są jednak posłuszne głosowi swojego pasterza. Nic więc dziwnego, że w Biblii owce stały się symbolem dobrych chrześcijan, a dobry pasterz – obrazem Jezusa Chrystusa. Choć takie skojarzenia nasuwają się dorosłym niemal automatycznie, warto zwrócić na nie uwagę także dzieciom, dla których nie muszą być one jeszcze tak jasne. W filmie owce stają się nośnikiem prostych, lecz głębokich cnót i wartości: lojalności, wspólnoty, odwagi wobec nieznanego oraz uporu w poszukiwaniu prawdy i sprawiedliwości. Główną zaletą tej produkcji jest ukazanie, że stworzenia postrzegane przez świat jako naiwne i proste, kierowane miłością do swojego pasterza, potrafią wykazać się większą mądrością i prawością niż ci mądrzejsi w oczach świata. Owce podążają za instynktem poszukiwania dobra i sprawiedliwości, podczas gdy „mądrzejszy” świat pełen jest zakłamania, manipulacji, egoizmu, chciwości i ukrytych motywów. (Oczywiście mowa tu o owcach jako symbolu, a nie o prawdziwych zwierzętach, które same w sobie nie posiadają cnót ani wad moralnych). Film chwali również takie cnoty jak przyjaźń, poświęcenie dla dobra wspólnego oraz nieustępliwe dążenie do sprawiedliwości, nawet kosztem własnego komfortu. Wyraźnie brzmi w nim przesłanie, że prawda ma znaczenie i że bierność wobec zła jest niedopuszczalna. Ważnym motywem jest także radzenie sobie z trudnymi doświadczeniami, zwłaszcza ze śmiercią i odejściem bliskich osób. Twórcy słusznie podkreślają, że wypieranie tragicznych wydarzeń i unikanie bólu za wszelką cenę nie jest dobrym rozwiązaniem na dłuższą metę.
Istotną zaletą filmu jest również ukazanie znaczenia relacji rodzinnych, a zwłaszcza odpowiedzialności rodzicielskiej. Temat ten pojawia się głównie w kontekście żalu za popełnione grzechy i błędy z przeszłości oraz próby ich naprawienia i zadośćuczynienia. Warto docenić, że w tym familijnym filmie – co nie jest już dziś tak oczywiste – nie ma wulgarnego języka, nagości, scen seksu ani dwuznacznych żartów. Przemoc jest całkowicie niegraficzna, a scen naprawdę przerażających brak.
Kończąc omawianie pozytywów, warto wspomnieć o pobocznym wątku zimowego jagnięcia, które jest odrzucane i źle traktowane przez resztę stada z powodu pokoleniowych uprzedzeń. Wątek ten stanowi słuszną krytykę krzywdzących stereotypów i zabobonów wobec osób postrzeganych jako „gorsze z urodzenia”. Pokazuje również, jak taka postawa może niszczyć życie odrzucanym jednostkom. Dobrą przeciwwagą jest tu odmienne podejście pasterza, który stygmatyzowanemu jagnięciu okazuje jeszcze więcej miłości i akceptacji niż pozostałym owcom, starając się zaszczepić w nim zdrową pewność siebie. Cennym elementem filmu jest też sposób przekazywania wartości moralnych – wprost, zwięźle i dobitnie, jak w krótkiej przemowie jednego z baranów: „Trzeba zwalczać zło. Trzeba chronić słabych. Przyjaciół nie wolno zapomnieć”. Niestety mimo licznych zalet w filmie tym pojawiają się akcenty budujące nieprzychylną wobec chrześcijaństwa narrację. Najbardziej problematyczna jest scena, w której owce rozmawiają o Bogu jak o absurdalnej teorii i dochodzą do wniosku, że Bóg to pasterz, który jest jednocześnie „wielkim, gorącym barankiem z chleba”. Chociaż ktoś mógłby tłumaczyć tę scenę jako wypowiedzi naiwnych owiec, które po prostu wszystko, co bardziej skomplikowane widzą jako absurdalne, takie wyjaśnienie wydaje się naciągane. Zwłaszcza że niejako wychowujący te owce zamordowany pasterz George był najprawdopodobniej ateistą lub agnostykiem – stronił od Kościoła, a jako zdeklarowany wegetarianin ubój zwierząt uznawał za morderstwo. Scena pod kościołem sprawia więc raczej wrażenie świadomie położonej „wisienki na torcie”, mającej podkreślać rzekomą niedorzeczność chrześcijańskich wierzeń z „owczej” perspektywy. Nie jest to otwarty atak na Kościół, lecz jego trywializacja i ośmieszenie.
Innym elementem wyraźnie sprzecznym z chrześcijaństwem jest tu dość silne podkreślanie rzekomej moralnej wyższości wegetarianizmu. Posunięto się w nim nawet do nazywania hodowcy owiec na mięso oraz rzeźnika „mordercami”.
Film w sporej mierze jest owocem postmodernistycznej kultury, która bezprawnie przejmuje chrześcijańskie motywy (pasterz, owce, ofiara), by odwrócić ich znaczenie na potrzeby własnych celów, takich jak promocja wegetarianizmu czy zrównywanie zwierząt z ludźmi. Dlatego mimo wielu zalet trudno polecić „Sprawiedliwość owiec” w sposób jednoznaczny. Zdając sobie jednak sprawę z dość ograniczonego wyboru wartościowych produkcji familijnych – „na bezrybiu i rak ryba” – co bardziej cierpliwi rodzice mogą po ten film sięgnąć. Muszą jednak uzbroić się w cierpliwość, by dokładnie odsiewać ziarno od plew.
Marzena Salwowski
/.../
Możliwość komentowania Gladiator 2 została wyłączona
Minęło 16 lat od wydarzeń z pierwszej części „Gladiatora”. Jak można się było spodziewać, Republika jednak nie została wskrzeszona, a Rzymem rządzą teraz dwaj okrutni bracia bliźniacy: Caracalla i Geta. Natomiast w północnoafrykańskim królestwie Numidii życie wiedzie Hanno (w rzeczywistości Lucjusz Verus, syn Lucilli i Maximusa) wraz ze swoją żoną Arishat. Ich świat burzy jednak rzymska armia, która pod dowództwem generała Marka Akacjusza wkracza do tej afrykańskiej krainy. W trakcie ataku ginie żona Lucjusza, a on sam wraz z innymi ocalałymi trafia do niewoli. Jeńców przewożą do Ostii, gdzie ich pierwszym zadaniem i niejako testem jest walka z dzikimi zwierzętami. Lucjusz radzi sobie w tym starciu tak dobrze, że zwraca uwagę bogacza Macrinusa — byłego niewolnika, którego ambicje bynajmniej nie ograniczają się do dalszego gromadzenia majątku. Macrinus dostrzegając w Lucjuszu wielki potencjał, obiecuje mu szansę na zemstę na generale Akacjuszu, jeśli ten będzie dla niego walczył i wygrywał w rzymskich arenach.
Lucjusz trafia do Koloseum, gdzie szybko staje się sławnym gladiatorem. Mierzy się jednak nie tylko z przeciwnikami na arenie, ale także z intrygami dworu cesarskiego, swoją przeszłością (w tym relacją z matką Lucillą) oraz gniewem i pragnieniem zemsty. Stopniowo jednak zaczyna dostrzegać szerszą perspektywę i stawiać sobie pytania o dobro całego Rzymu, istotę władzy i wreszcie własną rolę oraz odpowiedzialność wobec swojej ojczyzny i ludu.
Główną zaletą tego filmu, dla której oceniamy go jednak pozytywnie, jest refleksja nad naturą władzy, i ciężarem odpowiedzialności, jaka spoczywa na tych, którzy aspirują do kierowania losami innych. Opowieść ta podkreśla bowiem, że władza nie jest czymś, co ma służyć tym, którzy ją dzierżą, a wręcz przeciwnie „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie […]”(Łk 12,48) i „kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym […]” (ŁK 12,41). Wprawdzie główny bohater „Gladiatora II” prawdopodobnie nie zna tych słów Pana Jezusa, ale w jakiś sposób innymi drogami ta prawda do niego dociera i wybrzmiewa na ekranie.
Opowieść ta przypomina, iż prawdziwa wolność i wielkość rodzą się nie z panowania nad innymi, lecz z panowania nad sobą i odpowiedzialnego sprawowania władzy. Film ten pokazuje plastycznie, że dobrze rządzić nie może bowiem ani ten, kto we władzy widzi okazję do zaspakajania swoich żądz i zachcianek, ani ten, kto ma mentalność niewolnika, gdyż „Niewolnik nie marzy o wolności, lecz o własnych niewolnikach” (cytat przypisywany Cyceronowi).
Co do kwestii władzy, to można by się wprawdzie jeszcze zastanowić, czy produkcja ta zbyt łatwo „nie rozgrzesza” buntu przeciw władzy. Jednakże w tym przypadku mamy zbieg dwóch rzeczy, które mogą, również w świetle nauki katolickiej, usprawiedliwiać działanie głównego bohatera. Otóż po pierwsze, jest tu mowa o realnej tyranii rządzących, poza tym pretendujący do przejęcia władzy w Rzymie Lucjusz ma dość wyraźne prawa do tronu, niejako z urodzenia i również woli Senatu.
