Tag Archive: chrześcijańskie recenzje filmów

  1. Ostateczne poświęcenie (2019)

    Leave a Comment Film ten opowiada prawdziwą historię Williama Pitsenbargera, amerykańskiego żołnierza, który podczas wojny w Wietnamie w bohaterski sposób uratował przed śmiercią swych sześćdziesięciu kompanów. Niestety sam Pitsenbarger zapłacił za to poświęcenie własnym życie. Mimo ogromnej ofiary i odwagi, jaką się wykazał, żołnierz ten przez wiele lat nawet pośmiertnie nie został odznaczony przyznawanym w tym podobnych przypadkach „Medalem Honoru”. Po przeszło 30 latach od tych wydarzeń do zbadania sprawy Pitsenbargera skierowany zostaje Scott Huffman, młody pracownik Pentagonu. Wraz z odkrywaniem przez siebie coraz to nowych szczegółów sprawy, Huffman jest coraz bardziej przekonany do tego, iż William Pitsenbarger zasłużył sobie na „Medal Honoru” i że brak przyznania mu takowego odznaczenia był krzyczącą wręcz niesprawiedliwością, którą należy naprawić. Niestety, starania Huffmana nie spotykają się z należnym zrozumieniem ze strony jego zwierzchników. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej produkcja ta może być doceniona za to, iż wykorzystuje się w niej klasyczny dla bardziej zdrowej części naszej zachodniej kultury motyw niezłomnej walki o sprawiedliwość oraz prawdę (co czyni Scott Huffman), a także za to, że nie epatuje ona widzów nieskromnością, obscenicznością czy seksem. Na przykładzie zaś historii samego Williama Pitsenbargera, w filmie w pozytywny sposób zostały ukazane takie tradycyjne cnoty i wartości jak: bohaterstwo, odwaga oraz wręcz heroiczne poświęcenie się dla swych bliźnich. Ponadto, przychylnie została tutaj też pokazana modlitwa (choć w pewnych aspektach niezbyt ortodoksyjnie – o czym więcej poniżej) i mimo uznania dla wojennej odwagi i poświęcenia odmalowane zostały także złe skutki, jakie na polu psychologicznym i emocjonalnym rodzi każda wojna. Naszą uwagę zwróciły także wątki wskazujące na z jednej strony siłę więzów tradycyjnej i kochającej się rodziny (przykład: rodziców Williama), z drugiej zaś strony prezentujące, jakie trwały szkody może wyrządzić dziecku brak ojca. Wreszcie też w filmie tym widzimy, iż błędy popełnione w przeszłości nie muszą nas wiązać oraz zniewalać, ale można i należy je naprawiać. Co do tych elementów filmu względem których doradzamy zachować pewną szczególną ostrożność, to są nimi duża ilość wulgaryzmów tam zawartych oraz pewne elementy synkretyzmu religijnego w nim przedstawione. Co do tych drugich to widzimy je na przykładzie pewnego amerykańskiego żołnierza, który po skończonej wojnie wietnamskiej został w tym kraju na stałe i będąc religijnym człowiekiem łączy w swej pobożnościowej praktyce elementy katolicyzmu z buddyzmem. Nie wiemy, czy ten konkretny wątek był wiernym odwzorowaniem realiów historycznych, dlatego też nie chcemy otwarcie krytykować jego obecności w omawianym filmie, jednak zwracamy nań szczególną uwagę w myśl przysłowia: „Ostrzeżony – Uzbrojony!”. Mirosław Salwowski /.../
  2. Mroczny rycerz

    Leave a Comment Gotham City od lat pogrążone jest w mroku panoszącej się przestępczości i korupcji. W tej sytuacji ratunkiem dla miasta wydaje się sojusz, a może raczej triumwirat, w skład którego wchodzą porucznik policji James Gordon, prokurator okręgowy Harvey Dent i Batman. Najważniejszym zadaniem tych trzech mężczyzn jest, póki co walka z lokalną mafią, którą próbują uderzyć po kieszeni, przejmując ukryte w bankach fundusze tej organizacji. Sprawy jednak komplikują się przez korupcję w szeregach stróżów prawa, a także przez wejście do gry nieobliczalnego Jokera … Głównym powodem, dla którego przyglądamy się tej ekranizacji komiksowych opowieści o Człowieku Nietoperzu, jest jej wyraźne zacięcie moralne. W szeregu dziwnie wręcz pompatycznych brzmiących dialogów porusza się tutaj bowiem szereg ważnych kwestii moralnych. I część z dylematów, które rozważają bohaterowie, jest ciekawa i uniwersalna, a wiele odpowiedzi całkiem słusznych. Zacznijmy może od silniejszych moralnie aspektów tej opowieści. Pierwszym będzie po części sama postać głównego bohatera – nocnego „rycerza”, który za dnia jest szanowanym i wpływowym biznesmenem (Bruce Wayne). Przez większą część filmu Batman nie jest bowiem aż tak bardzo jednostką, która stawia się ponad prawem, jak można by się tego spodziewać. Ba, nawet stara się on ściśle współpracować z policją, a także jako Bruce Wayne wspiera karierę prokuratora okręgowego Harveya Denta, ze względu na jego nieposzlakowaną uczciwość i właśnie poszanowanie prawa. Główny bohater nie dokonuje też samosądów na złoczyńcach, nawet kiedy z pewnością uszłoby mu to płazem. Nie jest więc żadnym „samotnym mścicielem”, ani chyba nawet samozwańczym stróżem prawa. Bliżej mu może do czegoś w rodzaju jednoosobowej, super straży obywatelskiej, gdyż jego działania są raczej wsparciem dla policji niż działaniem wbrew jej. Taki rys tej postaci jest niewątpliwą zaletą filmu. Na docenienie zasługuje też promowanie w postaci Batmana – Wayna takich tradycyjnych cnót jak: rycerskość wobec przeciwnika czy rywala, czy też stawianie szerszego dobra swojej społeczności ponad własny interes. Widać to szczególnie w stosunku głównego bohatera wobec Harveya Denta, który jest jego konkurentem do ręki ukochanej Rachel. Bruce potrafi wznieść się ponad ten fakt, docenić zalety swego rywala i wspierać jego karierę, ponieważ uważa, że będzie to najlepsze dla Gotham City, za które czuje się