Tag Archive: chrześcijańskie recenzje filmów

  1. Najświętsze Serce (film dokumentalny)

    Leave a Comment Film „Najświętsze Serce – Jego panowaniu nie będzie końca” to, jak wskazuje już sam tytuł, produkcja religijna na temat nabożeństwa ku czci Najświętszego Serca Jezusowego ustanowionego przez Kościół na podstawie objawień prywatnych, których udzielił Pan nasz Jezus Chrystus świętej Małgorzacie Marii Alacoque (w latach 1673-75). Jest to film zasadniczo dokumentalny, jednakże z historycznymi wstawkami fabularnymi, które to mają za zadanie oddać jak najwierniej wizje św. Małgorzaty dotyczące objawień zawarte w jej pamiętniku duchowym. Dokument ten łączy w sobie wiele aspektów: historyczny, teologiczny, ale też świadectwa współczesnych ludzi. W ten sposób pokazuje on, że nabożeństwo ku czci Najświętszego Serca Jezusowego nie jest jakimś przestarzałym dewocyjnym zwyczajem, ale czymś wciąż żywym i trafiającym do współczesnych ludzi, czymś, co może budzić bądź ożywiać wiarę u wielu. Film ten jest zatem narzędziem otwartej ewangelizacji, które zdaje się być skuteczne, sądząc po żywych reakcjach widzów. Jeśli chodzi o wątpliwe elementy filmu, to niestety nie można tutaj przemilczeć kilka scen, w których pojawiają się osoby dość nieskromnie odziane. Co gorsza, sceny te mogą być przyczyną pewnego zgorszenia, gdyż osoby tak ubrane prezentowane są tu w kontekście nawrócenia, żywej relacji z Bogiem, i, w domyśle, jako mogące być wzorem do naśladowania dla młodych katolików/katoliczek pragnących prowadzić święte życie. Chodzi tu głównie o migawki ze spotkań ze spotkań katolickiej, acz światowo dość odzianej, młodzieży, oraz o ubiór pani występującej na scenie muzycznej. O ile w tym pierwszym przypadku można jeszcze mówić o pewnej niefrasobliwości czy nawet nieświadomości młodych ludzi, to w drugim przypadku mamy do czynienia z dojrzałą niewiastą, dla której taki ubiór jest świadomym scenicznym wyborem. Ktoś może bronić twórców tego filmu, iż mamy tu do czynienia z dokumentem, który tylko odzwierciedla pewną rzeczywistość, jednakże taka linia obrony nie wydaje się zasadna, gdyż dzięki popularności nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusa, producenci prawdopodobnie mogli wybierać z większej ilości świadectw i co za tym idzie filmowego materiału. Niemniej, uwzględniając powyższe zastrzeżenie, jest to film zdecydowanie godny polecenia, gdyż pokazuje, że fundament nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusa znajduje się w samym centrum Ewangelii. – w tym momencie, gdy „ jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda” (J 19, 34). Produkcja ta jest zatem zachętą to odkrycia prawdy o samej istocie wiary chrześcijańskiej – o miłości Boga, który tak kocha każdego człowieka, że pozwolił przebić swoje Serce na krzyżu.Marzena SalwowskaPs. Powyżej opisany film jest wciąż wyświetlany w sieci „Cinema City”: https://www.youtube.com/watch?v=6el6be7t4t8 /.../
  2. Ołowiane dzieci (serial)

    Leave a Comment Serial ten opowiada – opartą na prawdziwych wydarzeniach – historię polskiej lekarki (dr Jolanty Wadowskiej-Król), która w latach 70.tych 20 wieku przyczyniła się do ujawnienia masowej epidemii ołowicy pośród dzieci żyjących wówczas na śląskich Szopienicach. Zanim przejdę do omówienia czegoś, co paradoksalnie można nazwać jednocześnie tak zaletą jak i wadą, owej produkcji, zacznę od wskazania bardziej jednoznacznych jej walorów. Otóż, w przeciwieństwie do jakże wielu dzisiejszych seriali i filmów fabularnych, „Ołowiane dzieci” nie epatują widzów scenami seksu oraz przemocy (co nie oznacza bynajmniej, że są pod tym względem „doskonałe”). Jeśli zaś chodzi o nagość i nieskromność, to owszem jest tam tego nieco więcej, a co gorsza w tym kontekście główna bohaterka udziela nawet swej nastoletniej córce dość dwuznacznej i moralnie wątpliwej rady. Co do zaś wspomnianego wyżej paradoksu tegoż serialu to polega on na tym, iż z jednej strony wydaje się on w silny sposób odwoływać do bardziej tradycyjnego etosu „samotnego bohatera”, który wbrew licznym przeciwnościom stawia czoła złu, a z drugiej strony niestety ów etos został w tej produkcji w dużej mierze fikcyjnie wykreowany (i to ze szkodą dla dobrego imienia rzeczywiście istniejących ludzi). Nie jest bowiem zgodne z historyczną prawdą, chociażby pokazanie w owym serialu miejscowej ludności, jako początkowo bardzo niechętnej działaniom głównej bohaterki – w rzeczywistości dr Jolanta Wadowska-Król cieszyła się ogromnym szacunkiem i zaufaniem wśród mieszkańców Szopienic, Burowca i Dąbrówki Małej. Rodzice masowo zgłaszali dzieci na badania, stosowali się do jej zaleceń, stawiali na wizyty i badania, stali za nią murem – jak sama lekarka wielokrotnie powtarzała w wywiadach (m.in. w rozmowach z Magdaleną Majcher, autorką książki „Doktórka od familoków”, oraz w nagraniach archiwalnych). Negatywna rola funkcjonariuszy PRL-owskiej Służby Bezpieczeństwa też zresztą została tu bardzo wyolbrzymiona. O ile jest wszak prawdą, że doktor Wadowska-Król była przezeń obserwowana, to już nie jest zgodne z rzeczywistością, iż np. została aresztowana, spalono jej samochód, bądź bezpośrednio grożono śmiercią. Poniżej podpisany miał więc pewien dylemat, jaką ocenę dać serialowi „Ołowiane dzieci”: pozytywną za brak epatowania seksem i przemocą oraz próbę podtrzymywania tradycyjnego etosu „samotnego bohatera” czy negatywną za oczernianie prawdziwie istniejących ludzi? Ostatecznie, została dana mu najniższa z pozytywnych not (+1) z jednoczesną silną świadomością, iż być może i tak jest to zbyt dobra ocena tej produkcji. Dodam przy tej okazji, że typowe tłumaczenia o tym, że „film to tylko film i nie musi opowiadać w 100 procentach prawdziwej historii” nie jest moralnie satysfakcjonujące, gdy zważy się na to, iż zniekształcenia faktów historycznych przynoszą ujmę prawdziwie istniejącym naszym bliźnim. Mirosław Salwowski /.../
  3. Emilia Pérez

    Leave a Comment Rita, główna, choć nie tytułowa, bohaterka tego musicalu to sfrustrowana, niedoceniana prawniczka w dużej kancelarii, która zajmuje się wyciąganiem przestępców z więzienia. Pewnego dnia dostaje ona nietypowe, acz świetnie płatne zlecenie od Juana „Manitasa” del Monte – bossa jednego z największych karteli narkotykowych w Meksyku. Manitas oczekuje, że pani mecenas znajdzie mu bardzo kompetentnego i równie dyskretnego chirurga, który przeprowadzi tzw. korektę płci. Po sfingowanej śmierci Manitas zamierza zacząć życie od nowa jako kobieta – Emilia Pérez. Rita przyjmuje zlecenie. Organizuje całą operację: poszukiwanie klinik i chirurgów gotowych przeprowadzić zabieg w tajemnicy, fałszywą śmierć Manitasa, a także relokację jego żony i dzieci do Szwajcarii. Kilka lat później drogi Rity i Manitasa (zwanego teraz Emilią) ponownie się krzyżują. Okazuje się, że „Emilia” nie jest do końca zadowolona ze swojego nowego życia, tęskni bowiem za dziećmi. Tym razem ów bandyta zleca więc Ricie, aby ściągnęła jego rodzinę z powrotem do Meksyku (zamierza zamieszkać ponownie z bliskimi jako rzekoma kuzynka Manitasa – ciocia Emilia). Jednocześnie ów dawny boss narkotykowy zaczyna odczuwać pewne wyrzuty sumienia wobec rodzin swoich ofiar. W związku z tym zakłada fundację, która ma zajmować się odnajdywaniem (a raczej wykopywaniem) ciał zamordowanych. Dzięki tym działaniom zyskuje sobie szacunek i miłość lokalnej społeczność. W biurze fundacji poznaje również pewną wdowę, bynajmniej