Poza tym zasadniczo pozytywnym roztrząsaniem zagadnienia władzy i odpowiedzialności rządzących, z pierwszą częścią Gladiatora łączą tę kontynuację również takie zalety jak:
1. Przedstawienie z sympatią cnót takich jak: mądrość, sprawiedliwość, męstwo i umiarkowanie, które zakorzenione są tu głównie w naukach stoickich (nieodległych zresztą od moralności chrześcijańskiej).2. Walki gladiatorów ponownie zostają tu zobrazowane z niechęcią jako objaw degeneracji i zepsucia Rzymian.3. Film z sympatią rysuje obraz więzów rodzinnych (np. Lucjusza i jego matki), a zwłaszcza tradycyjnego monogamicznego małżeństwa przedstawionych na przykładzie małżeństwa samego głównego bohatera, a także jego matki z generałem Akacjuszem. Te pozytywne wzorce kontrastują tu natomiast z zachowaniami przeciwnymi naturze – negatywny bohater żartuje sobie z tego, że utrzymuje relacje seksualne z obiema płciami, źli cesarze ubierają się w zniewieściały sposób.
Przejdźmy teraz do bardziej wątpliwych, lub wyraźnie złych aspektów tego filmu. A zatem wadą tej produkcji jest nie tylko to, co w niej jest, ale w równym stopniu, to co zostało pominięte. Choć bowiem film osadzony jest w epoce po Chrystusie, kiedy już w Imperium Rzymskim żyją liczni uczniowie Jezusa, to spotykamy się tu z tylko jedną i to pogardliwą wzmianką o chrześcijaństwie (o tym, iż ukrzyżowanie jest karą zarezerwowaną dla „złodziei i chrześcijan”). Takie podejście jest tym bardziej przykre i niepokojące, że, podobnie jak poprzednia część „Gladiatora”, film ten gloryfikuje cesarza Marka Aureliusza jako wzór wszelkich cnót i ideał władcy. Nie ujmując nic z wartości filozoficznego dorobku tego cesarza oraz jego osiągnięć politycznych, to warto przypomnieć, że historycznie za rządów tego filozofa na tronie liczni chrześcijanie ponieśli śmierć męczeńską z jego woli, a co najmniej przyzwolenia. Wydaje się wiec, że skoro twórcy tej produkcji całkowicie pominęli ten fakt, jednocześnie wspominając o krzyżowaniu chrześcijan, to nie stanowiło to w ich oczach jakiejś skazy na wizerunku Marka Aureliusza. Z drugiej strony jest tu pewna pozytywna postać, byłego gladiatora lekarza, który zdaje się być chrześcijaninem, choć nie jest to wprost powiedziane. Domyślamy się jednak tego z jego ogólnikowych słów o przebaczeniu i zbawieniu, połączonych z wyraźną przemianą życia. Wprowadzenie takiej postaci można więc uznać za postęp wobec pierwszej części Gladiatora, w której rosnący wpływ chrześcijaństwa na Imperium Rzymskie został całkowicie zignorowany. Niestety mimo wszystko widz pozostaje tu z wizją świata właściwie całkiem pogańskiego. Po części jest to uzasadnione, bo taki był rzeczywiście dominujący element ówczesnego Rzymu. Jednakże jest w tym filmie scena, która wykracza poza zwykłe pokazywanie świata, w którym żyli i którym żyli bohaterowie. Otóż są tu ukazane wizje zaświatów, które mają całkowicie pogański charakter. Wizje te są niejako uwiarygadniane tym, że bohater przeżywa je w chwilach, kiedy znajduje się na pograniczu życia i śmierci. To trochę tak, jakby twórcy tego filmu chcieli powiedzieć, że każdy ma taką wieczność, w jaką wierzył na ziemi. Tak że film ten dla mniej dojrzałych, bądź niepewnych w chrześcijańskiej wierze osób, może być pewnym zagrożeniem.
Z pierwszą częścią Gladiatora, Gladiator II dzieli jeszcze inną wadę. A mianowicie, mimo że film pokazuje zamiłowanie mieszkańców Rzymu do walk gladiatorów jako wątpliwą rozrywkę jednocześnie jednak wyrazistość i wizualna efektowność, z jaką ta „zabawa” jest tu pokazana, sprawia, iż trudno oprzeć się wrażeniu, że jednocześnie owe krwawe sceny mają zabawiać widzów i czynić produkcję bardziej atrakcyjną w odbiorze.
Podsumowując: „Gladiator II” z pewnością ma swe silne moralnie punkty, jednak ich dobrą wymowę znacznie osłabiają jego dwuznaczne i wątpliwe elementy. Odradzamy go osobom młodszym (poza kwestiami moralnymi i światopoglądowymi, jego bardzo luźny stosunek do historii może im najbardziej, mówiąc kolokwialnie, namieszać w głowach). W miarę akceptowalny wydaje się jednak dla osób dorosłych i w miarę dojrzałych.
Marzena Salwowska
/.../
Możliwość komentowania Eden została wyłączona
Film ten inspirowany jest prawdziwymi wydarzeniami. Cała historia zaczyna się od pary niemieckich kochanków Friedricha Rittera i Dore Strauch, którzy w 1931 uciekają od świata burżuazyjnych, a także chrześcijańskich wartości na bezludną wyspę Floreana na Wyspach Galapagos. Tu owi dobrowolni „Robinsonowie” zamierzają stworzyć swój nietzscheański raj. Mózgiem całej operacji jest Friedrich – były lekarz, obecnie zaś myśliciel i literat. Jego główne zadanie na wyspie to pisanie manifestu, który ma ocucić pozostałą ludzkość i sprawić, że również ona wyzwoli się z okowów tradycyjnej moralności. Towarzyszką, i rzec można, wyznawczynią doktora Rittera jest Dore, dla której wyspa jest również miejscem specyficznej terapii. Kochanka doktora cierpi bowiem na stwardnienie rozsiane, które ten zamierza wyleczyć za pomocą medytacji i ćwiczeń. Mimo swojej kondycji pani Strauch ciężko pracuje fizycznie, zamieniając wraz ze swoim „partnerem” dziki i nieprzyjazny teren w samowystarczalne gospodarstwo. Trudną, ale na swój sposób spokojną i przewidywalną egzystencję pary kochanków zakłóca jednak niespodziewanie przybycie nowych osadników. „Intruzi” to inna niemiecka para (tym razem małżeństwo – Margaret i Heinz Wittmer). Osiedlają się oni wraz z młodym synem Heinza Harrym (klimat wyspy może być korzystny dla chłopca cierpiącego na gruźlicę). Ironią losu jest, iż owi przybysze zostali zwabieni listami samego doktora Rittera, opisującymi wyspę, które chętnie drukowały europejskie gazety. Witmmerowie, wbrew nadziejom pierwszych gospodarzy wyspy, okazują się pracowitymi i zdolnymi osadnikami i nie zamierzają uciekać z Floreany po pierwszych niepowodzeniach. Tą determinacją zyskują sobie w końcu nawet pewną akceptację ze strony Friedricha i Dore. W miarę układające się już relacje sąsiedzkie gwałtownie narusza jednak przybycie Eloise Bosquet de Wagner Wehrhorn. Ta uwodzicielska samozwańcza baronowa, w towarzystwie dwóch oddanych kochanków zamierza zbudować na wyspie luksusowy hotel. Pomysł ten nie podoba się wcześniejszym osadnikom, którzy przybyli na tę wyspę, żeby uciec od cywilizacji. Na Floreanie szybko dochodzi do pierwszych konfliktów, które eskalują, zawiązują się także zmienne sojusze, aż w końcu poleje się krew… .
Film ten miał spory potencjał na dobry moralitet w dość klasycznym już temacie, a mianowicie – jak próby tworzenia przez ludzi raju bez Boga, w nieuchronny sposób kończą się budowaniem piekła na Ziemi. Obraz ten dość trafnie pokazuje bowiem kruchość ludzkich prób stworzenia nowego tytułowego Edenu. Mamy tu unaocznione, że kiedy człowiek odrzuca porządek moralny i boskie przykazania, a zamiast tego stawia na własne ego, ideologie (tu m.in. elementy nietzscheańskie u Rittera) czy hedonizm, szybko schodzi na drogę wzajemnego zniszczenia. Fiasko takich pomysłów podkreśla dodatkowo to, że opowieść ta jest oparta na faktach oraz jej mikroskala (widzimy, że nawet w tak małej grupie odrzucenie Boga i Jego ładu szybko prowadzi do destrukcyjnych zachowań). Film ciekawie także obrazuje, jak świat przyrody (wbrew różnym idyllicznym wyobrażeniom „pięknoduchów”) po grzechu pierworodnym nie jest człowiekowi przyjazny. Najbardziej drastycznie widzimy to w scenie, gdy dzikie psy dosłownie czyhają, by pożreć dziecko rodzącej matki. Nie tylko jednak zwierzęta są tu wrogie człowiekowi, nawet sama ziemia Floreany bynajmniej nie jest dla osadników sielanką. Ażeby w niej przetrwać muszą tę ziemię czynić sobie poddaną, czy wręcz ją ujarzmiać. Co ciekawe, w starciu z rzeczywistością wyspy osadnicy zachowują się wobec tych wyzwań natury nieraz z rozsądkiem, który sami chwilę wcześniej zapewne potępiliby z ideologicznych powodów (np. Ritter dla przetrwania szybko porzuca wegetarianizm).