odpowiedzialny. Odpowiedzialność za losy tego miasta prowadzi tego bohatera również do dramatycznego wyboru, kiedy ratuje najpierw Denta, świadom, że może nie zdążyć uratować Rachel. Na największą jednak może pochwałę zasługuje w tym filmie klasyczny wątek konieczności walki ze złem, tak w sferze społecznej, jak i w sobie samym. Tę moralną konieczność czy raczej powinność najpełniej symbolizuje tu nie tylko postać Batmana-Wayna, ale jeszcze bardziej Denta, który ma wręcz opinię „rycerza bez skazy”. Bohater ten przez większość akcji pozytywny, w końcu jednak upada moralnie, gdy po osobistej tragedii nie jest w stanie zapanować nad swoimi uczuciami. Upadek tego bohatera skontrastowany jest z postawą Bruca Wayna, który jak najwyraźniej zdaje sobie sprawę, jak ważne jest samoopanowanie, prymat woli i rozumu nad emocjami i instynktami. Nie chodzi o to, że postać ta wyprana jest z ludzkich uczuć, czy emocji, ale jak przystało na dojrzałego człowieka, panuje nad nimi, a nie jest przez nie opanowana. Do czego prowadzą odmienne wybory pokazują zarówno postać „upadłego rycerza bez skazy” Denta jak i głównego czarnego charakteru tej opowieści Jokera. Postać Jokera jest najbardziej znamienna, gdyż jest to człowiek nie tyle nawet upadający przez niezbyt silne opieranie się swoim złym skłonnościom, co istota świadomie wybierająca brak nad nimi kontroli. Joker reprezentuje tutaj typ osób, które czynią zło nie dla zysku czy rzeczy takich jak władza, sława … a raczej z „czystej” potrzeby „podpalania świata”, niszczenia i destrukcji. Można powiedzieć, że Joker symbolizuje dziecięcą stronę natury człowieka, ale bynajmniej nie chodzi tu o niewinność czy ufność dziecka, tylko o te skłonności, które popychają przedszkolaka, by bez żadnej innej przyczyny dla samej przyjemności niszczenia zburzyć cudzy zamek z klocków. Postać Jokera jest sama w sobie krytyką przeróżnych anarchistycznych ruchów, działań czy tendencji we współczesnym świecie. I jest to niewątpliwie duży atut tego filmu. Pokazuje bowiem, że ten rodzaj zła, jest szczególnie destrukcyjny, gdyż z niego biorą się krwawe rewolucje. Ba, nawet przedstawiany jest jako coś jeszcze gorszego niż tak wielkie zło, jakim jest przestępczość zorganizowana. Jeśli chodzi o konstrukcję postaci Jokera, to docenić tu można jeszcze przynajmniej dwie rzeczy. Pierwszą z nich jest fakt, że jest on ukazywany jako istota, która nie tylko sama wybiera zło, ale czerpie też satysfakcję z upadku innych i pragnie udowodnić całemu światu, a zwłaszcza Batmanowi, że inni ludzie są równie źli co on sam, wystarczy dać im tylko odpowiedni impuls do działania. I w tym miejscu należy pochwalić twórców filmu, gdyż pokazują, że ludzie są wolni w swoich moralnych wyborach, przez co też nie do końca te wybory da się przewidzieć. Można powiedzieć, że w jakiś niedoskonały sposób relacja Batman-Joker-mieszkańcy Gotham City odzwierciedla relację Bóg-szatan-ludzie. Jednakże nie w sensie jakiegoś bluźnierczego przyrównania Batmana do Boga, ale raczej na zasadzie chyba nie w pełni świadomego wzorowania Jokera na szatanie, który stara się niszczyć i doprowadzać ludzi do ostatecznego upadku, by w ten sposób uderzyć w Boga i wykazać mu swoje „racje”. Ten demoniczny wizerunek Jokera wiąże się też z jego łatwością dostrzegania w ludziach skaz czy słabości moralnych, które może wykorzystać. W postaci tego klauna zawarty też jest jeszcze jeden ciekawy przytyk do współczesnych trendów w patrzeniu na przestępczość. Otóż Joker lubi opowiadać o tym, w jaki sposób powstały blizny na jego twarzy. Każda z tych opowieści jest na tyle smutna, że z pewnością wzruszyłaby ławę przysięgłych i została wykorzystana przez obronę na zasadzie „Oskarżony miał takie ciężkie życie, że nic dziwnego, iż szedł na drogę przestępstwa”. Szkopuł jednak w tym, że wersje tej opowieści wzajemnie się wykluczają i razem tworzą kpinę z nadmiernego psychologizowania przyczyn przestępczości. Podsumowując więc, jako główna zaleta tego filmu jawi się wysiłek pokazania na przykładzie Gotham City całego spektrum źródeł zła w naszym świecie, począwszy od tych bardziej przyziemnych (typu chciwość), po te bardziej transcendentne. Pewną wątpliwość na płaszczyźnie moralnej budzi zakończenie filmu. Otóż w finale Batman wraz z przedstawicielami prawa dokonują zmowy, postanawiając, że główny bohater weźmie na siebie odpowiedzialność za przestępstwa nieżyjącego Denta. Batman, czyni to, by społeczeństwo Gotham City nie straciło swojego „rycerza bez skazy” i zachowało w mrocznych czasach jakiś ideał. Wydaje się więc, iż końcówka filmu propaguje błędną ideę zakładającą, że rzekomo istnieje coś takiego jak „kłamstwo w dobrej” sprawi, że społeczeństwo można oszukiwać dla jego dobra, a historię fałszować zgodnie z wymogami aktualnej „polityki historycznej”. Z drugiej jednak strony przesłania „Mrocznego rycerza” nie należy rozpatrywać w oderwaniu od innych filmów z Batmanem, w których ukazane zostały zgubne skutki wskazanego wyżej zła, jakim jest okłamywanie i oszukiwanie ludzi. Marzena Salwowska /.../
  3. Najważniejszy głos