nie zbolałą, gdyż jej mąż był brutalem. Z ową panią Manitas szybko nawiązuje relację o charakterze romantyczno- seksualnym (podając się za kobietę). Tymczasem jego żona, która oczywiście też uważa się za wdowę, odnawia romans ze swoim dawnym kochankiem (byłym „żołnierzem” męża). Mimo zdecydowanego sprzeciwu „cioci Emilii”, u której mieszka w Meksyku, Jessi poślubia owego mężczyznę i wyprowadza się do niego z dziećmi. Wściekły Manitas, który jako „Emilia” wciąż zarządza swoim majątkiem odcina Jessi od pieniędzy. W efekcie nowożeńcy decydują się na desperacki krok – porwanie „Emilii”. Wysyłają Ricie odcięte palce Manitasa jako dowód i żądają okupu w wysokości 30 milionów dolarów. Pani adwokat organizuje akcję ratunkową z uzbrojonym zespołem. Dochodzi do strzelaniny. W chaosie „Emilia” i Jessi znajdują chwilę na rozmowę. „Emilia” wyznaje żonie, kim naprawdę jest, wspomina dobre i złe chwile ich małżeństwa. Dochodzi do pewnego rodzaju pojednania między nimi, jednakże na scenie znowu pojawia się Gustawo. Koniec końców, w wyniku strzelaniny i ciągu innych zdarzeń giną wszyscy troje: Manitas, Jessi i Gustawo. Dzieci Manitasa i Jessi zostają sierotami. Ich opiekunką zostaje Rita. W ostatniej scenie widzimy uliczną procesję. Rodziny „zaginionych”, którym pomogła fundacja „Emilii”, upamiętniają w ten sposób jej postać poprzez procesję i dają wyraz swojemu przekonaniu o jej świętości, godnej szybkiej kanonizacji. Wstęp do niniejszej recenzji jest celowo wyjątkowo długi i obfituje w spoilery. Dzięki temu widzowie, którzy jeszcze nie widzieli tej produkcji, a chcieliby obejrzeć ją głównie tylko po to, żeby po prostu zobaczyć „o co tam chodzi”, mogą zaoszczędzić sporo czasu. Choć film ten ma kilka dobrych moralnie puntów (ostateczne pogodzenie się Manitasa z żoną, czy też pewne wątki, które można by uznać za prorodzinne), to zasadniczo jest to obraz pełen ideologicznej trucizny. Co prawda spotkał on się z dość silnym sprzeciwem ze strony części środowiska LGBTQ+, dla którego miał być prawdopodobnie hołdem, to jednak nie zmienia faktu, iż zawiera sporo trucizny, nawet jeśli ta trucizna w oczach niektórych „specjalistów” nie jest dość mocna. Jakie są zatem główne składniki serwowanej tutaj trucizny? Przede wszystkim musical ten stara się utwierdzać widzów w fałszywym, acz dość już powszechnym przekonaniu, że można rozwiązywać pewne poważne problemy natury psychiczno–duchowej poprzez drastyczną ingerencję w ciało. Chodzi tu głównie o proces tzw. tranzycji, czyli coś, co jedni będą nazywać korektą płci, inni zmianą, a co w istocie jest okaleczaniem ludzkiego ciała poprzez próbę wymuszenia wyglądu i funkcjonowania typowego dla płci przeciwnej. Film ten nie tylko wspiera to urągające godności medycyny szaleństwo, ale posuwa się jeszcze dalej, próbując pokazać, iż „nieuzgodniona płeć” może być przyczyną nie tylko indywidualnych, ale też społecznych problemów. Produkcja ta stara się bowiem przekonać widzów, że gdyby Manitas od początku mógł być tym, kim się czuje, to prawdopodobnie nie byłby krwawym przestępcą, gdyż w tym złym mężczyźnie ukrywa się dobra kobieta. Niektórzy mogą zaprotestować, iż również „Emilia” wykazuje tu cechy przemocowe, kiedy stara się zawładnąć życiem Jessi. Jednakże ten element ma zapewne za zadanie dodawać wiarygodności przemianie Manitasa w „Emilię”, pokazując, że coś jeszcze łączy te dwie jakby już różne osobowości. Finałowa niby kanonizacja „Emilii” jest tutaj jednak „kropką nad i„, która ma potwierdzać, iż postać ta po zrzuceniu „niewłaściwego ciała” czyni dobro, którego czynić nie mogła „nie będąc sobą”. Film ten zatem jako sposób na pozytywną zmianę człowieka i społeczeństwa daje receptę, stojącą w całkowitej sprzeczności z ewangelicznymi radami. Brzmi ona mniej więcej tak: „Świat będzie lepszy, kiedy ludzie będą ignorować Bożą wolę, naturę, a zaczną podążać za swoimi pragnieniami. Wtedy zniknie zło, przemoc, przestępczość”. W „świetle” tego musicalu największym złem okazuje się bowiem nietolerancja wobec tranzycji. Handel narkotykami, morderstwa, porwania ludzi, rozbijanie rodzin czy korupcja wymiaru sprawiedliwości – wszystko to zostaje zepchnięte na dalszy plan bądź przykryte za pomocą piosenek. Co więcej „zmiana płci” jest w nim pokazana jako prawdziwe nawrócenie. Jest to zatem obraz, który głęboko wykrzywia, a momentami nawet odwraca chrześcijańską moralność oraz tradycyjne pojęcie świętości. Co gorsza, istnieje niestety pewne ryzyko, iż produkcja ta może być dla niektórych widzów z podobnymi problemami co filmowy Manitas dodatkowym bodźcem do przejścia „tranzycji” i w ten sposób przyczynić się do rzeczywistych ludzkich dramatów. Odradzamy zatem ten film, szczególnie widzom młodym. W zamian zachęcamy do szczerej modlitwy o nawrócenie dla twórców tego musicalu. Marzena Salwowska /.../
  4. Heweliusz (serial TV)

    Leave a Comment Ten pięcioodcinkowy miniserial w reżyserii Jana Holoubka, inspirowany jest jedną z największych tragedii morskich w powojennej historii Polski – katastrofą promu „Jan Heweliusz”, która wydarzyła się w nocy z 13 na 14 stycznia 1993 roku na Bałtyku. Tragedię tę w mniej lub bardziej wyraźny sposób zapewne kojarzy jeszcze z ówczesnej telewizji, radia bądź doniesień prasowych gro Polaków ze średniego i starszego pokolenia. Można jednak przypuszczać, że dla większości młodszych widzów ta produkcja jest pierwszym zetknięciem z tym tematem. Klamrą tego serialu, który często przeskakuje czasem i miejscem akcji, jest jeden z kapitanów pływających na Heweliuszu, który feralnej nocy jednak nie miał służby na tym promie. Ów kapitan (postać fikcyjna, choć zapewne mająca swój mniej lub bardziej bliski pierwowzór w rzeczywistości) to Piotr Binter. Otrzymuje on propozycję, by jako ławnik brać udział w procesie przed Izbą Morską, mającym ustalić przyczyny katastrofy. Mężczyzna zgadza się, jednak szybko okazuje się, iż wyrok jest właściwie ustalony już z góry, a na głównego kozła ofiarnego wyznaczony został kapitan prowadzący Heweliusza w dniu zatonięcia, Andrzej Ułasiewicz. Binter jako zmiennik Ułasiewicza zdaje sobie jednak sprawę z nienajlepszego stanu technicznego promu oraz wielu innych okoliczności, które w decydującym stopniu mogły przyczynić się do katastrofy Heweliusza. Rozpoczyna więc jakby własne śledztwo, co nie jest na rękę ani ludziom z ministerstwa, którzy chcą wybielić armatora, ani funkcjonariuszom WSI, rzekomo przemycającym broń z pomocą tego promu… „Heweliusz” to przede wszystkim ambitna, dobrze zrealizowana produkcja, która może służyć jako okazja do refleksji nad odpowiedzialnością moralną i poszukiwaniem prawdy. Warto w tym miejscu zaznaczyć, iż oceniając ten serial pozytywnie, przyjmujemy, że jego twórcy przedstawili z rzetelnością najbardziej prawdopodobne przyczyny zaginięcia promu, okoliczności to poprzedzające, stan statku, a także działania różnych stron zainteresowanych, by główną odpowiedzialnością za tragedię obciążyć kapitana, a po części też załogę. Jako że widać w tej produkcji duży wysiłek włożony w zbadanie przyczyn, przebiegu i następstw katastrofy Heweliusza, to chyba można twórcom tego serialu dać spory kredyt zaufania. Zakładamy zatem, iż wszelkie dostępne im źródła zbadali rzetelnie i dogłębnie, a wnioski, jakie z nich wyciągnęli, są prawidłowe. W związku z czym jako główny atut serialu jawi się próba przywrócenia dobrego imienia kapitanowi Ułasiewiczowi oraz jego załodze, gdyż