Jak widać, film ten miał rzeczywiście spory potencjał na dobry, antyutopijny obraz, i to z wręcz tradycyjnie chrześcijańskim przekazem. Co zepsuło ten potencjał? Otóż głównie jego zakończenie. Mamy tu bowiem tryumf przetrwania „prostego człowieka” (czy w wersji feministycznej „prostej kobiety”), jednakże w bardzo niepokojącym czy wręcz złowieszczym duchu. A mianowicie Margaret – młoda pani Heinz, która w innych okolicznościach byłaby zapewne typową gospodynią domową, okazuje się tutaj głównym zwycięzca „wyspiarskiej rozgrywki”. Nie dzieje się jednak tak jedynie za sprawą jej ukrytej i niedocenianej przez resztę osadników siły woli, ale osiąga to manipulując inną osobą i skłaniając ją do zbrodni, oraz za pomocą kłamstwa. I niestety czuć, iż ta jej postawa bynajmniej nie ma widza zasmucić czy rozczarować, a raczej pozytywnie zaskoczyć. Twórcy filmu zdają się nam tu mówić coś takiego: Zobaczcie, ta „szara myszka” wyszła z cienia swojego męża i przechytrzyła wszystkich, którzy pewnie uważali się za lepszych. Takie docenienie skromnej niewiasty byłoby oczywiście dobre, gdyby nie było docenieniem jej w zbrodni. A tak jest elementem bardzo złym, który ostatecznie pogrąża film.
Poza tym głównym zarzutem „Eden” jest też niestety produkcją niewolną od innych złych czy niebezpiecznych elementów. Jest tutaj sporo scen przemocy (w tym brutalne i krwawe), erotyzm, sugestywne sceny seksualne, całkowita męska nagość oraz częściowo kobieca, a także wulgarny język. Twórcy nie stronią niestety od ukazywania upadku moralnego w sposób dość bezpośredni. Jednakże gdyby nie powyżej opisane zakończenie, przyznalibyśmy temu filmowi najniższą pozytywną ocenę, a tak musimy ocenić go negatywnie i odradzać jego oglądanie.
Marzena Salwowska
/.../
Możliwość komentowania Radioaktywny kryzys (serial TV) została wyłączona
Ten oparty na faktach, 5-odcinkowy serial brazylijski opowiada historię jednego z najgroźniejszych incydentów promieniotwórczych w historii. Głównym bohaterem jest tu młody fizyk jądrowy, który w 1987 roku przyjeżdża wraz z żoną na urodziny ojca do swojego rodzinnego miasta Goianii. Tu niespodziewanie wpada w wir przedziwnych wydarzeń, gdy okazuje się, że jego rzadka profesja jest w tej chwili niezbędna mieszkańcom. W Goianii doszło bowiem do skażania cezem-137. Sytuacja już jest bardzo poważna, a brak właściwych działań ze strony władz miasta i odpowiednich służb skutkować może dalszym rozszerzeniem skażenia i ogromną liczbą ofiar. W serialu śledzić będziemy więc wielki wysiłek głównego bohatera i jego współpracowników, a także różnych służb medycznych (zwłaszcza medycznych), by opanować sytuację i uratować jak najwięcej osób. Równie ważna będzie jednak też perspektywa najbardziej poszkodowanych – ludzi, którzy najszybciej zetknęli się ze źródłem promieniotwórczego skażenia i mieli z nim największy kontakt. Jeśli chodzi o te postaci, to są one nie tylko wzorowane na rzeczywistych, ale właściwie w dużej mierze odpowiadają realnym bohaterom tej historii. Są to albo bardzo biedni ludzie, albo aspirujący do brazylijskiej niższej klasy średniej. W każdym razie słabo bądź prawie niewykształceni i żyjący w bardzo trudnych warunkach; co ma duże znaczenie dla rozwoju zdarzeń.
To jak doszło do owego incydentu jest w serialu pokazane chyba dość zgodnie z rzeczywistością. Ten łańcuch wydarzeń i ludzkich decyzji, mniej lub bardziej świadomych, które do niego doprowadziły, jest jedną z ciekawszych rzeczy w tej produkcji filmowej, dlatego postaram się nie zdradzać zbyt wiele czytelnikom, którzy, być może, jeszcze nie zetknęli się z tą historią.
Choć serial ten pod względem siły wyrazu zdaje się nie dorównywać innej produkcji o podobnej tematyce – „Czarnobyl” (https://kulturadobra.pl/czarnobyl-serial/), jest za to bardziej przystępny i stosowny do rodzinnego oglądania. Serial ten bowiem ma mniej przytłaczający i trochę bardziej optymistyczny charakter. Nadto rzeczy najbardziej drastyczne zostały tutaj ograniczone do niezbędnego minimum. W zestawieniu z „Czarnobylem” dużo jest również elementów zdrowego życia społecznego, np. młode małżeństwo z radością oczekuje dziecka, sąsiedzi troszczą się o siebie nawzajem, pacjenci motywują się do walki o życie, itp. „Radioaktywny kryzys” to zatem, może nie tak wybitny jak wspomniany „Czarnobyl”, jednak solidny, wciągający miniserial, który warto obejrzeć także ze względu na możliwie wiernie przedstawioną dramatyczną, a zarazem jakby trywialną historię. To drugie, czyli trywialność tej opowieści wynika stąd, że tragedia nie jest tu skutkiem jakichś rzeczy wielkich i nieuniknionych, a raczej tak drobnych i banalnych, jak chęć niewielkiego zysku, ignorancja, niekompetencja urzędników (brak wyobraźni i odpowiedzialności ze strony tych, którzy wiedzieli o porzuconym urządzeniu medycznym z radioaktywnym izotopem wewnątrz). Opowieść ta przypomina też, jak ważna jest odpowiedzialność – za siebie, za rodzinę, za bliźnich i za wspólnotę.
Dużą zaletą serialu jest także wyraźna empatia wobec bezpośrednich sprawców (a jednocześnie ofiar) tej tragedii. Twórcy tej produkcji zdają się mówić, iż wina tych ludzi jest w tej sytuacji najmniejsza, gdyż ich działania w dużej mierze podyktowane były biedą i ignorancją. I rzeczywiście, choć niepiśmienni (czy też prawie analfabeci) bezdomni zbieracze złomu naruszyli prawo, wchodząc na obszar zamkniętej kliniki, to ewidentnie nie mieli pojęcia, że zabierają stamtąd coś niebezpiecznego, a raczej po prostu coś, co zostało porzucone i zapomniane przez właścicieli jako niepotrzebne. Trudno więc obarczać ich taką winą, jak np. ludzi, którzy demontują części torów kolejowych (nie trzeba wszak nawet umieć czytać i pisać, by wiedzieć, do czego to może doprowadzić). Serial ten nie skłania zatem widza do szydzenia z tych osób, czy patrzenia na nie z góry w przeświadczeniu (prawdopodobnie nieraz błędnym), że samemu w podobnej sytuacji nie zrobiłoby się takiej głupoty.
Przechodzimy tu do, najprawdopodobniej niezamierzonej przez twórców serialu, acz pożytecznej lekcji, jaka może być wysnuta z tej opowieści. Historia ta może być bowiem pomocna rodzicom do tłumaczenia dzieciom pewnego aspektu grzechu pierworodnego (o ile zdecydują się go obejrzeć z nieco starszymi pociechami). Piękny błękitny proszek, który fascynuje i kusi naiwnych ludzi swoim blaskiem przywodzi bowiem na myśl zakazany owoc. Tak też skutki jego spożycia – choroby, śmierć, lęk, drastyczne pogorszenie warunków życia, zniszczenie dobrych relacji między ludźmi (ludzie z Goianii spotykają się z różnymi formami ostracyzmu w Brazylii przez lata) mogą w mniejszej skali odzwierciedlać katastrofę grzechu pierworodnego.
Serial ten prezentuje także wiele odpowiedzialnych czy wręcz bohaterskich postaw i wzorców. Godną upamiętnienia postacią jest w pierwszej kolejności Maria Ferreira, która jako jedyna z kręgu, w którym znalazł się feralny proszek, „połączyła kropki” i zrozumiała, że to on jest właśnie przyczyną nie tylko jej fatalnego samopoczucia, ale także innych osób, które miały kontakt z ową substancją. Jej czujność, która z pewnością ocaliła wiele istnień, może być przykładem, iż nie zawsze potrzebna jest konkretna wiedza na temat jakiegoś zła, żeby je rozpoznać. Bardzo budujące postawy prezentują też oczywiście lekarze i pielęgniarki, którzy starają się ratować ofiary skażenia, samemu narażając się na napromieniowanie. Szczególnie godna pochwały jest też oczywiście postawa młodego fizyka jądrowego, który przyjechał do miasta tylko na wakacje, a jednak podejmuje się gorliwie wyzwania, jakie tu napotyka. Mamy tu również inne przykłady ludzkiej dobroci i solidarności, które zapewne nie umkną widzom…
Zaletom serialu jest też to, że nie unika pokazywania ciemniejszych stron Brazylii, które ten kryzys wydobywa. Oprócz biedy i braku perspektyw dla najuboższych, widzimy tu na przykład niepokojący brak zaufania obywateli do władz (możemy się domyślać przyczyn, choć nie są one wprost podane) oraz pewien organizacyjny i prawny chaos. Serial pokazuje także, jak lęk wyzwala w ludziach mroczniejsze strony natury, zwłaszcza w scenie, kiedy protestujący tłum obrzuca kamieniami żałobników, nie chcąc dopuścić do pochowania na komunalnym cmentarzu kilkuletniej dziewczynki. A to ze strachu, że nawet jej ciało w zabezpieczonej trumnie, będzie źródłem skażenia.