    Leave a Comment Film ten opowiada o ojcu (Budzie – w tej roli: Kevin Costner) samotnie wychowującym córkę (Molly), który boryka się z problemem alkoholowym, a także ma problemy z utrzymaniem stałej pracy. Pewnego dnia Molly w sekretny sposób próbuje oddać w imieniu swego taty głos w wyborach prezydenckich. Ze względu jednak na kłopoty techniczne nie dochodzi to do skutku, jednak w systemie liczącym głosy zostaje odnotowane, iż Bud miał próbować wziąć udział w wyborach. A, jako że tak się składa, iż głos Buda miał zadecydować o tym, który z kandydatów na prezydenta wygra, ten bezrobotny i nieudaczny alkoholik staje się z dnia na dzień obiektem zainteresowania i zabiegów ze strony sztabów wyborczych. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej zasadniczą wadę tej komedii stanowi fakt, iż jej główny motyw został oparty na kłamstwie i oszustwie dokonanym przez Molly. Może to sugerować widzom fałszywą doktrynę, jakoby dobre cele mogły być – w moralnie usprawiedliwiony sposób – osiągane przez popełnianie takich wewnętrznie złych czynów jak np. kłamstwo. Mimo to jednak możemy, przy bardzo poważnych zastrzeżeniach, pochwalić ów film, gdyż kładzie on akcent na takie tradycyjne wartości jak przyznawanie się do swych błędów czy też branie współodpowiedzialności za losy kraju, w którym się żyje. Ponadto, w produkcji tej ganione jest nadużywanie najświętszego imienia Jezusa oraz cynizm polityków gotowych w imię zdobywania głosów wypierać się swych dotychczasowych przekonań. Ważnym i cennym atutem tego filmu jest także to, iż nie epatuje on widzów przemocą, obscenicznością oraz seksem. Jest w nim jednak zbyt dużo wulgarnej mowy. Mirosław Salwowski /.../
  4. Minionki

    Leave a Comment Animacja ta jest prequelem opisanego już na naszym portalu filmu „Jak ukraść księżyc”. Zaczyna się ona od krótkiej historii tych pigułkopodobnych żółtych stworków, owładniętych żądzą służenia najgroźniejszym i najbardziej nikczemnym istotom na Ziemi. W swojej karierze Minionki były już sługusami tyranozaura, Napoleona czy Drakuli. Zawsze jednak przez swoją nieporadność i dziwnego „pecha” te małe stworki w końcu doprowadzały do śmierci swego pana. Po serii takich „katastrof” całe plemię wycofało się ze świata, znajdując bezpieczne schronienie gdzieś na mroźnym odludziu. Tu Minionki żyły całkiem wygodnie i bezstresowo, jednakże pozbawione swojego wielkiego celu zaczęły popadać w apatie i depresję. Wreszcie znajdują się jednak śmiałkowie, którzy mają zamiar położyć kres takiemu stanowi rzeczy – Stuart, Kevin i Bob ruszają w świat na poszukiwania prawdziwego złoczyńcy, który godzien będzie zostać panem Minionków. Te poszukiwania zaprowadzą ich do Anglii, w której w roku 1968 odbywają się Targi Złoczyńców. Na owych targach szybko odkrywają, że nie znajdą godniejszej kandydatury niż gwiazda imprezy Scarlett O’Haracz. Scarlett przyjmuje ich na służbę i zleca pierwsze zadanie – kradzież angielskiej korony. Później oglądamy różne związane z tym komplikacje, które doprowadzają do popadnięcia Minionków w niełaskę u Scarlett, detronizacji królowej Elżbiety, koronacji Stuarta, jego abdykacji i nieudanej koronacji Scarlett. Cała afera kończy się wreszcie kompromitacją pani O’Haracz i jej męża, kiedy to na scenę wkracza wreszcie Gru, pokazując, kto tu jest najbardziej skutecznym złoczyńcą. Zachwycone Minionki uznają w jego osobie nowego pana, któremu odtąd będą służyć … Film ten, jak już była mowa, jest prequelem animacji „Jak ukraść księżyc”, czyli opisuje zdarzenia poprzedzające jej fabułę (nasza recenzja owej animacji znajduje się pod tym linkiem ). Niestety, jest zupełnie pozbawiony pozytywnego przesłania, które przyświecało pierwszej części tej serii, za którą dzieci pokochały Minionki. Gdyby wszakże rozpatrywać „Minionki” z 2015 r. w zupełnym oderwaniu do filmu „Jak ukraść księżyc”, to jego ocena byłaby jeszcze niższa. Film ten kończy się bowiem tryumfem zła – dopiero co odzyskana korona zostaje znowu skradziona, a żądza Minionków, by służyć jakiemuś wielkiemu Złu, zostaje zaspokojona, gdyż zyskują nowego pana. Także można tylko współczuć rodzicom, którzy po wspólnym obejrzeniu tego filmu z dziećmi, chcieliby żeby ich pociechy wyniosły z tego seansu jakieś wartości wychowawcze. Postawieni w takiej sytuacji chyba muszą przede wszystkim odnieść się do filmu „Jak ukraść księżyc”, przypominając dzieciom, że ostatecznie historia Gru i Minionków potoczyła się inaczej, tak że tryumf zła pokazany w tej część jest tylko czasowy. Nie mniej animacja ta rozpatrywana sama w sobie, jest wyraźnie zła i deprawująca. Zło przedstawia się tutaj dzieciom jako wyraźnie atrakcyjne, złoczyńcy zaś są obiektem podziwu oraz uwielbienia a największych i najskuteczniejszych przestępców traktuje się tu jak celebrytów. Co gorsza, tak się jakoś składa, że jedyny model rodziny jaki tu widzimy, to radośnie rabująca banki familia. Gdyby nie sam finał filmu, to można by przynajmniej powiedzieć, że Minionki, które źle wychodzą na pomaganiu złoczyńcom, przechodzą na stronę prawa i porządku, gdyż w końcu pomagają prawowitej królowej odzyskać tron, za co nawet zostają nagrodzone. Za chwilę jednak tejże królowej zostaje skradziona dopiero co odzyskana korona, a Minionki znajdują swojego wymarzonego złoczyńcę. Wątpliwe też raczej, by małe dzieci oglądając ten film wyciągały z niego wnioski tego typu, że Minionki są tutaj czymś w rodzaju „bicza na zło”, gdyż nieświadomie wykonują jakby wyroki na złoczyńców. Bardziej niestety prawdopodobne jest to, że dzieciom pozostanie po tym filmie po prostu wrażenie, że zło jest bardzo fajne, a fascynacja uroczych Minionków złoczyńcami może być dodatkowym tego dowodem i podsycać podobne skłonności tkwiące przecież w wyniku naszej upadłej natury również w najmłodszych. Nie będzie więc zaskoczeniem, że odradzamy tę animację, tym bardziej, że prócz opisanych powyżej problemów są w niej też takie pomniejsze elementy jak przebieranie się w strój płci przeciwnej („kobieta” z brodą) oraz kilka innych pobocznych odniesień do jakichś nieobyczajnych zachowań dorosłych ludzi. Marzena Salwowska /.../