produkcja ta dowodzi, że kapitan był zmuszony do wykonania feralnego zwrotu i przejścia linii wiatru (i nie był to błąd z jego strony), co było bezpośrednią przyczyną zatonięcia promu. A przywracanie dobrego imienia bliźnim, nawet po latach, jest oczywiście rzeczą chwalebną. Warto też zauważyć, że twórcy serialu dobrze oddali historyczny kontekst transformacji ustrojowej w Polsce lat 90-tych: chaos, ogromne bezrobocie, niepewność ekonomiczną, bylejakość, kombinatorstwo, dopiero co rodzący się i wciąż jeszcze „dziki” kapitalizm. Czuć tutaj wyraźnie, że pieniądze i interesy mają większe znaczenie niż bezpieczeństwo czy ludzkie życie. Chociaż nie ma w serialu jakichś wyraźnych nawiązań do PRL-u, to twórcom serialu udało się też podskórnie przekazać wrażenie, iż ta epoka niedawno się skończyła, ale coś z jej szarzyzny jeszcze zostało, a nowe czasy po chwilowej euforii też nie dają wielkich perspektyw większości społeczeństwa. Niewiele miejsca pozostaje też w tym świecie na takie rzeczy jak sprawiedliwość, godność człowieka czy prawda. Serial ten może więc skłaniać do refleksji nad tym, dlaczego ten czas transformacji był aż tak zły, a nawet do stawiania pytań, kto był za taki stan odpowiedzialny (pewnym tropem, który zostawiają twórcy tej produkcji może być pokazywana tu potęga WSI, oraz wszechpotężne układy pod stołem ważniejsze niż oficjalne prawo). Inną istotną zaletą serialu, która wynika z dobrze oddanego tła historycznego jest naświetlenie, dlaczego pewnym osobom mogło tak zależeć na uwolnieniu od winy armatora i przerzuceniu całej odpowiedzialności na kapitana i załogę. Znajomość kontekstu historycznego, choć oczywiście nie zmienia negatywnej oceny takiego postępowania, to jednocześnie uzmysławia, że intencje tych osób mogły być nawet w jakiejś części szlachetne – za wszelką cenę nie dopuścić do upadku armatora, bo to oznaczałoby zwiększenie, już i tak dużego, bezrobocia na Wybrzeżu i nędzę wielu rodzin. Serial ten może więc skłaniać do przyjrzenia się ziarnu prawdy zawartemu w polskim powiedzeniu „Dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane.” Docenić też można w „Heweliuszu” z pewnością pozytywne nawiązania do modlitwy. Jeden z ocalonych marynarzy przypisuje bowiem ocalenie swoje i kilku towarzyszy temu że inny wytrwale odmawiał Różaniec, kiedy czekali w pontonie na ratunek. Zaletą serialu jest też oczywiście coś, co można określić jako „duch prorodzinny”, a także związane z tym życzliwe pokazywanie ofiar katastrofy (scenariusz skupia się bardziej na tym, co było dobre w ich życiu i co straciły ich rodziny, tracąc męża i ojca). W serialu są też takie wyraźnie chrześcijańskie w duchu wątki jak np. wdowa, która z początku wyraża swój ból głównie gniewem, oskarżeniami i niechęcią wobec rodziny kapitana; potrafi się jednak wznieść ponad te uczucia i dać świadectwo prawdzie, wbrew własnym interesom. Na pochwałę zasługuje również z pewnością pokazywanie solidarności społecznej w obliczu takich katastrof. I chociaż serial ten niespecjalnie skupia się na sprawach ostatecznych, to i tak może być łatwo odczytany jako swoiste „memento mori”, gdyż pokazuje niezwykłą kruchość ludzkiego życia w zestawieniu z tym, co od człowieka nie do końca zależne. Morze, będące biblijnym symbolem chaosu i śmierci, zdaje się tu kolejny raz przypominać o konieczności pokory i właściwego podejścia do życia, które tak łatwo i szybko da się zatopić. Serial ten należy też pochwalić za brak scen „erotycznych” i innych elementów podobnego rodzaju. Tym bardziej jest to godne uznania, że gdyby twórcy tej produkcji chcieli takie sceny wprowadzić, to wystarczyłoby, iż rozbudowaliby chociażby wątek romansu kapitana Bintera z „panią od armatora”. Jeśli chodzi o złe bądź wątpliwe moralnie aspekty filmu, to nie jest ich wiele. Z tychże w uszy rzuca się tu przede wszystkim duża ilość wulgarnego słownictwa, po części niestety uzasadniona, gdyż oddaje przykry zwyczaj Polaków, jakim jest niewątpliwie częste „przeklinanie” (nie inaczej sprawy się miały w latach 90-tych). Trzeba więc przyznać, że twórcom serialu, którzy najwyraźniej starali się, jak najlepiej oddać realia lat 90-tych w naszej ojczyźnie, niezwykle trudno byłoby przedstawić naszych rodaków w sytuacji ogromnego stresu, którzy nie używają wulgaryzmów. Trudno oczywiście całkiem usprawiedliwić twórców serialu w tej materii, gdyż realizm przedstawienia nie jest jakąś nadrzędną wartością, poza tym już dawno wymyślono zabieg „wypikiwania” najgorszych słów. Gorszą rzeczą jest jeszcze łączenie na jednym oddechu świętego imienia Jezus z wulgaryzm słownictwem. Innym zarzutem, który można wysunąć wobec tej produkcji, jest, wprawdzie lekkie, ale jednak wspieranie pewnych przesądów i zabobonnych praktyk. Chodzi tu głównie o przedstawianie maskotki czarownicy, jako przedmiotu, który, w domyśle, istotnie mógłby przynieść szczęście kapitanowi, gdyby nie zapomniał go zabrać na statek. W pewnym momencie podkreśla się także tu fakt, iż do katastrofy Heweliusza doszło 13-tego. Innym problemem może być mieszanie faktów historycznych z fikcją. Wiąże się z tym ryzyko wprowadzania widzów w błąd co do prawdy historycznej. Wprawdzie twórcy filmu zastrzegają, iż serial jest tylko inspirowany tragedią Heweliusza, jednak realizm tej produkcji może sprawiać, że odbiorcy utożsamią bohaterów serialu (w tym „czarne charaktery) z rzeczywistymi postaciami. Z drugiej strony może o takie utożsamienie nie byłoby sprawiedliwym obwiniać twórców serialu, gdyż dorośli widzowie powinni sobie zdawać sprawę, że jest to produkcja, która ucieka się do pewnych skrótów fabularnych, typu np. łączenie kilku postaci w jedną. Podsumowując, serial ten zyskuje pozytywną oceną, która byłaby wyższa, gdyby nie to, że silnie wystawia on widza na grzechy języka. A szkoda, bo jest to pod wieloma względami bardzo wartościowa produkcja, nadto bardzo udana jako ekranowe widowisko. Większa powściągliwość języka czyniłaby ją odpowiednią także dla nastoletnich widzów, a tak można ją polecić jedynie tym dojrzalszym. Marzena Salwowska /.../
  5. Frankenstein (2025)

    Leave a Comment Ten amerykański dramat z 2025 roku to oczywiście kolejna adaptacja gotyckiej powieści Mary Shelley z roku 1818. Akcja rozpoczyna się tu jakby od końca całej historii, gdyż „potwora Frankensteina” poznajemy, kiedy ścigając swego twórcę (Victora Frankensteina) atakuje zamarznięty w arktycznej pustyni statek duńskiej ekspedycji. Kapitan tej wyprawy, mimo strat wśród załogi, decyduje się ratować naukowca przed gniewem stwora. Victor zaś odwdzięcza mu się, opowiadając własną wersję historii tego, jak powołał do życia „swojego potwora” i jakie były konsekwencje tego eksperymentu. Na tym jednak nie koniec, gdyż widzom będzie też dane poznać tę historię także z perspektywy samego stwora … . Trzeba przyznać, że, ten mówiący wiele o potrzebie miłości i przynależności, a także o przebaczaniu poważnych krzywd, film, mimo pewnych poważniejszych zastrzeżeń (o czym później), jest pozytywnym zaskoczeniem. Nazwisko bowiem reżysera Guillermo del Toro bynajmniej nie kojarzy się z chrześcijańską ortodoksją, także można było mieć uzasadnione obawy, iż tenże biorąc się za temat, w którym człowiek niejako bawi się w Stwórcę, będzie kształtował tę opowieść w duchu ataku na prawdziwego Stworzyciela – Boga. Mówiąc wprost, zanim obejrzałam ten film, byłam niemal pewna, że jego przesłanie będzie w skrócie takie – Bóg (uosobiony