Jeśli chodzi o negatywne strony filmu, to w zasadzie warto chyba tylko wspomnieć o pewnej ilości wulgaryzmów. Mamy tu też scenę, w której główny bohater jest w samej bieliźnie, ale nie ma to żadnego charakteru erotycznego. Jeśli chodzi o nadmierne epatowanie grozą, to trudno o czymś taki mówić odnośnie do tego serialu. Przeciwnie, wydaje się, że jego twórcy unikają pokazywania najbardziej drastycznych objawów, które były udziałem ofiar tej tragedii.
Podsumowując, zdecydowanie polecamy ten serial dorosłym widzom, być może nawet do wspólnego oglądania z dziećmi, choć może bardziej tymi nastoletnimi.Marzena Salwowska
/.../
Możliwość komentowania Najświętsze Serce (film dokumentalny) została wyłączona
Film „Najświętsze Serce – Jego panowaniu nie będzie końca” to, jak wskazuje już sam tytuł, produkcja religijna na temat nabożeństwa ku czci Najświętszego Serca Jezusowego ustanowionego przez Kościół na podstawie objawień prywatnych, których udzielił Pan nasz Jezus Chrystus świętej Małgorzacie Marii Alacoque (w latach 1673-75).
Jest to film zasadniczo dokumentalny, jednakże z historycznymi wstawkami fabularnymi, które to mają za zadanie oddać jak najwierniej wizje św. Małgorzaty dotyczące objawień zawarte w jej pamiętniku duchowym. Dokument ten łączy w sobie wiele aspektów: historyczny, teologiczny, ale też świadectwa współczesnych ludzi. W ten sposób pokazuje on, że nabożeństwo ku czci Najświętszego Serca Jezusowego nie jest jakimś przestarzałym dewocyjnym zwyczajem, ale czymś wciąż żywym i trafiającym do współczesnych ludzi, czymś, co może budzić bądź ożywiać wiarę u wielu. Film ten jest zatem narzędziem otwartej ewangelizacji, które zdaje się być skuteczne, sądząc po żywych reakcjach widzów.
Jeśli chodzi o wątpliwe elementy filmu, to niestety nie można tutaj przemilczeć kilka scen, w których pojawiają się osoby dość nieskromnie odziane. Co gorsza, sceny te mogą być przyczyną pewnego zgorszenia, gdyż osoby tak ubrane prezentowane są tu w kontekście nawrócenia, żywej relacji z Bogiem, i, w domyśle, jako mogące być wzorem do naśladowania dla młodych katolików/katoliczek pragnących prowadzić święte życie. Chodzi tu głównie o migawki ze spotkań ze spotkań katolickiej, acz światowo dość odzianej, młodzieży, oraz o ubiór pani występującej na scenie muzycznej. O ile w tym pierwszym przypadku można jeszcze mówić o pewnej niefrasobliwości czy nawet nieświadomości młodych ludzi, to w drugim przypadku mamy do czynienia z dojrzałą niewiastą, dla której taki ubiór jest świadomym scenicznym wyborem. Ktoś może bronić twórców tego filmu, iż mamy tu do czynienia z dokumentem, który tylko odzwierciedla pewną rzeczywistość, jednakże taka linia obrony nie wydaje się zasadna, gdyż dzięki popularności nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusa, producenci prawdopodobnie mogli wybierać z większej ilości świadectw i co za tym idzie filmowego materiału.
Niemniej, uwzględniając powyższe zastrzeżenie, jest to film zdecydowanie godny polecenia, gdyż pokazuje, że fundament nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusa znajduje się w samym centrum Ewangelii. – w tym momencie, gdy „ jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda” (J 19, 34). Produkcja ta jest zatem zachętą to odkrycia prawdy o samej istocie wiary chrześcijańskiej – o miłości Boga, który tak kocha każdego człowieka, że pozwolił przebić swoje Serce na krzyżu.Marzena SalwowskaPs. Powyżej opisany film jest wciąż wyświetlany w sieci „Cinema City”: https://www.youtube.com/watch?v=6el6be7t4t8
/.../
Możliwość komentowania Ołowiane dzieci (serial) została wyłączona
Serial ten opowiada – opartą na prawdziwych wydarzeniach – historię polskiej lekarki (dr Jolanty Wadowskiej-Król), która w latach 70.tych 20 wieku przyczyniła się do ujawnienia masowej epidemii ołowicy pośród dzieci żyjących wówczas na śląskich Szopienicach.
Zanim przejdę do omówienia czegoś, co paradoksalnie można nazwać jednocześnie tak zaletą jak i wadą, owej produkcji, zacznę od wskazania bardziej jednoznacznych jej walorów. Otóż, w przeciwieństwie do jakże wielu dzisiejszych seriali i filmów fabularnych, „Ołowiane dzieci” nie epatują widzów scenami seksu oraz przemocy (co nie oznacza bynajmniej, że są pod tym względem „doskonałe”). Jeśli zaś chodzi o nagość i nieskromność, to owszem jest tam tego nieco więcej, a co gorsza w tym kontekście główna bohaterka udziela nawet swej nastoletniej córce dość dwuznacznej i moralnie wątpliwej rady.
Co do zaś wspomnianego wyżej paradoksu tegoż serialu to polega on na tym, iż z jednej strony wydaje się on w silny sposób odwoływać do bardziej tradycyjnego etosu „samotnego bohatera”, który wbrew licznym przeciwnościom stawia czoła złu, a z drugiej strony niestety ów etos został w tej produkcji w dużej mierze fikcyjnie wykreowany (i to ze szkodą dla dobrego imienia rzeczywiście istniejących ludzi). Nie jest bowiem zgodne z historyczną prawdą, chociażby pokazanie w owym serialu miejscowej ludności, jako początkowo bardzo niechętnej działaniom głównej bohaterki – w rzeczywistości dr Jolanta Wadowska-Król cieszyła się ogromnym szacunkiem i zaufaniem wśród mieszkańców Szopienic, Burowca i Dąbrówki Małej. Rodzice masowo zgłaszali dzieci na badania, stosowali się do jej zaleceń, stawiali na wizyty i badania, stali za nią murem – jak sama lekarka wielokrotnie powtarzała w wywiadach (m.in. w rozmowach z Magdaleną Majcher, autorką książki „Doktórka od familoków”, oraz w nagraniach archiwalnych). Negatywna rola funkcjonariuszy PRL-owskiej Służby Bezpieczeństwa też zresztą została tu bardzo wyolbrzymiona. O ile jest wszak prawdą, że doktor Wadowska-Król była przezeń obserwowana, to już nie jest zgodne z rzeczywistością, iż np. została aresztowana, spalono jej samochód, bądź bezpośrednio grożono śmiercią.
Poniżej podpisany miał więc pewien dylemat, jaką ocenę dać serialowi „Ołowiane dzieci”: pozytywną za brak epatowania seksem i przemocą oraz próbę podtrzymywania tradycyjnego etosu „samotnego bohatera” czy negatywną za oczernianie prawdziwie istniejących ludzi? Ostatecznie, została dana mu najniższa z pozytywnych not (+1) z jednoczesną silną świadomością, iż być może i tak jest to zbyt dobra ocena tej produkcji. Dodam przy tej okazji, że typowe tłumaczenia o tym, że „film to tylko film i nie musi opowiadać w 100 procentach prawdziwej historii” nie jest moralnie satysfakcjonujące, gdy zważy się na to, iż zniekształcenia faktów historycznych przynoszą ujmę prawdziwie istniejącym naszym bliźnim.
Mirosław Salwowski
/.../
Możliwość komentowania Emilia Pérez została wyłączona
Rita, główna, choć nie tytułowa, bohaterka tego musicalu to sfrustrowana, niedoceniana prawniczka w dużej kancelarii, która zajmuje się wyciąganiem przestępców z więzienia. Pewnego dnia dostaje ona nietypowe, acz świetnie płatne zlecenie od Juana „Manitasa” del Monte – bossa jednego z największych karteli narkotykowych w Meksyku. Manitas oczekuje, że pani mecenas znajdzie mu bardzo kompetentnego i równie dyskretnego chirurga, który przeprowadzi tzw. korektę płci. Po sfingowanej śmierci Manitas zamierza zacząć życie od nowa jako kobieta – Emilia Pérez. Rita przyjmuje zlecenie. Organizuje całą operację: poszukiwanie klinik i chirurgów gotowych przeprowadzić zabieg w tajemnicy, fałszywą śmierć Manitasa, a także relokację jego żony i dzieci do Szwajcarii. Kilka lat później drogi Rity i Manitasa (zwanego teraz Emilią) ponownie się krzyżują. Okazuje się, że „Emilia” nie jest do końca zadowolona ze swojego nowego życia, tęskni bowiem za dziećmi. Tym razem ów bandyta zleca więc Ricie, aby ściągnęła jego rodzinę z powrotem do Meksyku (zamierza zamieszkać ponownie z bliskimi jako rzekoma kuzynka Manitasa – ciocia Emilia). Jednocześnie ów dawny boss narkotykowy zaczyna odczuwać pewne wyrzuty sumienia wobec rodzin swoich ofiar. W związku z tym zakłada fundację, która ma zajmować się odnajdywaniem (a raczej wykopywaniem) ciał zamordowanych. Dzięki tym działaniom zyskuje sobie szacunek i miłość lokalnej społeczność. W biurze fundacji poznaje również pewną wdowę, bynajmniej nie zbolałą, gdyż jej mąż był brutalem. Z ową panią Manitas szybko nawiązuje relację o charakterze romantyczno- seksualnym (podając się za kobietę). Tymczasem jego żona, która oczywiście też uważa się za wdowę, odnawia romans ze swoim dawnym kochankiem (byłym „żołnierzem” męża). Mimo zdecydowanego sprzeciwu „cioci Emilii”, u której mieszka w Meksyku, Jessi poślubia owego mężczyznę i wyprowadza się do niego z dziećmi. Wściekły Manitas, który jako „Emilia” wciąż zarządza swoim majątkiem odcina Jessi od pieniędzy. W efekcie nowożeńcy decydują się na desperacki krok – porwanie „Emilii”. Wysyłają Ricie odcięte palce Manitasa jako dowód i żądają okupu w wysokości 30 milionów dolarów. Pani adwokat organizuje akcję ratunkową z uzbrojonym zespołem. Dochodzi do strzelaniny. W chaosie „Emilia” i Jessi znajdują chwilę na rozmowę. „Emilia” wyznaje żonie, kim naprawdę jest, wspomina dobre i złe chwile ich małżeństwa. Dochodzi do pewnego rodzaju pojednania między nimi, jednakże na scenie znowu pojawia się Gustawo. Koniec końców, w wyniku strzelaniny i ciągu innych zdarzeń giną wszyscy troje: Manitas, Jessi i Gustawo. Dzieci Manitasa i Jessi zostają sierotami. Ich opiekunką zostaje Rita. W ostatniej scenie widzimy uliczną procesję. Rodziny „zaginionych”, którym pomogła fundacja „Emilii”, upamiętniają w ten sposób jej postać poprzez procesję i dają wyraz swojemu przekonaniu o jej świętości, godnej szybkiej kanonizacji.