  5. Profesor i szaleniec

    Leave a Comment Film ten opowiada o prawdziwej historii przyjaźni pomiędzy profesorem Jamesem Murray’em ( w tej roli: Mel Gibson) a dr Williamem Chesterem Minorem (grany przez Seana Penna). Przyczynkiem do owej przyjaźni były prace prof. Murraya nad utworzeniem pierwszego wydania słownika Oxford English Dictionary. Przebywający wówczas w szpitalu psychiatrycznym dr Minor przesyłał pracującemu nad owym słownikiem zespołowi wiele dobrze opracowanych haseł. W ten sposób prof. Murray zainteresował się losem dr Minora. Równoległym wątkiem jest tu też historia relacji pomiędzy Williamem Minorem a wdową mężczyzny, którego sam zabił. Jeśli chodzi o moralną i światopoglądową płaszczyznę tego filmu to można go ocenić pozytywnie. Nie epatuje on bowiem seksem, obscenicznością, wulgarną mową oraz przemocą. Ponadto, jego treść w aprobatywny sposób opowiada o takich tradycyjnie chrześcijańskich cnotach jak miłość bliźniego, wytrwała i rzetelna praca, wybaczenie tym którzy nas skrzywdzili, współczucie oraz naprawianie negatywnych skutków popełnionego przez siebie zła. Co prawda, można mieć pewne wątpliwości, czy aby na pewno stosowne było romantyczne zakochiwanie się wdowy w zabójcy swego męża, ale zważywszy na to, iż ów zabójca popełnił swój czyn błędnie myśląc, iż uśmierca swego prześladowcę, to zastrzeżenie nie jest aż tak poważne jak w przypadku, gdy mielibyśmy do czynienia z rzeczywistym mordercą (czyli człowiekiem, który w świadomy i złośliwy sposób zabił niewinną osobę). Gdyby więc ktoś szukał jakiegoś dobrego filmu do obejrzenia w nadchodzące święta Bożego Narodzenia to „Profesor i szaleniec” może być uznany za jedną z takich propozycji. Mirosław Salwowski /.../
  6. Tron we krwi

    Leave a Comment Historia szekspirowskiego Makbeta przeniesiona w realia feudalnej Japonii. Dwóch samurajów – generał Taketoki Washizu i jego przyjaciel generał Miki wracają przez Pajęczynowy Las ze zwycięskiej kampanii nad wojskami buntowników. W lesie spotykają demoniczną starszą kobietę, która przepowiada im, jaki dokładnie awans spotka każdego z nich w najbliższym czasie oraz to, że Washizu zastąpi swego suwerena księcia i będzie panować na Pajęczynowym Zamku, jego zaś rządy zakończy syn Mikiego, który w końcu przejmie władzę nad księstwem. Washizu opowiada o przepowiedni (której pierwsza część zdążyła się już wypełnić) swojej żonie, Asaji. Ambitna Asaji nakłania męża, by nie cofnął się przed żadną zdradą czy zbrodnią na drodze do przepowiedzianej mu potęgi … Dzieło to zasadniczo wierne europejskiemu pierwowzorowi jest jednocześnie szekspirowskie i japońskie zarazem. Nie ma tutaj jednak mowy o jakiejś kosmopolitycznej papce, ani bowiem to co europejskie, ani to co japońskie nie traci w tej produkcji swego smaku. To ryzykowne na pierwszy rzut oka przeniesienie Makbeta w realia Japonii z przełomu XV/XVI wieku podkreśla uniwersalność sztuki Szekspira, a także to jak bardzo upadła (po grzechu pierworodnym) ludzka natura jest wspólna dla wszystkich nas niezależnie od szerokości geograficznej, czasów, w których żyjemy, czy koloru naszej skóry. Uniwersalna historia Washizu -Makbeta pokazuje, że bynajmniej nie trzeba być człowiekiem z gruntu złym, by w pewnym momencie życia zacząć dopuszczać się naprawdę złych rzeczy. Opowieść ta ukazuje bowiem jak łatwo wykiełkować może ziarno zniszczenia posiane przez demoniczne siły, kiedy człowiek pozwoli mu się w swoim sercu zakorzenić. Posiana w w sercu Washizu myśl, że może zostać księciem, trafia na jego naturalną ambicję i szybko się rozrasta. Ziarno to podlewane jest obficie przez jego żonę. Pierwszym jednak błędem głównego bohatera nie jest nawet to, że słucha złych podszeptów swojej żony, a raczej to, że wpierw wysłuchał słów demonicznej istoty i im zawierzył. To bowiem nie żona Washizu, choć ma taki zły wpływ na męża, jest główną siłą sprawczą, która popycha go do zbrodni. Małżonkowie, skoro już raz zaufali Złu stają się jego marionetkami. Wpadając w zastawioną sprytnie pułapkę, realizują tak naprawdę nie przepowiednie, ale plan Złego. Czyli jak to trafnie podsumowuje jeden z bohaterów: Spełniacie jej (wiedźmy) plan, wierząc, że to proroctwo. Ta klasyczna opowieść pokazuje również, jak wiele nieszczęść bierze się też z niepanowania człowieka nad pragnieniami, namiętnościami czy ambicjami; kiedy człowiek przyznaje sobie „prawo do łamania prawa” w dążeniu do spełnienia i samorealizacji. To bowiem, że cała intryga jest nakręcona niejako przez demoniczne siły, nie zwalnia bynajmniej bohaterów z odpowiedzialności indywidualnej. Podkreśla to symbolika Pajęczynowego Lasu, w którym gubią się Washizu i Miki. Las jest tu najprawdopodobniej symbolem tego co, w ich duszy ukryte, żądz i pragnień, które nie poddane rozumowi i przede wszystkim sumieniu, mogą doprowadzić ich do zguby. To od bohaterów zależy, co dalej zrobią z tym, co odkryli w Pajęczynowym Lesie. Historia Washizu -Makbeta to świetna ilustracja do biblijnej przestrogi z Mądrości Syracha (Syr 7.1): Nie czyń zła, aby cię zło nie pochłonęło. Jeszcze bowiem zanim dojdzie do fizycznej zagłady rodu Washizu, zło, któremu się oddał tenże generał i jego żona pochłania też to, co w nich było dobrego. I tak przykładowo ten dzielny