przez Victora Frankensteina) jako kapryśny stwórca powołuje do życia stworzenie, bezbronne i niewinne z początku (zszyte z różnych części ludzi zatem jakby reprezentujące całą ludzkość). Kiedy jednak owo stworzenie nie spełnia jego oczekiwań, porzuca je bez litości, by radziło sobie samo w trudnym świecie, szukając po omacku jakiegoś sensu w swojej smutnej egzystencji, zmuszone wręcz by w tej sytuacji moralnie się staczać i zamieniać w rzeczywistego potwora. I choć rzeczywiście relacja naukowiec i jego stwór tak tu wygląda, to trudno jednak podtrzymać zarzut, że postać Victora Frankensteina (naukowiec) jest tu figurą Boga Stworzyciela. Jest to bowiem postać zbyt ludzka i na tyle jednoznacznie kojarząca się figurą stereotypowego wręcz toksycznego ojca, iż trudno w niej widzieć Boga Ojca. To, że Victor w relacji do swojego „dziecka”, jest jedynie ziemskim ojcem, potwierdza fakt, iż film poświęca dużo czasu na pokazanie relacji młodego naukowca z własnym rodzicielem i tego jak później przenosi on te negatywne wzorce na własne „dziecko”. Wreszcie sam del Toro wskazuje, że film ten powstał niejako z potrzeby „przepracowania” jego własnej trudnej relacji z rodzicem. I potrzeba ta prowadzi tutaj do bardzo pozytywnego chrześcijańskiego rozwiązania – uznania swoich win i przebaczenia. Gdyż jak tłumaczy reżyser w wywiadzie dla magazynu Entertainment Weekly – „Uświadamiasz sobie, że uraza bierze dwóch więźniów, a przebaczenie uwalnia dwie osoby” (w filmie podobną myśl wyraża zaprzyjaźniony ze stworem starzec). O tym, że Victor Frankenstein nie jest tu figurą Boga (co czyniłoby film bluźnierczym i nieakceptowalnym) świadczy wreszcie to, iż niemal od początku jest on nieprzyjacielem Prawdziwego Stwórcy i buntownikiem wobec Niego. Jego potrzeba przekroczenia granic śmierci wynika nie tylko z niepogodzenia ze śmiercią matki, ale jest też chęcią prześcignięcia wręcz samego Boga. Victor buntuje się przeciw Stwórcy do tego stopnia, że zawiera właściwie pakt z diabłem. On sam mówi o tym mniej więcej w tych słowach: „Tamtej nocy narodziłem się na nowo. Doznałem wizji tej nocy. Po raz pierwszy ujrzałem mrocznego anioła. Złożył mi obietnicę. Miałem władać siłami życia i śmierci.” Na zdanie zaś innego uczonego, że „To Bóg daje życie i Bóg je odbiera”, Victor odpowiada: „Być może Bóg jest partaczem i musimy naprawiać jego błędy”. Twierdzi też, iż odkrycia rodzą się z nieposłuszeństwa. Frankenstein jest więc tu figurą nie Boga, a zbuntowanej w swojej pysze ludzkości, która na dodatek jest pod bezpośrednim wpływem upadłych aniołów. Elementem, za który zdecydowanie również można pochwalić tę adaptację powieści Mary Shelley jest pokazanie destrukcyjnej siły jaką jest pycha. Film ten pokazuje, że im zdolniejsza i bardziej zdeterminowana jest osoba owładnięta tym grzechem, tym gorsze mogą być skutki. Przestroga ta zdaje się skierowana głównie do naukowców, którzy mają coraz większe możliwości i ambicje, aby próbować bawić się w Boga. I chociaż żaden człowiek nie jest w stanie osiągnąć tego celu (np. tworząc coś z niczego), to może narobić wiele szkód i spowodować wiele nieszczęść, próbując. Film ten dobrze pokazuje ów problem, przestrzegając przed tego rodzaju pychą. Opowieść ta obrazuje, że człowiek, nawet jeśli jest w stanie dokonywać jakichś zaawansowanych manipulacji na tym polu, korzystając ze stworzonych przez Boga elementów, to i tak konsekwencje sukcesu szybko go przerosną. Obraz ten zresztą zawiera bardzo pozytywną scenę. W scenie tej jeden z bohaterów, choć wydaje się już opanowany podobną ślepą pychą (choć w innej dziedzinie), to, po wysłuchaniu opowieści o Frankensteinie i jego stworze, porzuca myśl osiągnięcia swojego celu, którego ceną byłaby prawdopodobnie śmierć wielu jego podwładnych. Poza głównymi zaletami filmu takimi jak wezwanie do wzajemnego przebaczania różnych krzywd, ostrzeganie przed ludzką pychą, czy nieodpowiedzialnymi eksperymentami naukowymi na polu powoływania ludzkiego życia (czy nawet tworzenia jakichś ludzkich hybryd), są tutaj też poboczne wątki, które można pochwalić. Mamy np. zasadniczo pozytywną postać Elizabeth, która okazuje współczucie stworowi Frankensteina i pierwsza dostrzega w nim myślącą i czującą istotę, prawdopodobnie obdarzoną duszą, nadto wypowiada czasem takie trafne i pozbawione moralnego relatywizmu zdania jak: „Tylko potwory bawią się w Boga”, czy „Wiara w coś nie czyni tego prawdą”. Niestety film ten nie jest wolny od pewnych złych czy dwuznacznych elementów. Ze względu na ilość i sposób ukazywania przemocy i makabry z pewnością nie nadaje się on dla dzieci, osób bardziej wrażliwych, czy mających skłonność do zbytniej ekscytacji takimi elementami. Ilość horrorowych scen wydaje się tu jednak nadmierna, a makabra wręcz przeznaczona dla „smakoszy” takowej. Mam w tym miejscu zwłaszcza na myśli obrazy, w których Victor składa swojego stwora z martwych ludzkich części i jest to ukazane niczym jakiś balet. Z drugiej strony temu przedstawieniu trudno odmówić pewnego głębszego sensu, gdyż podkreśla ono zimny i nieczuły stosunek naukowca do większości ludzi, który najpełniej objawia się w braku szacunku do ludzkich zwłok. Są też w tym filmie jednak też inne makabryczne sceny, które nie mają już większego znaczenia, a jedynie szokują bądź zabawiają widza (zależnie od wrażliwości). Jedną z takich scen jest chociażby ta, w której Victor prezentuje swoją pracę gronu naukowców, a istota (a właściwie kadłubek), który na chwilę ożywia, wygląda niczym mara z jakiegoś koszmaru, bądź z obrazów Zdzisława Beksińskiego. Jeśli chodzi natomiast o elementy takie jak nieskromność, to mamy tutaj dłuższą scenę (niewiele zresztą wnosi ona do akcji czy przesłania filmu), w której widzimy modelkę w bardzo prześwitującym ubraniu (zasadzie niczego ono nie zakrywa), nadto jest tu wyraźna sugestia, że owa pani jest w seksualnym związku z mężczyzną, któremu pozuje. Poza tym widzimy też ukazaną głównie od tyłu męską nagość, kiedy Victor wyskakuje z wanny pod wpływem odkrywczej myśli (takie nawiązanie do Archimedesa). Natomiast stwór Frankensteina z początku chodzi w samej bieliźnie. Co jest z jednej strony nawiązaniem do dziecięcych pieluszek, z drugiej eksponuje też liczne szwy na jego ciele i początkową nieporadność jego ruchów. W każdym razie sceny męskiej nagości, bądź bardzo skąpego odzienia, nie mają tu raczej charakteru zmysłowego. Trochę dwuznacznym elementem filmu wydaje się też sama postać stwora, który wydaje się mieć naturę niejako moralnie lepszą od człowieka. Z początku bowiem zdaje się nie mieć w sobie skłonności do zła i dopiero całkowite odrzucenie ze strony ludzi popycha go w stronę gniewu i chęci zemsty na swoim twórcy. Takie ukazanie owej postaci może sugerować, że człowiek jakoby w przyszłości będzie zdolny do tworzenia istot wyższych od siebie, które będą doskonalsze niż rozumne istoty stworzone przez Boga, a nawet być może będą nieśmiertelne. Trudno jednak powiedzieć, czy takie sugestie są zamierzone przez twórców filmu, czy po prostu chodzi o pokazanie, jak brak należytej miłości i opieki czy właściwego wychowania może prowadzić do moralnego pogarszania się dziecka, czy nawet do tego, iż w przyszłości mimo najlepszych wrodzonych skłonności, tak traktowane dziecko może stać się „potworem”. Jeśli jednak przyjmiemy tę bardziej optymistyczną interpretację, że chodzi tu tylko o ludzkie dzieci, to w takim razie tkwiłby tu inny błąd polegający na pokazywaniu człowieka jako istoty, która rodzi się z „czystą kartą”, a nie z grzechem pierworodnym. Podsumowując, pomimo dość istotnych zastrzeżeń, z pewną ostrożnością polecamy ten film dojrzałym widzom, doceniając przede wszystkim jego tradycyjnie chrześcijańskie przesłanie o wartości miłości i przebaczenia, zwłaszcza w relacjach rodzinnych. Warty szczególnej wagi jest też oczywiście klasyczny, acz coraz bardziej aktualny motyw ludzkiej pychy i nieodpowiedzialnych eksperymentów naukowych. Marzena Salwowska /.../