Wstęp do niniejszej recenzji jest celowo wyjątkowo długi i obfituje w spoilery. Dzięki temu widzowie, którzy jeszcze nie widzieli tej produkcji, a chcieliby obejrzeć ją głównie tylko po to, żeby po prostu zobaczyć „o co tam chodzi”, mogą zaoszczędzić sporo czasu. Choć film ten ma kilka dobrych moralnie puntów (ostateczne pogodzenie się Manitasa z żoną, czy też pewne wątki, które można by uznać za prorodzinne), to zasadniczo jest to obraz pełen ideologicznej trucizny. Co prawda spotkał on się z dość silnym sprzeciwem ze strony części środowiska LGBTQ+, dla którego miał być prawdopodobnie hołdem, to jednak nie zmienia faktu, iż zawiera sporo trucizny, nawet jeśli ta trucizna w oczach niektórych „specjalistów” nie jest dość mocna.
Jakie są zatem główne składniki serwowanej tutaj trucizny? Przede wszystkim musical ten stara się utwierdzać widzów w fałszywym, acz dość już powszechnym przekonaniu, że można rozwiązywać pewne poważne problemy natury psychiczno–duchowej poprzez drastyczną ingerencję w ciało. Chodzi tu głównie o proces tzw. tranzycji, czyli coś, co jedni będą nazywać korektą płci, inni zmianą, a co w istocie jest okaleczaniem ludzkiego ciała poprzez próbę wymuszenia wyglądu i funkcjonowania typowego dla płci przeciwnej. Film ten nie tylko wspiera to urągające godności medycyny szaleństwo, ale posuwa się jeszcze dalej, próbując pokazać, iż „nieuzgodniona płeć” może być przyczyną nie tylko indywidualnych, ale też społecznych problemów. Produkcja ta stara się bowiem przekonać widzów, że gdyby Manitas od początku mógł być tym, kim się czuje, to prawdopodobnie nie byłby krwawym przestępcą, gdyż w tym złym mężczyźnie ukrywa się dobra kobieta. Niektórzy mogą zaprotestować, iż również „Emilia” wykazuje tu cechy przemocowe, kiedy stara się zawładnąć życiem Jessi. Jednakże ten element ma zapewne za zadanie dodawać wiarygodności przemianie Manitasa w „Emilię”, pokazując, że coś jeszcze łączy te dwie jakby już różne osobowości. Finałowa niby kanonizacja „Emilii” jest tutaj jednak „kropką nad i„, która ma potwierdzać, iż postać ta po zrzuceniu „niewłaściwego ciała” czyni dobro, którego czynić nie mogła „nie będąc sobą”.
Film ten zatem jako sposób na pozytywną zmianę człowieka i społeczeństwa daje receptę, stojącą w całkowitej sprzeczności z ewangelicznymi radami. Brzmi ona mniej więcej tak: „Świat będzie lepszy, kiedy ludzie będą ignorować Bożą wolę, naturę, a zaczną podążać za swoimi pragnieniami. Wtedy zniknie zło, przemoc, przestępczość”. W „świetle” tego musicalu największym złem okazuje się bowiem nietolerancja wobec tranzycji. Handel narkotykami, morderstwa, porwania ludzi, rozbijanie rodzin czy korupcja wymiaru sprawiedliwości – wszystko to zostaje zepchnięte na dalszy plan bądź przykryte za pomocą piosenek. Co więcej „zmiana płci” jest w nim pokazana jako prawdziwe nawrócenie. Jest to zatem obraz, który głęboko wykrzywia, a momentami nawet odwraca chrześcijańską moralność oraz tradycyjne pojęcie świętości. Co gorsza, istnieje niestety pewne ryzyko, iż produkcja ta może być dla niektórych widzów z podobnymi problemami co filmowy Manitas dodatkowym bodźcem do przejścia „tranzycji” i w ten sposób przyczynić się do rzeczywistych ludzkich dramatów. Odradzamy zatem ten film, szczególnie widzom młodym. W zamian zachęcamy do szczerej modlitwy o nawrócenie dla twórców tego musicalu.
Marzena Salwowska
/.../
Możliwość komentowania Heweliusz (serial TV) została wyłączona
Ten pięcioodcinkowy miniserial w reżyserii Jana Holoubka, inspirowany jest jedną z największych tragedii morskich w powojennej historii Polski – katastrofą promu „Jan Heweliusz”, która wydarzyła się w nocy z 13 na 14 stycznia 1993 roku na Bałtyku. Tragedię tę w mniej lub bardziej wyraźny sposób zapewne kojarzy jeszcze z ówczesnej telewizji, radia bądź doniesień prasowych gro Polaków ze średniego i starszego pokolenia. Można jednak przypuszczać, że dla większości młodszych widzów ta produkcja jest pierwszym zetknięciem z tym tematem. Klamrą tego serialu, który często przeskakuje czasem i miejscem akcji, jest jeden z kapitanów pływających na Heweliuszu, który feralnej nocy jednak nie miał służby na tym promie. Ów kapitan (postać fikcyjna, choć zapewne mająca swój mniej lub bardziej bliski pierwowzór w rzeczywistości) to Piotr Binter. Otrzymuje on propozycję, by jako ławnik brać udział w procesie przed Izbą Morską, mającym ustalić przyczyny katastrofy. Mężczyzna zgadza się, jednak szybko okazuje się, iż wyrok jest właściwie ustalony już z góry, a na głównego kozła ofiarnego wyznaczony został kapitan prowadzący Heweliusza w dniu zatonięcia, Andrzej Ułasiewicz. Binter jako zmiennik Ułasiewicza zdaje sobie jednak sprawę z nienajlepszego stanu technicznego promu oraz wielu innych okoliczności, które w decydującym stopniu mogły przyczynić się do katastrofy Heweliusza. Rozpoczyna więc jakby własne śledztwo, co nie jest na rękę ani ludziom z ministerstwa, którzy chcą wybielić armatora, ani funkcjonariuszom WSI, rzekomo przemycającym broń z pomocą tego promu…
„Heweliusz” to przede wszystkim ambitna, dobrze zrealizowana produkcja, która może służyć jako okazja do refleksji nad odpowiedzialnością moralną i poszukiwaniem prawdy. Warto w tym miejscu zaznaczyć, iż oceniając ten serial pozytywnie, przyjmujemy, że jego twórcy przedstawili z rzetelnością najbardziej prawdopodobne przyczyny zaginięcia promu, okoliczności to poprzedzające, stan statku, a także działania różnych stron zainteresowanych, by główną odpowiedzialnością za tragedię obciążyć kapitana, a po części też załogę. Jako że widać w tej produkcji duży wysiłek włożony w zbadanie przyczyn, przebiegu i następstw katastrofy Heweliusza, to chyba można twórcom tego serialu dać spory kredyt zaufania. Zakładamy zatem, iż wszelkie dostępne im źródła zbadali rzetelnie i dogłębnie, a wnioski, jakie z nich wyciągnęli, są prawidłowe. W związku z czym jako główny atut serialu jawi się próba przywrócenia dobrego imienia kapitanowi Ułasiewiczowi oraz jego załodze, gdyż produkcja ta dowodzi, że kapitan był zmuszony do wykonania feralnego zwrotu i przejścia linii wiatru (i nie był to błąd z jego strony), co było bezpośrednią przyczyną zatonięcia promu. A przywracanie dobrego imienia bliźnim, nawet po latach, jest oczywiście rzeczą chwalebną.