przecież samuraj trzęsie się na widok zjawy, jego niezwykle trzeźwo myśląca dotąd żona traci zdrowe zmysły, a długo wyczekiwany owoc ich związku – dziecko, rodzi się martwe. Niezaprzeczalną wartością tej klasycznej opowieści jest zatem jej przesłanie, że nie da się czynić zła bezkarnie i bez konsekwencji. Jedną z zalet tego filmu, na którą warto też zwrócić baczniejszą uwagę widza, jest sposób, w jaki reżyser pokazuje przemoc, której jest tu zarazem dużo i mało. Dużo poprzez atmosferę obrazu, a także sam fakt, że wiele postaci ginie w nim w brutalny sposób, mało zaś dzięki oględnemu, powściągliwemu sposobowi jej pokazywania. Najlepiej ilustruje to chyba scena, w której główny bohater ginie pod gradem strzał. Sposób pokazania tej śmierci, choć odzwierciedla tragizm postaci i grozę sytuacji, to jednocześnie jest jak najdalszy od makabry. Trudno się oprzeć wręcz wrażeniu, że reżyser celowo zrezygnował z wszelkiego naturalizmu, żeby tej makabry właśnie uniknąć. Ciężko bowiem uwierzyć na przykład w to, że żadna z lecących strzał nie trafiłaby rzeczywiście Washizu w odsłoniętą twarz. Pewnie nie jeden współczesny reżyser, kręcąc podobną scenę, skorzystałby z okazji, żeby uraczyć widza obrazem wypływającego oka czy ogólnie zmasakrowanej głowy. Reżyser tego obrazu nie uległ jednak takiej pokusie, co bardzo mu się chwali. Jeśli chodzi o wątpliwości, jakie może nasuwać film, to wiążą się one z przeniesieniem opowieści Szekspira z gruntu chrześcijańskiej Europy na pogańską ziemię Japonii. Co z jednej strony jest zabiegiem ciekawym i ma pewne zalety, o których była mowa powyżej, z drugiej może trochę rozmydlać chrześcijańskie przesłanie Makbeta. Ten problem widoczny jest zwłaszcza w zamianie trzech wiedźm na jedną. U Szekspira są to ewidentnie czarownice, a więc osoby parające się czarami, które służą diabłu, w zamian otrzymując od niego np. jakieś moce, wiedzę czy umiejętności. U Kurosawy trzy wiedźmy zastąpione są jedną, a właściwie jakimś pogańskim złym duchem (zwanym tu mono-no-ke). Z tym że trzeba pamiętać, iż w wierzeniach pogańskich złe duchy nie są tym, jak je rozumie chrześcijaństwo. Mimo że budzą one również lęk i niechęć u ludzi, to zazwyczaj jednak są one postrzegane jako niezbędny element kosmicznego ładu oraz istoty na swój sposób pożyteczne, bo wypełniające wolę wyższych bóstw. Takie też skojarzenia wywołuje niestety owa mono-no-ke, która na domiar złego kojarzy się z antyczną Mojrą – prządką tkającą ludzkie losy. Taka zmiana może sugerować, że ludźmi i tak rządzi nieubłagane przeznaczenie i Washizu tak naprawdę nie ma wyboru wkraczając na drogę zbrodni. Z drugie strony takiemu rozumieniu całej historii zdaje się przeczyć, chociażby wcześniej przytoczone tu zdanie o tym, że ludzie spełniają plan owej wiedźmy, wierząc niemądrze, że to przeznaczenie. W takim ujęciu są oni jednak wolni w swoich moralnych wyborach i wiele od tych wyborów zależy. Mimo powyższych zastrzeżeń, z pewną ostrożnością polecamy ten japoński obraz, gdyż zasadniczo pozostaje wierny moralnemu przekazowi swego chrześcijańskiego pierwowzoru. Zalecamy jednak, by przefiltrować pewne, pomniejsze pogańskie naleciałości. Marzena Salwowska /.../
  7. Lokatorka

    Leave a Comment Tak zwana reprywatyzacja różnych budynków mieszkalnych i działek w Warszawie (oraz kilku innych miastach) była jedną z czarniejszych kart w historii III Rzeczypospolitej. Oto bowiem, przy zachowaniu pozorów legalności, działający w zmowie urzędnicy, prawnicy i gangsterzy przy pomocy różnych oszukańczych i niemoralnych metod, doprowadzili do wyrzucenia z ich dotychczasowych mieszkań dziesiątek tysięcy ludzi (kamienice i budynki w których mieszkały te osoby, były oczywiście z zyskiem przejmowane przez ich rzekomych wcześniejszych właścicieli bądź „spadkobierców”). Wśród różnych ohydnych sposobów mających doprowadzać dotychczasowych mieszkańców do wyprowadzenia się były m.in. fałszowanie dokumentów, drastyczne podwyższanie czynszów (nawet dziesięciokrotne), próby włamywania się do mieszkań, rozmaite pozorowane „remonty” mające na celu maksymalne utrudnianie życia lokatorom kamienic. Wiele wskazuje też na to, iż punktem szczytowym owych niemoralnych działań było też morderstwo dokonane na Jolancie Brzeskiej, która to aktywnie walczyła o prawa krzywdzonych lokatorów. Właśnie historią pani Jolanty inspirowali się twórcy filmu pt. „Lokatorka”. I w zasadzie ów fakt jest już wystarczający, by docenić powstanie tego obrazu. W ten bowiem sposób została oddana sprawiedliwość tym, którzy przeciwstawiali się krzywdzeniu słabszych przez silniejszych, czyli mówiąc bardziej biblijnym językiem tym, którzy „pragnęli i łaknęli sprawiedliwości” (por. Mateusz 5: 6) oraz próbowali „wyrwać krzywdzonego z rąk krzywdziciela” (por. Syrach 4: 9). W przypadku Jolanty Brzeskiej skończyło się zaś to nawet tym, iż – najprawdopodobniej – została zabita przez złoczyńców (a dokładniej rzecz mówiąc: oblana łatwopalną cieczą i podpalona). Drugim wątkiem tego filmu, który zasługuje na uznanie to wyeksponowanie w nim tradycyjnego motywu samotnej walki o dobro, która jest staczana przez pewną młodą policjantkę – działa ona bowiem wbrew, mniej lub bardziej niechętnemu, nastawieniu większości swych kolegów w pracy. Należy też zauważyć, że – nawet jeśli nie było to intencją twórców filmu – to paradoksalnie można zeń wyciągnąć wniosek o, mimo wszystko – w pewnym sensie – pozytywnej roli prawa i władz cywilnych. Chociaż bowiem w oszukańczym procederze uczestniczyli wysoko postawieni urzędnicy, a wszystko odbywało się pod pozorami legalności, to można tylko sobie wyobrazić o ile jeszcze więcej zła mogliby pewni zdeprawowani ludzie wyrządzić słabszym od siebie, gdyby i tej bariery w postaci prawa oraz zwierzchnich władz zabrakło. Na dzień zaś dzisiejszy wiemy, że – było, nie było – pewni ludzie zostali ukarani za swe niemoralne działania w tej sprawie, a rządzący naszym krajem uchwalili pewne prawa, które mają zapobiegać powstawaniu tym podobnych sytuacji w przyszłości. Film pt. „Lokatorka” nie epatuje też widzów obscenicznością, seksem, nieskromnością oraz przesadnie, w naturalistyczny sposób, pokazaną przemocą. W zasadzie jedyną wątpliwością, którą można w tym miejscu wobec niego podnieść to obecność w nim wulgarnej mowy. Mirosław Salwowski /.../