  6. Barbie

    Leave a Comment Film jest osadzony w cukierkowo-różowym świecie Barbie Land. Główna bohaterka tej opowieści to Stereotypowa Barbie, wiodąca idealne życie w utopijnym, matriarchalnym społeczeństwie, które składa się oczywiście z lalek Barbie i Kenów (i jednego Alana). Pewnego dnia perfekcyjna egzystencja przerośniętej lalki zostaje jednak zakłócona przez egzystencjalny kryzys. Gdy bowiem Barbie zaczyna mówić i myśleć o śmierci, na krainę lalek spadają takie katastrofy jak cellulit czy płaskostopie. Aby zapobiec dalszej destrukcji główna bohaterka za namową „dziwnej Barbie” udaje się do realnego świata, by znaleźć źródło problemu, którym jest najprawdopodobniej jakieś dziecko „bawiące się nią za mocno”. W podróż zabiera się też „na gapę” Ken (model „plażowy”). Towarzysz Barbie odkrywa w Kalifornii patriarchat (rzekomo tu panujący), zachwyca się tą ideą i postanawia wprowadzić ją w swojej krainie, którą przemianowuje na Księstwo Kena. Tymczasem Barbie poznaje trochę prawdziwego świata z jego blaskami i cieniami oraz osoby stojące za jej problemami – nastoletnią Sashę i jej matkę Glorię, pracownicę firmy Mattel. Jest też ścigana przez zarząd owej korporacji, która ją zresztą stworzyła. Po kilku przygodach Barbie powraca do krainy lalek, by tam stanąć na czele zwycięskiej „rewolty”. Koniec końców matriarchat zostaje przywrócony (z małymi ustępstwami na rzecz Kenów), sama Barbie natomiast dzięki cudownej interwencji ducha swojej twórczyni Ruth Handler staje się prawdziwą kobietą w prawdziwym świecie, czego symbolem jest to, że w finałowej scenie dowiadujemy się, iż właśnie będzie miała pierwszą wizytę u ginekologa. Być może część czytelników spodziewa się, że głównym zarzutem wobec tego filmu na naszym portalu będzie promowanie „walczącego feminizmu”, podsycanie konfliktu płci, czy niechęć wobec tradycyjnego i biblijnego modelu małżeństwa, w którym to mąż jest głową związku. Te rzeczy mają tutaj oczywiście miejsce i zasługują na krytykę, jednak nie to powinno najbardziej martwić widzów, zwłaszcza rodziców małych dziewczynek … Sęk w tym, że wszelkie poszlaki wskazują na to, iż produkcja ta jest tak naprawdę sprawnie zrealizowaną, miejscami zabawną … prawie dwugodzinną reklamą zabawek jednej firmy. Film ten jest, jeśli oceniać go jako zabieg marketingowy, dziełem geniuszu, gdyż pod płaszczykiem walki z patriarchatem i konsumpcjonizmem skrywa jedną wielką reklamą produktów firmy Mattel, a zwłaszcza lalek Barbie. I właściwie jedyna lekcja, którą można z niego wyciągnąć to, że tym światem nie rządzą ani mężczyźni, ani kobiety, a pieniądze. Główny problem więc leży w tym, iż owa firma znalazła świetny sposób, by swój dość szkodliwy produkt „upgradować” i sprzedawać jako „postępowy” nowym pokoleniom dziewczynek. Stereotypowa Barbie bowiem, to jak akurat słusznie zauważa jedna z bohaterek filmu, symbol nierealistycznych i niezdrowych standardów urody, konsumpcjonizmu i seksualizacji kobiet. Dodajmy do tego jeszcze wyparcie głównego wcześniej modelu lalki – dziecka, który przygotowywał dziewczynki poprzez zabawę do roli matek. Ten aspekt jest zresztą brutalnie pokazany w filmie, kiedy dziewczynki po odkryciu Barbie roztrzaskują swoje lalki – dzieci (obraz niepokojąco kojarzący się z aborcją). Stereotypowa Barbie odrzucając „typowo kobiece role”, w tym głównie macierzyństwo, zyskuje masę czasu na rzeczy takie jak ciągłe dbanie o urodę, kupowanie nowych i modnych rzeczy oraz imprezowanie z koleżankami. Można powiedzieć, że swego czasu firma Mattel w postaci stereotypowej Barbie przewidziała „zawód” celebrytki. Dziś zaś z równym marketingowym geniuszem korporacja ta znalazła sposób, by odświeżyć wizerunek stereotypowej Barbie, która zagrożona już była mocnym „hejtem” ze strony feministek, a nawet kultury woke (w filmie nastoletnia Sasha nazywa Barbie „faszystką”). By osiągnąć ten cel, firma pozwoliła nawet na przedstawienie własnego zarządu jako nieporadnych idiotów i seksistów, samych mężczyzn oczywiście (prawdziwy zarząd tej firmy bynajmniej nie składa się z samych panów). Dzięki sukcesowi tego filmu Mattel udało się prawdopodobnie na lata skojarzyć lalkę Barbie i jej uniwersum z milej dziś postrzeganymi „wzorcami kobiecości” (typu: Barbie która już w ogóle nie potrzebuje Kena, jest od niego pod każdym względem lepsza). Dla rodziców nie powinien być to raczej powód do zadowolenia, ponieważ model Barbie nigdy nie był dobrym wzorcem dla dziewczynek i wszystko wskazuje na to, że jej nowsze wersje też nie będą. A co smutne lalka Barbie wyparła dużo pożyteczniejszy i nieszkodliwy model lalki – dziecka i, jak się zapowiada, w nowym uniwersum Mattel również nie będzie miejsca dla zabawek promujących tradycyjnie chrześcijański wzorzec rodziny. Reklamowy charakter tego obrazu podkreśla też fakt, że cudownej przemiany Barbie w człowieka dokonuje niczym wróżka – Ruth Handler. Pani Handler zaś to nie kto inny jak „matka” Barbie, żona założyciela firmy Mattel. Sęk w tym, iż pomysłodawczyni lalki Barbie zmarła przeszło 20 lat temu, a w filmie pojawia się ona jakby z Nieba, w atmosferze świętości. Trudno żeby firma Mattel pochlebiła sobie bardziej, niż dokonując świeckiej kanonizacji tak ważnej dla jej historii i dziedzictwa osoby. Tak na marginesie, to skazana za oszustwa podatkowe pani Handler, choć, miejmy nadzieję, cieszy się teraz wiecznym zbawieniem, jest raczej postacią, która nie przeszłaby przez przez proces kanonizacyjny inny niż firmowy. W każdym razie pojawienie się tej postaci w aureoli świętości, co niewątpliwie nobilituje całą korporację Mattel, najdobitniej świadczy o tym, kto grał pierwsze skrzypce w produkcji tego filmu, decydując o jego najważniejszych aspektach i przesłaniu. A przesłanie to można sprowadzić do słów: „Patrzcie jak fajnie zmieniają się nasze lalki, one zawsze wiedzą najlepiej, co znaczy być kobietą w swoim czasie i chętnie nauczą tego wasze córki”. Jeśli chodzi o inne problemy związane z tym filmem, to w oczy rzuca się również nieskromność ubioru bohaterów obojga płci (np. Ken Plażowy przez sporą część filmu chodzi z obnażonym torsem). Trzeba tutaj zauważyć, że Barbie jest tu po prostu ubrana jak Barbie, czyli często w kuse, bądź obcisłe ciuchy, co uczy dziewczynki, by w przyszłości seksualizować swoje ciała i zyskiwać w ten sposób uwagę otoczenia. Mamy tu nadto liczne żarty nawiązujące do masturbacji, molestowanie i prymitywne zaczepki słowne o charakterze erotycznym (o charakterze hetero i homoseksualnym). Choć rzeczy takie jak molestowanie są akurat pokazane w negatywnym kontekście, a Barbie zachowuje się asertywnie wobec różnych zaczepek, co gdyby nie jej prowokujący strój można by uznać za bardzo dobry wzorzec. Z negatywnych rzeczy trzeba też oczywiście powiedzieć o podsycaniu, i tak dziś modnej, wzajemnej niechęci i rywalizacji pomiędzy płciami. Choć zasadniczo widzowie spodziewali się pewnie, że film