Warto też zauważyć, że twórcy serialu dobrze oddali historyczny kontekst transformacji ustrojowej w Polsce lat 90-tych: chaos, ogromne bezrobocie, niepewność ekonomiczną, bylejakość, kombinatorstwo, dopiero co rodzący się i wciąż jeszcze „dziki” kapitalizm. Czuć tutaj wyraźnie, że pieniądze i interesy mają większe znaczenie niż bezpieczeństwo czy ludzkie życie. Chociaż nie ma w serialu jakichś wyraźnych nawiązań do PRL-u, to twórcom serialu udało się też podskórnie przekazać wrażenie, iż ta epoka niedawno się skończyła, ale coś z jej szarzyzny jeszcze zostało, a nowe czasy po chwilowej euforii też nie dają wielkich perspektyw większości społeczeństwa. Niewiele miejsca pozostaje też w tym świecie na takie rzeczy jak sprawiedliwość, godność człowieka czy prawda. Serial ten może więc skłaniać do refleksji nad tym, dlaczego ten czas transformacji był aż tak zły, a nawet do stawiania pytań, kto był za taki stan odpowiedzialny (pewnym tropem, który zostawiają twórcy tej produkcji może być pokazywana tu potęga WSI, oraz wszechpotężne układy pod stołem ważniejsze niż oficjalne prawo). Inną istotną zaletą serialu, która wynika z dobrze oddanego tła historycznego jest naświetlenie, dlaczego pewnym osobom mogło tak zależeć na uwolnieniu od winy armatora i przerzuceniu całej odpowiedzialności na kapitana i załogę. Znajomość kontekstu historycznego, choć oczywiście nie zmienia negatywnej oceny takiego postępowania, to jednocześnie uzmysławia, że intencje tych osób mogły być nawet w jakiejś części szlachetne – za wszelką cenę nie dopuścić do upadku armatora, bo to oznaczałoby zwiększenie, już i tak dużego, bezrobocia na Wybrzeżu i nędzę wielu rodzin. Serial ten może więc skłaniać do przyjrzenia się ziarnu prawdy zawartemu w polskim powiedzeniu „Dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane.”
Docenić też można w „Heweliuszu” z pewnością pozytywne nawiązania do modlitwy. Jeden z ocalonych marynarzy przypisuje bowiem ocalenie swoje i kilku towarzyszy temu że inny wytrwale odmawiał Różaniec, kiedy czekali w pontonie na ratunek. Zaletą serialu jest też oczywiście coś, co można określić jako „duch prorodzinny”, a także związane z tym życzliwe pokazywanie ofiar katastrofy (scenariusz skupia się bardziej na tym, co było dobre w ich życiu i co straciły ich rodziny, tracąc męża i ojca). W serialu są też takie wyraźnie chrześcijańskie w duchu wątki jak np. wdowa, która z początku wyraża swój ból głównie gniewem, oskarżeniami i niechęcią wobec rodziny kapitana; potrafi się jednak wznieść ponad te uczucia i dać świadectwo prawdzie, wbrew własnym interesom. Na pochwałę zasługuje również z pewnością pokazywanie solidarności społecznej w obliczu takich katastrof. I chociaż serial ten niespecjalnie skupia się na sprawach ostatecznych, to i tak może być łatwo odczytany jako swoiste „memento mori”, gdyż pokazuje niezwykłą kruchość ludzkiego życia w zestawieniu z tym, co od człowieka nie do końca zależne. Morze, będące biblijnym symbolem chaosu i śmierci, zdaje się tu kolejny raz przypominać o konieczności pokory i właściwego podejścia do życia, które tak łatwo i szybko da się zatopić.
Serial ten należy też pochwalić za brak scen „erotycznych” i innych elementów podobnego rodzaju. Tym bardziej jest to godne uznania, że gdyby twórcy tej produkcji chcieli takie sceny wprowadzić, to wystarczyłoby, iż rozbudowaliby chociażby wątek romansu kapitana Bintera z „panią od armatora”.
Jeśli chodzi o złe bądź wątpliwe moralnie aspekty filmu, to nie jest ich wiele. Z tychże w uszy rzuca się tu przede wszystkim duża ilość wulgarnego słownictwa, po części niestety uzasadniona, gdyż oddaje przykry zwyczaj Polaków, jakim jest niewątpliwie częste „przeklinanie” (nie inaczej sprawy się miały w latach 90-tych). Trzeba więc przyznać, że twórcom serialu, którzy najwyraźniej starali się, jak najlepiej oddać realia lat 90-tych w naszej ojczyźnie, niezwykle trudno byłoby przedstawić naszych rodaków w sytuacji ogromnego stresu, którzy nie używają wulgaryzmów. Trudno oczywiście całkiem usprawiedliwić twórców serialu w tej materii, gdyż realizm przedstawienia nie jest jakąś nadrzędną wartością, poza tym już dawno wymyślono zabieg „wypikiwania” najgorszych słów. Gorszą rzeczą jest jeszcze łączenie na jednym oddechu świętego imienia Jezus z wulgaryzm słownictwem. Innym zarzutem, który można wysunąć wobec tej produkcji, jest, wprawdzie lekkie, ale jednak wspieranie pewnych przesądów i zabobonnych praktyk. Chodzi tu głównie o przedstawianie maskotki czarownicy, jako przedmiotu, który, w domyśle, istotnie mógłby przynieść szczęście kapitanowi, gdyby nie zapomniał go zabrać na statek. W pewnym momencie podkreśla się także tu fakt, iż do katastrofy Heweliusza doszło 13-tego. Innym problemem może być mieszanie faktów historycznych z fikcją. Wiąże się z tym ryzyko wprowadzania widzów w błąd co do prawdy historycznej. Wprawdzie twórcy filmu zastrzegają, iż serial jest tylko inspirowany tragedią Heweliusza, jednak realizm tej produkcji może sprawiać, że odbiorcy utożsamią bohaterów serialu (w tym „czarne charaktery) z rzeczywistymi postaciami. Z drugiej strony może o takie utożsamienie nie byłoby sprawiedliwym obwiniać twórców serialu, gdyż dorośli widzowie powinni sobie zdawać sprawę, że jest to produkcja, która ucieka się do pewnych skrótów fabularnych, typu np. łączenie kilku postaci w jedną.
Podsumowując, serial ten zyskuje pozytywną oceną, która byłaby wyższa, gdyby nie to, że silnie wystawia on widza na grzechy języka. A szkoda, bo jest to pod wieloma względami bardzo wartościowa produkcja, nadto bardzo udana jako ekranowe widowisko. Większa powściągliwość języka czyniłaby ją odpowiednią także dla nastoletnich widzów, a tak można ją polecić jedynie tym dojrzalszym.
Marzena Salwowska
/.../
Możliwość komentowania Frankenstein (2025) została wyłączona
Ten amerykański dramat z 2025 roku to oczywiście kolejna adaptacja gotyckiej powieści Mary Shelley z roku 1818. Akcja rozpoczyna się tu jakby od końca całej historii, gdyż „potwora Frankensteina” poznajemy, kiedy ścigając swego twórcę (Victora Frankensteina) atakuje zamarznięty w arktycznej pustyni statek duńskiej ekspedycji. Kapitan tej wyprawy, mimo strat wśród załogi, decyduje się ratować naukowca przed gniewem stwora. Victor zaś odwdzięcza mu się, opowiadając własną wersję historii tego, jak powołał do życia „swojego potwora” i jakie były konsekwencje tego eksperymentu. Na tym jednak nie koniec, gdyż widzom będzie też dane poznać tę historię także z perspektywy samego stwora … .
Trzeba przyznać, że, ten mówiący wiele o potrzebie miłości i przynależności, a także o przebaczaniu poważnych krzywd, film, mimo pewnych poważniejszych zastrzeżeń (o czym później), jest pozytywnym zaskoczeniem. Nazwisko bowiem reżysera Guillermo del Toro bynajmniej nie kojarzy się z chrześcijańską ortodoksją, także można było mieć uzasadnione obawy, iż tenże biorąc się za temat, w którym człowiek niejako bawi się w Stwórcę, będzie kształtował tę opowieść w duchu ataku na prawdziwego Stworzyciela – Boga. Mówiąc wprost, zanim obejrzałam ten film, byłam niemal pewna, że jego przesłanie będzie w skrócie takie – Bóg (uosobiony przez Victora Frankensteina) jako kapryśny stwórca powołuje do życia stworzenie, bezbronne i niewinne z początku (zszyte z różnych części ludzi zatem jakby reprezentujące całą ludzkość). Kiedy jednak owo stworzenie nie spełnia jego oczekiwań, porzuca je bez litości, by radziło sobie samo w trudnym świecie, szukając po omacku jakiegoś sensu w swojej smutnej egzystencji, zmuszone wręcz by w tej sytuacji moralnie się staczać i zamieniać w rzeczywistego potwora. I choć rzeczywiście relacja naukowiec i jego stwór tak tu wygląda, to trudno jednak podtrzymać zarzut, że postać Victora Frankensteina (naukowiec) jest tu figurą Boga Stworzyciela. Jest to bowiem postać zbyt ludzka i na tyle jednoznacznie kojarząca się figurą stereotypowego wręcz toksycznego ojca, iż trudno w niej widzieć Boga Ojca. To, że Victor w relacji do swojego „dziecka”, jest jedynie ziemskim ojcem, potwierdza fakt, iż film poświęca dużo czasu na pokazanie relacji młodego naukowca z własnym rodzicielem i tego jak później przenosi on te negatywne wzorce na własne „dziecko”. Wreszcie sam del Toro wskazuje, że film ten powstał niejako z potrzeby „przepracowania” jego własnej trudnej relacji z rodzicem. I potrzeba ta prowadzi tutaj do bardzo pozytywnego chrześcijańskiego rozwiązania – uznania swoich win i przebaczenia. Gdyż jak tłumaczy reżyser w wywiadzie dla magazynu Entertainment Weekly – „Uświadamiasz sobie, że uraza bierze dwóch więźniów, a przebaczenie uwalnia dwie osoby” (w filmie podobną myśl wyraża zaprzyjaźniony ze stworem starzec).