  8. Hellbound

    Leave a Comment W bardzo niedalekiej przyszłości na świecie rozpoczyna się seria niezwykłych „egzekucji”, dokonywanych na ludziach przez osobliwe pozaziemskie istoty. Przed każdym z takich zdarzeń skazanemu wyrok komunikuje zjawa (nazywana tu aniołem). Owa lewitująca głowa, zwana aniołem, obwieszcza skazańcowi, rzekomo z woli Boga, dokładny dzień i godzinę, w której on/ona umrze i trafi do piekła. W wyznaczonym terminie, o dokładnym czasie, pojawia się trzech pozaziemskich egzekutorów, by dokonać tak zwanej „demonstracji woli Bożej”, najpierw pastwiąc się parę minut nad wybranym grzesznikiem, by w końcu niemal doszczętnie spalić jego/jej ciało. Jedną z pierwszych osób, które usłyszały proroctwo-wyrok jest samotna matka, która w związku z tym otrzymuje też niezwykłą propozycję od organizacji religijnej „Nowa Prawda”. Otóż w zamian za sporą sumę pieniędzy, która ma zabezpieczyć byt jej dzieci, skazana kobieta ma doświadczyć „demonstracji woli Bożej” na oczach milionów widzów. Transmisja z tego wydarzenia ma ogromną oglądalność i przyczynia się do wzrostu popularności i wpływów „Nowej Prawdy”, której charyzmatyczny lider już wiele lat przed pierwszymi „demonstracjami”, zapowiedział te przyszłe wydarzenia. Na znaczeniu zyskuje również inspirowana przez „Nową Prawdę” (ale póki co od niej niezależna) organizacja-bojówka „Grot”, która zajmuje się głównie zastraszaniem (a wkrótce też mordowaniem) różnej maści „heretyków”, którzy w jej oczach w jakiś sposób sprzeciwiają się „Bożym wyrokom”… Przejdźmy może od razu do wyjaśnienia, dlaczego oceniamy ten, jakby nie było, serial fantasy, jako realnie niebezpieczny, a co najmniej dwuznaczny. Otóż, mówiąc w skrócie, sieje on dodatkowy zamęt w niezwykle ważnych kwestiach, w których i tak już zamętu nie brak w ostatnich czasach. Serial ten porusza bowiem takie kwestie jak Bóg jako Sprawiedliwy Sędzia, istnienie wiecznego piekła, czy też kategoria grzechów śmiertelnych, których zaciągnięcie naraża człowieka na wieczne potępienie. Te współcześnie niemal już zapomniane prawdy, są w serialu poruszane w sposób, który raczej nie skłania do ich poważnego zrozumienia i przyjęcia. Gwoli uczciwości, trzeba przyznać, że twórcy tej produkcji nie przedstawiają ani diakonów, ani wyznawców „Nowej Prawdy” jako tradycyjnie pojmowanych chrześcijan. Pod koniec serialu dowiadujemy się bowiem, że nie wierzą oni w grzech pierworodny i Odkupienie, sami wyraźnie odcinają się też od chrześcijan. Problem w tym, że większość widzów, zwłaszcza młodych, może być głucha na takie rozróżnienia. Bardziej prawdopodobny wydaje się niestety scenariusz, w którym odbiorcy tego serialu połączą sobie w głowach obraz przedstawicieli „Nowej Prawdy” i „Grotu” z tymi nielicznymi chrześcijańskimi nauczycielami, którzy wprost mówią, że Bóg jest również Sprawiedliwym Sędzią, i to ostatecznie na mocy sprawiedliwego wyroku Jezusa Chrystusa zatwardziali grzesznicy trafiają do piekła. Istnieje zatem duże prawdopodobieństwo, iż przez ten serial jeszcze bardziej „obrywać się” będzie niewinnym, którzy głoszą trudne prawdy. Serial ten bowiem wpisuje się w narrację, w której najgorszym grzechem jest mówienie o grzechu. Tak się bowiem składa, że zbiorowym czarnym charakterem są tutaj osoby, które mówią o powadze grzechu i odpowiedzialności człowieka za swoje grzeszne wybory. Te właśnie osoby, które chętnie piętnują innych jako grzeszników zasługujących na piekło, same są wyraźnie zdegenerowane i dopuszczają się takich czynów jak okrutne samosądy, poniżanie rodzin „oficjalnych grzeszników”, kłamstwa, manipulacje, a nawet bicie czy próby mordowania niewygodnych świadków. Zasadniczo ta strona jest reprezentowana przez pełnych pychy, żadnych władzy, okrutnych hipokrytów. Nie ma tutaj żadnej przeciwwagi w postaci np. chrześcijan, którzy mówiliby o grzechu i Bożym sądzie głównie z troski o bliźnich i własne dusze. Właściwie to nie ma w tym serialu żadnych innych reprezentantów strony wierzącej, obraz wyznawców „Nowej Prawdy” pozostaje tu więc jedynym obrazem ludzi wierzących w Boga. Innym problemem, który stwarza serial, jest sugerowanie bardzo negatywnego obrazu Boga. Wprawdzie i tutaj jest to w pewien sposób z góry osłabiane poważnymi wątpliwościami czy rzeczywiście „demonstracje Bożej woli” mają coś wspólnego z prawdziwą Bożą wolą, to jednak i w tym temacie serial sieje zamęt. Jest tu bowiem przynajmniej sugestia, że Bóg, a może bardziej wiara w Jego nieomylność, opatrzność oraz prawo do ustanawiania praw i ferowania wyroków, to coś dla człowieka i ludzkości wręcz szkodliwego, co powinno się wreszcie odrzucić. W produkcji tej są więc przykładowo stwierdzenia