ten wymierzony będzie w „stereotypową męskość” i patriarchat, to młody widz raczej może wyciągnąć z niego wniosek typu – ”Nigdy nie ufaj płci przeciwnej, bo albo tłamsisz, albo jesteś stłamszony(a).” Właściwie nie ma tutaj nic pomiędzy – żadnego miejsca na wzajemny szacunek, wsparcie, współpracę czy zrozumienie. Zwłaszcza mężczyznom nie daje się tu prawa do wykazywania jakichś męskich zalet, gdyż nawet tak pożyteczne cechy jak chęć opiekowania się słabszą płcią, odnoszenia zawodowych sukcesów, większa gotowość do otwartej konfrontacji czy brania na siebie odpowiedzialności za społeczność zostają w „Barbie” wyszydzone jako przejawy toksycznej męskości. Z drugiej strony zachowania takie jak manipulowanie drugą płcią przy użyciu erotycznego i romantycznego powabu, które u mężczyzn byłyby słusznie napiętnowane, u kobiet są tu pokazywane jako coś pozytywnego. Barbie mają także prawo do protekcjonalnego traktowania Kenów (i znów jest to pokazywane jako coś właściwego, bo wszystkie Keny to przecież „głuptaski:). Istnieją więc uzasadnione obawy, że młody mężczyzna po obejrzeniu tej produkcji skłoni się ku modnym dziś prądom (spod znaku Red Pill), które prezentują płeć niewieścią jako zbiorowisko typowych Barbie. Taki młody człowiek może też dojść do wniosku, iż lepiej być już toksycznym macho niż SIMP-em (przepraszam za to wyrażenie). Choć oczywiście ani jedna, ani druga postawa nie jest tradycyjnie chrześcijańska. Powiedzmy teraz może kilka dobrych słów na temat tej produkcji. Przede wszystkim można tu docenić pewną determinację, z jaką pani reżyser, scenografii oraz aktorzy tej produkcji walczą o to, żeby zrobić z niej prawdziwy film (co się nawet momentami udaje). Choć trzeba zauważyć, że najmniej zwycięsko wychodzi z tego pani reżyser, która być może została cynicznie wykorzystana przez firmę Mattel, po to by jej nazwisko przyciągało przez skojarzenia z feministycznym aktywizmem. Jeśli chodzi o moralne i światopoglądowe zalety tego filmu, to można tu wymienić: – Fakt, iż Barbie przechodzi podróż introspekcyjną, w której kwestionuje swoje miejsce w świecie i szuka głębszego znaczenia istnienia. To dążenie do zrozumienia siebie i odnalezienia celu może być postrzegane jako pozytywne, ponieważ odzwierciedla uniwersalną potrzebę refleksji nad życiem i śmiercią, co jest zgodne z chrześcijańskim wezwaniem do poszukiwania prawdy. – Barbie zamiast idealnego plastikowego życia wybiera prawdziwy świat, ponosząc za to cenę w postaci takich rzeczy jak strach przed śmiercią, starzenie, różne trudne emocje. Problem jednak w tym, że pozytywne rzeczy, których można się tu doszukać, są tylko cienką przykrywką tego, iż produkcja ta jedynie pozoruje „anty-plastikowy” przekaz, podczas gdy w rzeczywistości ma tego plastiku sprzedać jak najwięcej. Zachęcamy zatem raczej do omijania tej produkcji, zwłaszcza do wystrzegania się oglądania jej z dziećmi, dla których nie jest odpowiednia, mimo plastikowo-różowych pozorów. Marzena Salwowska /.../
  7. The Chosen (sezony 2-5)

    Leave a Comment Niniejsza recenzja jest sumarycznym omówieniem sezonów 2-5 serialu „The Chosen” (przypomnijmy, że 1 sezon został już zrecenzowany na naszej stronie: https://kulturadobra.pl/?s=The+Chosen). Na wstępie warto pochwalić te sezony za przemyślane dawkowanie zmiany nastroju i stopniowe dodawanie napięcia i dojrzalszych elementów. Pierwsze serie są bowiem jakby gatunkowo lżejsze, skoncentrowane na problemach pojedynczych ludzi, na pokazywaniu uczniów Jezusa jako ludzi z krwi i kości, którzy mierzyli się z podobnymi problemami co współcześni. Twórcy tej produkcji stopniowo jednak pokazują, jak Jezus dalekowzrocznie buduje z tych „kamieni” swój Kościół. Tak że bohaterowie mierzą się tu już nie tylko ze swoimi prywatnymi problemami, ale stają się częścią wspólnoty, na której „lidera” Nauczyciel wybiera Szymona – Piotra. Środkowe sezony pokazują zatem proces „ciosania tych kamieni”, relacje w gronie uczniów, czasem pełne napięć i potrzeby wzajemnego wybaczania. Z rozwojem serialu widać też narastające napięcie i wrogość wobec Jezusa. Zwłaszcza od trzeciego sezonu, kiedy Zbawiciel staje się już w pełni publiczną postacią, jego nauczania potwierdzane licznymi cudami stają się coraz głośniejsze, w wielu sercach narasta pytanie, czy jest on oczekiwanym Mesjaszem. Tłumy rosną, ale wrogowie są też coraz liczniejsi i potężniejsi. Twórcy serialu dobrze pokazują, jak w tej opowieści coraz częściej pojawiają się mroczne tony i zapowiedzi Krzyża. Widzimy jak zwłaszcza wśród faryzeuszy i Sanhedrynu pojawia się silna „opozycja” wobec Jezusa. Niezbyt przychylnie, a przynajmniej podejrzliwie podchodzą do Jego misji też Rzymianie. Swoje decyzje podejmuje Judasz, a pozostali apostołowie zdają się jeszcze nie pojmować powagi sytuacji. Wrogowie Mesjasza kierowani różnymi motywacjami, łączą siły, zmierzając w końcu do jednego celu, który tak zapowiada już powstała przed Ewangeliami Księga Mądrości w drugim rozdziale: „Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszemu działaniu, zarzuca nam przekraczanie Prawa, wypomina nam przekraczanie naszych [zasad] karności.Głosi, że zna Boga, zwie siebie dzieckiem Pańskim. Jest potępieniem naszych zamysłów, sam widok jego jest dla nas przykry, bo życie jego niepodobne do innych i drogi jego odmienne.Uznał nas za coś fałszywego i stroni od dróg naszych jak od nieczystości.Kres sprawiedliwych ogłasza za szczęśliwy i chełpi się Bogiem jako ojcem.Zobaczmy, czy prawdziwe są jego słowa, wybadajmy, co będzie przy jego zgonie.Bo jeśli sprawiedliwy jest synem Bożym, Bóg ujmie się za nimi wyrwie go z rąk przeciwników. Dotknijmy go obelgą i katuszą, by poznać jego łagodność i doświadczyć jego cierpliwości. Zasądźmy go na śmierć haniebną, bo – jak mówił – będzie ocalony»”. Serial ten warto też pochwalić za dosłowność w pokazywaniu cudów, niezwykłych uzdrowień, wskrzeszeń czy wypędzania demonów. Trzeba też zauważyć, że nie ma tutaj zachęty do „tolerancji” wobec kultów czy wierzeń pogańskich, wręcz przeciwnie świątynia bożka jest tu pokazywana jako coś obrzydliwego. Tak że produkcja ta dość wyraźnie zaznacza, że tylko Jezus Chrystus jest „drogą, prawdą i życiem” (Jana 14:6). Główną zaletą tego serialu pozostaje, tak jak w pierwszym sezonie pokazanie Naszego Pana Jezusa Chrystusa jako Przyjaciela, który pragnie wchodzić do naszego życia, niezależnie od zagmatwania, w jakim się znajdujemy. Produkcja ta podkreśla, że ludzkie problemy, wątpliwości, lęki, ograniczenia czy wreszcie grzechy były w czasach pierwszego przyjścia Mesjasza bardzo podobne. Stąd też produkcja ta może wywoływać w widzu słuszne wrażenie, iż i on/ona może liczyć z Chrystusem na podobną relację, jeśli zdecyduje się być Jego uczniem/uczennicą. Nie mniej docenić trzeba także fakt, że serial nie pozostaje na poziomie osobistej relacji danego człowieka z Jezusa, co jest oczywiście bardzo ważne, ale w kolejnych sezonach pokazuje też stopniowe budowanie wspólnoty Kościoła, oraz przygotowanie tejże wspólnoty do zrozumienia Misterium Śmierci i Zmartwychwstania Zbawiciela. Pewną poboczną zaletą serialu, którą warto docenić, jest to, iż propaguje podejście do wiary chrześcijańskiej totalnie sprzeczne z niebezpieczną doktryną znaną jako „ewangelią sukcesu”. Dla przypomnienia ta kontrowersyjna doktryna teologiczna, popularna w wielu kręgach chrześcijańskich głosi, że wiara w Boga, połączona z pozytywnym myśleniem, modlitwą i dawaniem (np. dziesięciny), prowadzi do materialnego dobrobytu, zdrowia i sukcesu osobistego. Według tej nauki Bóg chce, aby wierzący byli bogaci, zdrowi i szczęśliwi, a ubóstwo czy choroby są często postrzegane jako wynik braku wiary lub grzechu. W serialu nie widzimy takiego myślenia, wręcz przeciwnie, jest tutaj podkreślenie, że pełne zaufanie Bogu oznacza, że akceptujemy stan, w którym wiara nie musi się nam opłacać, prowadzić do życiowego sukcesu. Najdobitniej widoczne jest to chyba w scenie, w której Jezus prosi Jakuba Mniejszego, aby przyjął jako właśnie przejaw wyrazu szczególnego zaufania, którym obdarza go wraz z Ojcem to, iż choć będzie uzdrawiał chorych w imieniu Jezusa, to sam zostanie ze swej niepełnosprawności wyzwolony dopiero w życiu przyszłym. Z drugiej strony tej scenie można zarzucić, że wydaje się dość mało prawdopodobne, iż Zbawiciel nie uzdrowiłby własnego apostoła, gdyż w oczach współczesnych mogłoby to osłabiać wiarę w Jego potęgę, a także nie byłoby zbyt praktyczne w czasach, kiedy długie podróże (które wkrótce miały stać się udziałem apostołów) były nie lada wyzwaniem dla osoby niepełnosprawnej. Przejdźmy teraz do wątpliwych aspektów tego serialu. A zatem mieszane odczucia budzi sposób przedstawienia Marii, Matki Jezusa. Najbardziej wątpliwa rzecz pojawia się w sezonie 2 i dotyczy istotnej różnicy w postrzeganiu katolickim, a tym, mówiąc skrótowo, protestanckim Maryi. Otóż w 3 odcinku drugiego sezonu serialu pokazuje Marię wspominającą, że doświadczyła typowych bólów porodowych i „bałaganu” (messy birth).To bezpośrednie nawiązanie do protestanckich poglądów, gdzie Maria jest zwykłą matką podlegającą skutkom grzechu pierworodnego (Rdz 3,16: „W bólach będziesz rodziła dzieci„). Kontrastuje to z katolicką doktryną, że Maria – wolna od grzechu – nie cierpiała bólów porodowych, co jest częścią jej dziewictwa in partu (w czasie porodu). Prorok Izajasz (66,7) zapowiada: „Zanim poczuła ból, urodziła syna„, co Ojcowie Kościoła (np. Grzegorz z Nyssy) interpretują jako cudowny, bezbolesny poród. Bezbolesność tego szczególnego porodu implikuje także dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, gdyż dziwną rzeczą byłoby, gdyby wolna od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego niewiasta miała cierpieć bóle porodowe, które są jednym ze skutków tego grzechu, i to wprost wymienionym w Księdze Rodzaju. Pewne zastrzeżenia może też budzić sposób ukazania wyglądu i osobowości Marii. Matka Naszego Pana jest tu bowiem przedstawiona jako niewiasta uboga, ale jednocześnie nosząca na co dzień biżuterię (co wskazywałoby jednak na pewną próżność). Nadto czasem w tej kreacji postać ta wydaje się nieco wścibska, a nawet skłonna do nadopiekuńczości. Mianowicie bardzo cierpi ona z powodu tego, że nie czuje się już zbyt potrzebna swojemu synowi, który już przekroczył 30-tkę. Z drugiej strony, choć ten „kryzys pustego gniazda”, wydaje się w przypadku prawdziwej Maryi mało prawdopodobny, to jest w pełni zrozumiały w konwencji serialu, która pokazuje nam postacie z Ewangelii jako podobne w swoich problemach do współczesnych ludzi. A że przechodzenie „kryzysu pustego gniazda” samo w sobie jeszcze nie jest grzeszne, to można chyba pozwolić twórcom serialu na taką artystyczną swobodę. Postać Maryi, choć może być w tym wydaniu nieco irytująca, ma też swoje „mocne momenty”. Można tu wymienić chociażby, jedną chyba z piękniejszych scen serialu, w której Matka Jezusa, jak nikt inny, potrafi usłużyć swojemu skrajnie zmęczonemu Synowi, i okazuje się jednak wciąż potrzebna. Ciekawym wątkiem jest też Maria wspominająca biedę, momentami skrajną, w jakiej żyła z Józefem. Jest to tym bardziej wartościowe, iż przeciwne wspomnianej już „ewangelii sukcesu”. Przejdźmy teraz do paru innych wątpliwych elementów tego sezonu, które nie dotyczą Maryi. A zatem w drugim sezonie znajdziemy scenę, w której Pan Jezus „ćwiczy” Kazanie na Górze i prosi Mateusza o pomoc w redagowaniu. Jest to pomysł co najmniej niefortunny, gdyż Jezus, jako Słowo Boże, nie potrzebuje pomocy w głoszeniu prawdy. Wszystkie Jego nauczania są inspirowane Duchem Świętym. Mamy tu też scenę, w której Mesjasz zdaje się zniechęcać Jana do otwartej krytyki cudzołożnego związku Heroda Antypasa z żoną swego brata Heroda Boethosa – Herodiadą. W natchnionym tekście biblijnym nie mamy jednak żadnej wzmianki czy sugestii, by takie działanie Jana Chrzciciela nie podobało się Bogu. A skoro nie ma takich zastrzeżeń, to bardziej chyba sensownym jest założyć, że taka postawa „największego narodzonego z niewiast” ((Łk 7,28) ) była nie tylko miła Bogu, ale też stanowiła część posłannictwa tego wielkiego proroka, gdyż dała nam po dziś dzień przykład bezkompromisowej postawy w słusznym napominaniu możnych tego świata. Jeśli chodzi o wątpliwości związane z sezonem 3, to wspomnieć należy też o niejasnym zdaniu, w którym Jezus mówi o sobie „Ja jestem Prawem Mojżeszowym”, podczas gdy, biblijnie Jezus wypełnia Prawo (Mt 5,17), ale nie utożsamia się z nim dosłownie. Niektórzy z widzów zdążyli już zauważyć, że tak sformułowane zdanie bardziej przypomina cytat z Księgi Mormona niż z Biblii. W tymże sezonie mamy nadto skrócenie cytatu z Ewangelii Łukasza (5,32), w którym Chrystus mówi jedyne, iż przyszedł wzywać grzeszników, a nie tak jak w tekście biblijnym, że przyszedł wzywać grzeszników do nawrócenia. To oczywiście osłabia prawdę o konieczności nawrócenia z grzechów. W sezonie tym pada też fraza „miłość to miłość”, która kojarzy się współcześnie z promocją różnego rodzaju dewiacji seksualnych. Choć w tej akurat scenie nie ma żadnego związku z „tęczową miłością”, i trudno powiedzieć, czy jest to tylko niefortunne sformułowanie, czy kryje się za tym coś naprawdę złego. Pewną słabością serialu jest też paradoksalnie to, co jest jego największą siłą. Chodzi mianowicie o podkreślanie, że ludzie z czasów pierwszego przyjścia Pana Jezusa nie różnili się specjalnie od współczesnych. Nie jest to oczywiście tak dalekie od prawdy i podkreślanie tych podobieństw bardzo służy wciągnięciu współczesnego widza w sam jakby środek wydarzeń opisanych w Ewangeliach. Miejscami wydaje się ten zabieg iść jednak za daleko, gdy twórcy serialu zdają się już całkiem nie uwzględniać pewnej odmienności w mentalności ówczesnych ludzi oraz innych okoliczności, w jakich żyli. To przekładanie wszystkiego w serialu niemal 1 do 1 na nasze czasy i daje momentami dziwne rezultaty. Przykładowo bohaterowie serialu zdają się nieraz analizować zbiorowo swoje odczucia niczym na jakiejś sesji terapii grupowej, używając takich słów jak „trauma”. Daje to fałszywe wrażenie, jakby ówcześni Żydzi mieli również w zwyczaju usprawiedliwiać wszystkie swoje błędy czy grzechy z teraźniejszości np. trudnym dzieciństwem. To zresztą prowadzi do innego problemu, czyli być może nieco zbytniej koncentracji na uczuciach i emocjach. W pewnym momencie serialowy Jezus radzi nawet jednej z postaci „iść za sercem”, podczas gdy, odwrotnie niż pop kultura, Biblia przestrzega przed nadmiernym zaufaniem do swojego serca – „Serce jest zdradliwsze niż wszystko inne i niepoprawne – któż je zgłębi?” (Jer 17,9). Kolejnym elementem, który wzbudza wątpliwość, jest rzecz opisana już w recenzji pierwszego sezonu, czyli ubiór pozytywnych postaci. Wątpliwość wzbudza tu męski strój, jaki miał być wedle wizji twórców serialu, noszony przez Pana Jezusa i innych hebrajskich mężczyzn. Otóż Jezus