O tym, że Victor Frankenstein nie jest tu figurą Boga (co czyniłoby film bluźnierczym i nieakceptowalnym) świadczy wreszcie to, iż niemal od początku jest on nieprzyjacielem Prawdziwego Stwórcy i buntownikiem wobec Niego. Jego potrzeba przekroczenia granic śmierci wynika nie tylko z niepogodzenia ze śmiercią matki, ale jest też chęcią prześcignięcia wręcz samego Boga. Victor buntuje się przeciw Stwórcy do tego stopnia, że zawiera właściwie pakt z diabłem. On sam mówi o tym mniej więcej w tych słowach: „Tamtej nocy narodziłem się na nowo. Doznałem wizji tej nocy. Po raz pierwszy ujrzałem mrocznego anioła. Złożył mi obietnicę. Miałem władać siłami życia i śmierci.” Na zdanie zaś innego uczonego, że „To Bóg daje życie i Bóg je odbiera”, Victor odpowiada: „Być może Bóg jest partaczem i musimy naprawiać jego błędy”. Twierdzi też, iż odkrycia rodzą się z nieposłuszeństwa. Frankenstein jest więc tu figurą nie Boga, a zbuntowanej w swojej pysze ludzkości, która na dodatek jest pod bezpośrednim wpływem upadłych aniołów.
Elementem, za który zdecydowanie również można pochwalić tę adaptację powieści Mary Shelley jest pokazanie destrukcyjnej siły jaką jest pycha. Film ten pokazuje, że im zdolniejsza i bardziej zdeterminowana jest osoba owładnięta tym grzechem, tym gorsze mogą być skutki. Przestroga ta zdaje się skierowana głównie do naukowców, którzy mają coraz większe możliwości i ambicje, aby próbować bawić się w Boga. I chociaż żaden człowiek nie jest w stanie osiągnąć tego celu (np. tworząc coś z niczego), to może narobić wiele szkód i spowodować wiele nieszczęść, próbując. Film ten dobrze pokazuje ów problem, przestrzegając przed tego rodzaju pychą. Opowieść ta obrazuje, że człowiek, nawet jeśli jest w stanie dokonywać jakichś zaawansowanych manipulacji na tym polu, korzystając ze stworzonych przez Boga elementów, to i tak konsekwencje sukcesu szybko go przerosną. Obraz ten zresztą zawiera bardzo pozytywną scenę. W scenie tej jeden z bohaterów, choć wydaje się już opanowany podobną ślepą pychą (choć w innej dziedzinie), to, po wysłuchaniu opowieści o Frankensteinie i jego stworze, porzuca myśl osiągnięcia swojego celu, którego ceną byłaby prawdopodobnie śmierć wielu jego podwładnych.
Poza głównymi zaletami filmu takimi jak wezwanie do wzajemnego przebaczania różnych krzywd, ostrzeganie przed ludzką pychą, czy nieodpowiedzialnymi eksperymentami naukowymi na polu powoływania ludzkiego życia (czy nawet tworzenia jakichś ludzkich hybryd), są tutaj też poboczne wątki, które można pochwalić. Mamy np. zasadniczo pozytywną postać Elizabeth, która okazuje współczucie stworowi Frankensteina i pierwsza dostrzega w nim myślącą i czującą istotę, prawdopodobnie obdarzoną duszą, nadto wypowiada czasem takie trafne i pozbawione moralnego relatywizmu zdania jak: „Tylko potwory bawią się w Boga”, czy „Wiara w coś nie czyni tego prawdą”.
Niestety film ten nie jest wolny od pewnych złych czy dwuznacznych elementów. Ze względu na ilość i sposób ukazywania przemocy i makabry z pewnością nie nadaje się on dla dzieci, osób bardziej wrażliwych, czy mających skłonność do zbytniej ekscytacji takimi elementami. Ilość horrorowych scen wydaje się tu jednak nadmierna, a makabra wręcz przeznaczona dla „smakoszy” takowej. Mam w tym miejscu zwłaszcza na myśli obrazy, w których Victor składa swojego stwora z martwych ludzkich części i jest to ukazane niczym jakiś balet. Z drugiej strony temu przedstawieniu trudno odmówić pewnego głębszego sensu, gdyż podkreśla ono zimny i nieczuły stosunek naukowca do większości ludzi, który najpełniej objawia się w braku szacunku do ludzkich zwłok. Są też w tym filmie jednak też inne makabryczne sceny, które nie mają już większego znaczenia, a jedynie szokują bądź zabawiają widza (zależnie od wrażliwości). Jedną z takich scen jest chociażby ta, w której Victor prezentuje swoją pracę gronu naukowców, a istota (a właściwie kadłubek), który na chwilę ożywia, wygląda niczym mara z jakiegoś koszmaru, bądź z obrazów Zdzisława Beksińskiego.
Jeśli chodzi natomiast o elementy takie jak nieskromność, to mamy tutaj dłuższą scenę (niewiele zresztą wnosi ona do akcji czy przesłania filmu), w której widzimy modelkę w bardzo prześwitującym ubraniu (zasadzie niczego ono nie zakrywa), nadto jest tu wyraźna sugestia, że owa pani jest w seksualnym związku z mężczyzną, któremu pozuje. Poza tym widzimy też ukazaną głównie od tyłu męską nagość, kiedy Victor wyskakuje z wanny pod wpływem odkrywczej myśli (takie nawiązanie do Archimedesa). Natomiast stwór Frankensteina z początku chodzi w samej bieliźnie. Co jest z jednej strony nawiązaniem do dziecięcych pieluszek, z drugiej eksponuje też liczne szwy na jego ciele i początkową nieporadność jego ruchów. W każdym razie sceny męskiej nagości, bądź bardzo skąpego odzienia, nie mają tu raczej charakteru zmysłowego.
Trochę dwuznacznym elementem filmu wydaje się też sama postać stwora, który wydaje się mieć naturę niejako moralnie lepszą od człowieka. Z początku bowiem zdaje się nie mieć w sobie skłonności do zła i dopiero całkowite odrzucenie ze strony ludzi popycha go w stronę gniewu i chęci zemsty na swoim twórcy. Takie ukazanie owej postaci może sugerować, że człowiek jakoby w przyszłości będzie zdolny do tworzenia istot wyższych od siebie, które będą doskonalsze niż rozumne istoty stworzone przez Boga, a nawet być może będą nieśmiertelne. Trudno jednak powiedzieć, czy takie sugestie są zamierzone przez twórców filmu, czy po prostu chodzi o pokazanie, jak brak należytej miłości i opieki czy właściwego wychowania może prowadzić do moralnego pogarszania się dziecka, czy nawet do tego, iż w przyszłości mimo najlepszych wrodzonych skłonności, tak traktowane dziecko może stać się „potworem”. Jeśli jednak przyjmiemy tę bardziej optymistyczną interpretację, że chodzi tu tylko o ludzkie dzieci, to w takim razie tkwiłby tu inny błąd polegający na pokazywaniu człowieka jako istoty, która rodzi się z „czystą kartą”, a nie z grzechem pierworodnym.
Podsumowując, pomimo dość istotnych zastrzeżeń, z pewną ostrożnością polecamy ten film dojrzałym widzom, doceniając przede wszystkim jego tradycyjnie chrześcijańskie przesłanie o wartości miłości i przebaczenia, zwłaszcza w relacjach rodzinnych. Warty szczególnej wagi jest też oczywiście klasyczny, acz coraz bardziej aktualny motyw ludzkiej pychy i nieodpowiedzialnych eksperymentów naukowych.
Marzena Salwowska
/.../
Możliwość komentowania Barbie została wyłączona
Film jest osadzony w cukierkowo-różowym świecie Barbie Land. Główna bohaterka tej opowieści to Stereotypowa Barbie, wiodąca idealne życie w utopijnym, matriarchalnym społeczeństwie, które składa się oczywiście z lalek Barbie i Kenów (i jednego Alana). Pewnego dnia perfekcyjna egzystencja przerośniętej lalki zostaje jednak zakłócona przez egzystencjalny kryzys. Gdy bowiem Barbie zaczyna mówić i myśleć o śmierci, na krainę lalek spadają takie katastrofy jak cellulit czy płaskostopie. Aby zapobiec dalszej destrukcji główna bohaterka za namową „dziwnej Barbie” udaje się do realnego świata, by znaleźć źródło problemu, którym jest najprawdopodobniej jakieś dziecko „bawiące się nią za mocno”. W podróż zabiera się też „na gapę” Ken (model „plażowy”). Towarzysz Barbie odkrywa w Kalifornii patriarchat (rzekomo tu panujący), zachwyca się tą ideą i postanawia wprowadzić ją w swojej krainie, którą przemianowuje na Księstwo Kena. Tymczasem Barbie poznaje trochę prawdziwego świata z jego blaskami i cieniami oraz osoby stojące za jej problemami – nastoletnią Sashę i jej matkę Glorię, pracownicę firmy Mattel. Jest też ścigana przez zarząd owej korporacji, która ją zresztą stworzyła. Po kilku przygodach Barbie powraca do krainy lalek, by tam stanąć na czele zwycięskiej „rewolty”. Koniec końców matriarchat zostaje przywrócony (z małymi ustępstwami na rzecz Kenów), sama Barbie natomiast dzięki cudownej interwencji ducha swojej twórczyni Ruth Handler staje się prawdziwą kobietą w prawdziwym świecie, czego symbolem jest to, że w finałowej scenie dowiadujemy się, iż właśnie będzie miała pierwszą wizytę u ginekologa.