ze strony bardziej pozytywnych bohaterów o tym, że Bóg działa przeciw człowiekowi, w związku z czym należy Go odrzucić, czy też że ludzie sami powinni się zająć swoimi problemami, nie licząc się z Bogiem. Są też sugestie, że Bóg może się mylić, bądź działać na sposób kapryśnego tyrana, który karze ludzi w zasadzie na chybił trafił, zostawiając im jednak jakieś złudzenie sprawiedliwości i wolnej woli, tylko po to by utrzymywać ludzkość w stanie ciągłego strachu i niepewności. Tak pojmowanym niedorzecznym działaniom Boga, to ludzie niejako w tym serialu desperacko próbują nadać sens i znaczenie. Widoczne jest to zwłaszcza w postaci pierwszego prezesa „Nowej Prawdy”, który dwadzieścia lat wcześniej sam otrzymał proroctwo o tym, kiedy umrze i trafi do piekła. Jin-soo Jeong zdając sobie sprawę, iż przynajmniej jak dotąd nie popełnił żadnego grzechu ciężkiego i również pozostali skazańcy są wybierani raczej przypadkowo, postanawia ukryć ten fakt przed światem. Po części dlatego, żeby ludzie nie wpadli w panikę, a po części dlatego, że widzi w tym szansę na moralną odnowę ludzi ze strachu przed piekłem. W głowie młodych widzów łatwo może więc powstać wrażenie, że takie pojęcia jak grzech i piekło, to tylko straszaki wymyślone dla utrzymania jako takiego społecznego ładu. Serial ten zdaje się też mylić tropy, jeśli chodzi o prawdopodobne współczesne zagrożenia systemami totalitarnymi. To już kolejna produkcja, żeby wspomnieć chociażby „Opowieść podręcznej”, która wtłacza w wyobraźnię widzów wizję teokratycznej dyktatury, której przywódcy w jakiś sposób opierają swoje poglądy na Biblii. Straszenie widzów tak mało prawdopodobnym scenariuszem może być zasłoną dymną dla odwrócenia ich uwagi od czegoś o wiele bardziej prawdopodobnego, czyli wykształcenia się w szeroko pojętym świecie zachodnim lewicowego systemu totalitarnego. Takiego systemu, w którym to właśnie pojęcie grzechu i karzącego zań Boga będzie zakazane. I w tym więc obszarze serial zdaje się również siać zamęt, zamierzony bądź nie. Jeśli chodzi o zalety serialu, to w jakimś stopniu można go uznać za ostrzeżenie przed różnymi Nowymi Prawdami, czyli ruchami bądź organizacjami religijnymi, które zachowując jakąś część Prawdy Objawionej, jednocześnie ją wypaczając w różnych aspektach. Film może też pokazywać, że nie wszystko, co odwołuje się do autorytetu Boga, nawet jeśli towarzyszą temu niezwykłe znaki, musi rzeczywiście pochodzić od Boga. W tym miejscu przypominają się słowa św. Pawła Apostoła z Listu do Galatów: Nadziwić się nie mogę, że od Tego, który was łaską Chrystusa powołał, tak szybko chcecie przejść do innej Ewangelii.  Innej jednak Ewangelii nie ma: są tylko jacyś ludzie, którzy sieją wśród was zamęt i którzy chcieliby przekręcić Ewangelię Chrystusową.  Ale gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy – niech będzie przeklęty! (Ga 1, 6-8). Z innych wyraźniejszych zalet tej produkcji docenić też można wskazywanie na zagrożenia związane ze środkami masowej komunikacji, takimi jak telewizja czy media społecznościowe. Serial pokazuje, jak łatwo mogą być one wykorzystywane do cynicznych celów, siać dezinformacje, panikę, czy też pogardę i nienawiść wobec wskazanych opinii publicznej wrogów. Ogólne wrażenie odnośnie wartości serialu jest jednak negatywne. Pozostaje po nim odczucie, że jego twórcy niepotrzebnie igrają z ogniem piekielnym, który to jest kwestią zbyt poważną, by zajmować się nią w nieodpowiedzialny sposób, tym bardziej że serial ten prawdopodobnie trafiać będzie w dużej części do widzów młodych, a więc często takich, których światopogląd dopiero się kształtuje. Marzena Salwowska /.../
  9. Niewierny

    Leave a Comment Film pt. „Niewierny” (z Jimem Caviezelem w roli głównej) opowiada podobno prawdziwą historię znanego, a pochodzącego z USA chrześcijańskiego blogera (jego imię to Doug), który zostaje porwany przez szyickich terrorystów po tym, jak w egipskiej telewizji otwarcie wyznaje on wiarę w Jezusa Chrystusa jako Boga, a także sugeruje, iż również muzułmanie winni przyjąć tę – zadeklarowaną przez niego – wiarę. Wspomniani szyiccy terroryści przetransportowują następnie Douga do Iranu, gdzie zostaje on poddany stronniczemu i niesprawiedliwemu procesowi sądowemu, w którego skutek zostaje skazany na karę śmierci. Na pomoc Dougowi wyrusza Liz, jego żona, która pracuje w amerykańskim departamencie stanu. Nie trzeba naszym Czytelnikom chyba w bardziej obszerny sposób opisywać tego, co uważamy za główne plusy tej produkcji. Oczywiście jest to jego bardzo chrześcijański przekaz, który sprowadza się do pochwały odważnego wyznawania wiary w Jezusa jako Boga, a także sprzeciwia się zbyt „ugładzonym” formom dialogu z islamem. W filmie tym nie eksponuje się także obsceniczności, nieskromności czy seksu – choć niestety jest tam sporo wulgarnej mowy. Co do zaś sposobu przedstawienia w nim islamu to – mimo że w pewnych aspektach jest on „konfrontacyjny” – to trzeba jasno powiedzieć, że zasadniczo rzecz biorąc, jest on prawdziwy. Jest bowiem prawdą, że chrześcijanie w krajach muzułmańskich są poddawani pewnym represjom – włącznie z możliwością surowego ukarania (nie wyłączając śmierci) za nawracanie wyznawców islamu na chrześcijaństwo. Jest też prawdą to, iż w kwestii boskości Pana naszego Jezusa Chrystusa nie może być żadnego kompromisu pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami. Można więc powiedzieć, że w tym aspekcie twórcy filmu rzucili wyzwanie zbyt