Być może część czytelników spodziewa się, że głównym zarzutem wobec tego filmu na naszym portalu będzie promowanie „walczącego feminizmu”, podsycanie konfliktu płci, czy niechęć wobec tradycyjnego i biblijnego modelu małżeństwa, w którym to mąż jest głową związku. Te rzeczy mają tutaj oczywiście miejsce i zasługują na krytykę, jednak nie to powinno najbardziej martwić widzów, zwłaszcza rodziców małych dziewczynek …
Sęk w tym, że wszelkie poszlaki wskazują na to, iż produkcja ta jest tak naprawdę sprawnie zrealizowaną, miejscami zabawną … prawie dwugodzinną reklamą zabawek jednej firmy. Film ten jest, jeśli oceniać go jako zabieg marketingowy, dziełem geniuszu, gdyż pod płaszczykiem walki z patriarchatem i konsumpcjonizmem skrywa jedną wielką reklamą produktów firmy Mattel, a zwłaszcza lalek Barbie. I właściwie jedyna lekcja, którą można z niego wyciągnąć to, że tym światem nie rządzą ani mężczyźni, ani kobiety, a pieniądze. Główny problem więc leży w tym, iż owa firma znalazła świetny sposób, by swój dość szkodliwy produkt „upgradować” i sprzedawać jako „postępowy” nowym pokoleniom dziewczynek. Stereotypowa Barbie bowiem, to jak akurat słusznie zauważa jedna z bohaterek filmu, symbol nierealistycznych i niezdrowych standardów urody, konsumpcjonizmu i seksualizacji kobiet. Dodajmy do tego jeszcze wyparcie głównego wcześniej modelu lalki – dziecka, który przygotowywał dziewczynki poprzez zabawę do roli matek. Ten aspekt jest zresztą brutalnie pokazany w filmie, kiedy dziewczynki po odkryciu Barbie roztrzaskują swoje lalki – dzieci (obraz niepokojąco kojarzący się z aborcją). Stereotypowa Barbie odrzucając „typowo kobiece role”, w tym głównie macierzyństwo, zyskuje masę czasu na rzeczy takie jak ciągłe dbanie o urodę, kupowanie nowych i modnych rzeczy oraz imprezowanie z koleżankami. Można powiedzieć, że swego czasu firma Mattel w postaci stereotypowej Barbie przewidziała „zawód” celebrytki. Dziś zaś z równym marketingowym geniuszem korporacja ta znalazła sposób, by odświeżyć wizerunek stereotypowej Barbie, która zagrożona już była mocnym „hejtem” ze strony feministek, a nawet kultury woke (w filmie nastoletnia Sasha nazywa Barbie „faszystką”). By osiągnąć ten cel, firma pozwoliła nawet na przedstawienie własnego zarządu jako nieporadnych idiotów i seksistów, samych mężczyzn oczywiście (prawdziwy zarząd tej firmy bynajmniej nie składa się z samych panów). Dzięki sukcesowi tego filmu Mattel udało się prawdopodobnie na lata skojarzyć lalkę Barbie i jej uniwersum z milej dziś postrzeganymi „wzorcami kobiecości” (typu: Barbie która już w ogóle nie potrzebuje Kena, jest od niego pod każdym względem lepsza). Dla rodziców nie powinien być to raczej powód do zadowolenia, ponieważ model Barbie nigdy nie był dobrym wzorcem dla dziewczynek i wszystko wskazuje na to, że jej nowsze wersje też nie będą. A co smutne lalka Barbie wyparła dużo pożyteczniejszy i nieszkodliwy model lalki – dziecka i, jak się zapowiada, w nowym uniwersum Mattel również nie będzie miejsca dla zabawek promujących tradycyjnie chrześcijański wzorzec rodziny.
Reklamowy charakter tego obrazu podkreśla też fakt, że cudownej przemiany Barbie w człowieka dokonuje niczym wróżka – Ruth Handler. Pani Handler zaś to nie kto inny jak „matka” Barbie, żona założyciela firmy Mattel. Sęk w tym, iż pomysłodawczyni lalki Barbie zmarła przeszło 20 lat temu, a w filmie pojawia się ona jakby z Nieba, w atmosferze świętości. Trudno żeby firma Mattel pochlebiła sobie bardziej, niż dokonując świeckiej kanonizacji tak ważnej dla jej historii i dziedzictwa osoby. Tak na marginesie, to skazana za oszustwa podatkowe pani Handler, choć, miejmy nadzieję, cieszy się teraz wiecznym zbawieniem, jest raczej postacią, która nie przeszłaby przez przez proces kanonizacyjny inny niż firmowy. W każdym razie pojawienie się tej postaci w aureoli świętości, co niewątpliwie nobilituje całą korporację Mattel, najdobitniej świadczy o tym, kto grał pierwsze skrzypce w produkcji tego filmu, decydując o jego najważniejszych aspektach i przesłaniu. A przesłanie to można sprowadzić do słów: „Patrzcie jak fajnie zmieniają się nasze lalki, one zawsze wiedzą najlepiej, co znaczy być kobietą w swoim czasie i chętnie nauczą tego wasze córki”.
Jeśli chodzi o inne problemy związane z tym filmem, to w oczy rzuca się również nieskromność ubioru bohaterów obojga płci (np. Ken Plażowy przez sporą część filmu chodzi z obnażonym torsem). Trzeba tutaj zauważyć, że Barbie jest tu po prostu ubrana jak Barbie, czyli często w kuse, bądź obcisłe ciuchy, co uczy dziewczynki, by w przyszłości seksualizować swoje ciała i zyskiwać w ten sposób uwagę otoczenia. Mamy tu nadto liczne żarty nawiązujące do masturbacji, molestowanie i prymitywne zaczepki słowne o charakterze erotycznym (o charakterze hetero i homoseksualnym). Choć rzeczy takie jak molestowanie są akurat pokazane w negatywnym kontekście, a Barbie zachowuje się asertywnie wobec różnych zaczepek, co gdyby nie jej prowokujący strój można by uznać za bardzo dobry wzorzec.
Z negatywnych rzeczy trzeba też oczywiście powiedzieć o podsycaniu, i tak dziś modnej, wzajemnej niechęci i rywalizacji pomiędzy płciami. Choć zasadniczo widzowie spodziewali się pewnie, że film ten wymierzony będzie w „stereotypową męskość” i patriarchat, to młody widz raczej może wyciągnąć z niego wniosek typu – ”Nigdy nie ufaj płci przeciwnej, bo albo tłamsisz, albo jesteś stłamszony(a).” Właściwie nie ma tutaj nic pomiędzy – żadnego miejsca na wzajemny szacunek, wsparcie, współpracę czy zrozumienie. Zwłaszcza mężczyznom nie daje się tu prawa do wykazywania jakichś męskich zalet, gdyż nawet tak pożyteczne cechy jak chęć opiekowania się słabszą płcią, odnoszenia zawodowych sukcesów, większa gotowość do otwartej konfrontacji czy brania na siebie odpowiedzialności za społeczność zostają w „Barbie” wyszydzone jako przejawy toksycznej męskości. Z drugiej strony zachowania takie jak manipulowanie drugą płcią przy użyciu erotycznego i romantycznego powabu, które u mężczyzn byłyby słusznie napiętnowane, u kobiet są tu pokazywane jako coś pozytywnego. Barbie mają także prawo do protekcjonalnego traktowania Kenów (i znów jest to pokazywane jako coś właściwego, bo wszystkie Keny to przecież „głuptaski:). Istnieją więc uzasadnione obawy, że młody mężczyzna po obejrzeniu tej produkcji skłoni się ku modnym dziś prądom (spod znaku Red Pill), które prezentują płeć niewieścią jako zbiorowisko typowych Barbie. Taki młody człowiek może też dojść do wniosku, iż lepiej być już toksycznym macho niż SIMP-em (przepraszam za to wyrażenie). Choć oczywiście ani jedna, ani druga postawa nie jest tradycyjnie chrześcijańska.
Powiedzmy teraz może kilka dobrych słów na temat tej produkcji. Przede wszystkim można tu docenić pewną determinację, z jaką pani reżyser, scenografii oraz aktorzy tej produkcji walczą o to, żeby zrobić z niej prawdziwy film (co się nawet momentami udaje). Choć trzeba zauważyć, że najmniej zwycięsko wychodzi z tego pani reżyser, która być może została cynicznie wykorzystana przez firmę Mattel, po to by jej nazwisko przyciągało przez skojarzenia z feministycznym aktywizmem.
Jeśli chodzi o moralne i światopoglądowe zalety tego filmu, to można tu wymienić:
– Fakt, iż Barbie przechodzi podróż introspekcyjną, w której kwestionuje swoje miejsce w świecie i szuka głębszego znaczenia istnienia. To dążenie do zrozumienia siebie i odnalezienia celu może być postrzegane jako pozytywne, ponieważ odzwierciedla uniwersalną potrzebę refleksji nad życiem i śmiercią, co jest zgodne z chrześcijańskim wezwaniem do poszukiwania prawdy.
– Barbie zamiast idealnego plastikowego życia wybiera prawdziwy świat, ponosząc za to cenę w postaci takich rzeczy jak strach przed śmiercią, starzenie, różne trudne emocje.
Problem jednak w tym, że pozytywne rzeczy, których można się tu doszukać, są tylko cienką przykrywką tego, iż produkcja ta jedynie pozoruje „anty-plastikowy” przekaz, podczas gdy w rzeczywistości ma tego plastiku sprzedać jak najwięcej. Zachęcamy zatem raczej do omijania tej produkcji, zwłaszcza do wystrzegania się oglądania jej z dziećmi, dla których nie jest odpowiednia, mimo plastikowo-różowych pozorów.
Marzena Salwowska
/.../