ugładzonym formom dialogu z islamem, gdzie pewne bardziej drażliwe kwestie pomija się milczeniem, albo relatywizuje. W zasadzie jedyną obawą, jaką można mieć wobec tym podobnego sposobu prezentowania dziś islamu to fakt, iż konserwatywni chrześcijanie mogą w przesadny sposób utożsamiać się z pewnymi złymi elementami współczesnej zachodniej kultury (np. nieskromnością strojów, brakiem kryminalizacji cudzołóstwa i sodomii), a sprzeciw wobec nich odbierać jako coś stricte islamskiego. Dlatego też, z krytyką islamu trzeba uważać tak, by słusznego potępienia dla pewnych ciężkich błędów w nim zawartych, nie mieszać z odrzuceniem tego, co w tej religii nie jest samo w sobie złe, a przeciwnie nieraz stanowi przechowalnię pewnych historycznych zdobyczy chrześcijańskiej cywilizacji (np. karanie „gejów”). O ile ideowe przesłanie filmu „Niewierny” nie pozostawia większego pola do słusznej jego krytyki, to jego wartość artystyczna wydaje się pozostawiać niemało do życzenia. Warsztatowo produkcja ta – przynajmniej w mym subiektywnym odbiorze i odczuciu – nie jest zbyt wysokich lotów. Kierując się jednak wyznawaną przez nas zasadą prymatu poprawnego pod względem światopoglądowym i moralnym przesłania nad artystyczną jakością filmów, postanowiliśmy przybliżyć naszym Czytelnikom tę produkcję. Na sam koniec, czuję się w obowiązku podkreślić, iż fakt pochwalnego charakteru powyższej recenzji nie oznacza, iż biorę odpowiedzialność za historyczną rzetelność tego filmu. Sam bowiem nie słyszałem o podobnej, co opowiedziana, a jak twierdzą jego twórcy prawdziwej, historii. Nie oznacza to, że twórcy filmu skłamali – po prostu nie jestem w stanie na tym etapie zweryfikować jego historycznej rzetelności, a więc, gdyby miały się pojawić jakieś wątpliwości co do takowej, to lojalnie uprzedzam, że nie mogę tutaj ani jej potwierdzać ani zaprzeczać. Mirosław Salwowski /.../
  10. Historia Rut

    Leave a Comment Ta filmowa opowieść jest fantazją na temat historii zapisanej w biblijnej Księdze Rut, to znaczy stara się barwnie „uzupełnić” szczegóły dotyczące tej postaci, które nie zostały dla nas zanotowane przez pisarza natchnionego. Młodą Moabitkę Rut poznajemy tu zatem jako dziewczynkę, której ojciec nie mogąc wyżywić rodziny, sprzedaje kapłanom Kemosza. Dziewczynka, która w międzyczasie cudownym zrządzeniem unika losu ofiary dla krwawego bóstwa Moabitów, zostaje wychowana na kapłankę Kemosza. Rut już jako młoda kobieta służy swemu idolowi z przekonaniem i stara się jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki, z których jednym z najważniejszych jest opieka nad dziewczynkami przeznaczonymi na krwawe ofiary. Pewnego dnia dziewczyna spotyka jednak na swojej drodze młodego imigranta – Machlona. Ów Judejczyk opowiada jej o jedynym, prawdziwym i wszechmogącym Bogu, którego czci wraz ze swą żydowską rodziną. Rozmowy z Machlonem i jego pytania, na które nie potrafi ani jemu, ani samej sobie odpowiedzieć, budzą w Rut coraz większe wątpliwości co do własnej wiary w Kemosza i w sens swojej służby i poświęcenia. „Co gorsza” zaczyna ona też wewnętrznie kwestionować zasadność składania tradycyjnych i „zaszczytnych” ofiar z niewinnych dzieci na ołtarzu owego bożka … Filmowi temu niewątpliwie należy się sporo przychylności, gdyż jest to jedna z tych produkcji, w których dobre intencje i zamiary jej twórców są nader widoczne. Celem tego obrazu jest niewątpliwie przybliżanie nie tylko starotestamentowej Księgi Ruth, ale także pokazywanie jej w szerszym kontekście. Dlatego też nie zabrakło w nim odniesień do faktu, iż to właśnie z Rut Moabitki w prostej linii pochodzić będzie król Dawid, z którego linii narodzi się później Mesjasz – Jezus Chrystus. Oprócz tych ważnych odniesień do przyszłości mamy też w filmie zdecydowanie pozytywne odniesienia do Prawa Mojżeszowego, które jest pokazywane jako dobry „wychowawca” Narodu Wybranego. W filmie tym jest mocno uwypuklony fakt, że nie tylko Dekalog, ale również wszystkie przepisy Prawa Mojżeszowego nie zostały dane po to, by utrudnić Narodowi Wybranemu życie, ale wręcz przeciwnie jako wyraz praktycznej miłości Boga wobec ludzi, a nawet zwierząt (słyszymy tu na przykład, że zwierzęta dojne muszą być dojone codziennie, a zaniedbanie tego nakazu jest już materią grzechu). Na marginesie trzeba jednak gwoli prawdy sprostować pewne błędne stwierdzenie zawarte w filmie. Otóż Machlon naucza Rut, jakoby Prawo Mojżeszowe zabraniało bicia niewolników, podczas gdy jedynie ograniczało ono nadmierną swobodę panów w tym względzie, zabraniając jedynie ich maltretowania. Inną istotną zaletą filmu jest to, że na przykładzie Rut Moabitki, która poprzez małżeństwo wchodzi do Narodu Wybranego, lecz szybko zostaje, pozbawioną obrońcy – męża, wdową, pokazany jest trudny los człowieka żyjącego pośród ludzi, którzy wolą kierować się uprzedzeniami wobec całego jej ludu. Nowi sąsiedzi Rut nie widzą w niej konkretnej osoby, swego bliźniego, a raczej personę, która uosabia dla nich całe zło i niegodziwości Moabu. Jeśli chodzi o pewne niedociągnięcia filmu, to poza wyżej wspomnianą nieścisłością w relacjonowaniu Prawa Mojżeszowego odnośnie do bicia niewolników, można tu też zwrócić uwagę na namiętne pocałunki przedmałżeńskie. Podsumowując, zachęcamy do sięgnięcia po ten nieco już chyba zapomniany obraz, choć tak udramatyzowana wersja pięknej w swojej prostocie Księgi Rut może nie każdemu przypaść do gustu. Nie mniej warto przekonać się samemu. Marzena Salwowska /.../