oraz apostołowie są tutaj często pokazywani przebrani nie w długie (jakie zgodnie z prawdopodobieństwem nosili), ale krótkie – sięgające powyżej ich kolan – tuniki. Taki strój jest wprawdzie zrozumiały, kiedy wiąże się z pracą fizyczną (np. apostołów rybaków), ale już przy publicznych wystąpieniach przez ówczesnych Żydów odbierany byłby słusznie zapewne jako urągający przyzwoitości.Pewne wątpliwości może też budzić sformułowanie, którego używa jedna z bohaterek serialu, a mianowicie, że chciałaby być kiedyś nauczycielką jak Maria (Maria Magdalena). Takie sformułowanie może budzić uzasadniony niepokój, gdy zważy się na to, iż już od dłuższego czasu w przestrzeni publicznej rozpowszechniane są pewne heretyckie twierdzenia o tym, jakoby ta niewiasta miała być jedną z pierwszych przywódczyń i nauczycielek Kościoła. Z drugiej strony w serialu nie ma jakichś wyraźniejszych scen czy aluzji, by Maria z Magdali miała w istocie sprawować coś w rodzaju funkcji nauczycielskiej (w rozumieniu Kościoła), a jedynie uczy (i to właściwie tylko czytać) Ramę. Wreszcie, nie ma też sceny, w której Jezus wysyłałby ją na jakąś misję z apostołami. Wręcz przeciwnie jest tu pokazane, że zadania apostolskie powierza wyłącznie mężczyznom. Trochę niefortunnie wydaje się też rozwijać wątek z Judaszem. Mianowicie, twórcy serialu zdają się sugerować, że kradnie on pieniądze ze „wspólnotowej sakiewki” nie dla siebie, ale po to, żeby zabezpieczyć finanse na późniejszą działalność Mesjasza. Poza tym swoją zdradą nie chce wyrządzić Jezusowi właściwie żadnej krzywdy, a zmusić Go do bardziej, w jego przekonaniu, mesjańskich działań (pokonanie Rzymian, ustanowienie Królestwa Bożego ze stolicą w Jerozolimie). Sugestie biblijne jednakże zdają się iść w kierunku bardziej egoistycznych pobudek Judasza (chciwość).Mimo tych różnych zastrzeżeń te kolejne sezony wydają się również godne polecenia, gdyż całość można porównać nie do kieliszka dobrego wina z odrobiną trucizny, a raczej do dużej smakowitej i pożywnej ryby, z której jednak trzeba wyłuskać trochę drobnych ości. Niemądre byłoby wyrzucać taką rybę przez te ości, choć warto przed jej podaniem uprzedzić, w czym może być problem. Ta recenzja była więc próbą wyłuskania tych wszystkich ości, oddzielenia ich od zdrowego i bezpiecznego mięsa. Bo tego właśnie mięsa jest tu zdecydowanie więcej. Jako że jednak zalety tej produkcji są dość oczywiste, łatwe do zauważenia i już szeroko opisane, stąd też raczej była potrzeba wyszczególnienia bardziej wątpliwych rzeczy. Tym bardziej że serial ten ma to do siebie, że zazwyczaj albo jest bezkrytycznie chwalony, albo „odsądzany od czci wiary”. Stąd wydaje się, że zaistniała potrzeba recenzji z punktu widzenia osoby, która zasadniczo uważa tę produkcję za ważną i pożyteczną, jednocześnie dostrzegając pewne jej błędy, czy potencjalnie groźne elementy.Marzena Salwowska /.../
  8. Columbo (serial TV, sezony 1-7)

    Leave a Comment Ten klasyczny serial emitowany od roku 1968 aż do początku XXI wieku skupia się na tytułowej postaci niepozornego, a jednocześnie charyzmatycznego porucznika Columbo, granego przez Petera Falka. Ten lekko przygarbiony, trochę fajtłapowaty detektyw w pomiętym prochowcu, wiecznie z cygarem w ręku rozwiązuje zagadki kryminalne, wykorzystując swój spryt, spostrzegawczość i niekonwencjonalne metody, a przede wszystkim pewną nieustępliwość w dążeniu do poznania prawdy. Serial wyróżnia się nietypową formułą „odwróconego kryminału” – od początku wiemy, kto jest mordercą, a fabuła skupia się na tym, jak Columbo odkrywa prawdę. Produkcja ta spopularyzowała zresztą ten specyficzny układ fabuły, w którym zwykle już na początku każdego odcinka widzowie dowiadują się, kto jest mordercą, poznają motyw, przygotowania oraz wykonanie zbrodni. Dla widza zagadką pozostaje jednak sposób wykrycia sprawcy i udowodnienia mu winy. W ten sposób całe zainteresowanie odbiorców skupione zostaje na dochodzeniu prowadzonym przez porucznika Columbo, który, jakby intuicyjnie, od razu typuje zabójcę i wiąże go ze zbrodnią. Z początku przestępcy traktują detektywa z lekceważeniem z powodu jego sposobu bycia, trochę niedbałej aparycji i pozornej naiwności przez co tym łatwiej wpadają w intelektualne sidła, które na nich zastawia … Na początku tej recenzji trzeba zaznaczyć, że dotyczyć będzie ona „zaledwie” 7 pierwszych sezonów serialu (z pominięciem dwóch odcinków specjalnych), a więc emitowanych od 1971 do 1978, gdyż zawartość późniejszych sezonów nie jest znana piszącej te słowa. Serial ten ma wiele do zaoferowania widzowi, nie tylko pod względem rozrywki, ale też moralnego zbudowania. Produkcja ta bowiem konsekwentnie promuje sprawiedliwość i odpowiedzialność za czyny. Każda zbrodnia w tym serialu, choć początkowo wydaje się „doskonała”, zostaje zdemaskowana dzięki determinacji i inteligencji porucznika. I choć w życiu nieraz bywa inaczej, to serial ten przekazuje, świadomie bądź nie, bardziej transcendentną prawdę, iż zło, nawet jeśli czasowo bezkarne, ostatecznie zostanie ukarane. Jedną z głównych zalet serialu jest sama postać tytułowego bohatera. Choć porucznik Columbo nie jest wolny od pewnych wad i moralnych niedoskonałości, a nawet jego zachowania można już określić jako grzeszne (o czym później), to dominujące jego cechy kojarzą się silnie z chrześcijańskimi cnotami. Detektyw jest bowiem postacią, która w niecodziennym stopniu odznacza się zaletami takimi jak pokora, pracowitość, rzetelność, cierpliwość oraz wytrwałość. Na uwagę zasługuje też brak przywiązania z jego strony do dóbr materialnych. Jego skromny wygląd i niewielkie wymagania kontrastują często z próżną i arogancką postawą wielu sprawców. Porucznik Columbo jest także wzorem szacunku wobec innych. Nawet w relacjach z przestępcami zachowuje on tę postawę, co odzwierciedla chrześcijańską zasadę miłości bliźniego, niezależnie od jego czynów. W jednej ze scen wyraża on nawet słowami, to co i tak jest widoczne w całym serialu dla widza, stwierdza bowiem, że lubi ludzi, nawet przestępców, jednak nie za to, co zrobili, ale za te dobre rzeczy, które mają w sobie, i za tę cząstkę dobra, która zostaje nawet w najgorszym człowieku. Można się wręcz zastanawiać, czy w tej ogólnie dobrej postawie, nie jest on zanadto naiwny, jak w scenie, kiedy mówi do człowieka, który niedawno co z premedytacją zamordował swoją żonę i kochankę, że jego zdaniem człowiek, który tak śpiewa, nie może być całkiem zły. Jedną z charakterystycznych cech tego serialu, która wyróżnia go na tle wielu innych jest przeciwstawienie postaci pokornego detektywa pysznym przestępcom. Detektyw Columbo bowiem w swojej pracy ma zazwyczaj do czynienia z bardzo inteligentnymi, wysoko postawionymi w hierarchii społecznej, obdarzonymi też często różnymi talentami, bądź urokiem osobistym sprawcami. Taka charakterystyka typowego mordercy jest zapewne sprzeczna w prawdziwym życiu ze statystykami przestępczości, nie jest to jednak serial dokumentalny czy historyczny, zatem nie musi trzymać się realiów. Ten świadomy wybór antagonistów skromnego porucznika Columbo można śmiało pochwalić jako zręczny sposób na przekazanie biblijnej prawdy, iż pycha kroczy przed upadkiem (patrz: Księga Przysłów 16:18). Przestępcy bowiem, których chwyta Columbo, są zwykle przekonani, że uda im się zaplanować „zbrodnię doskonałą”, a w przypadku, gdy przestępstwo było nieplanowane, to iż uda im się ujść bezkarnie dzięki zaletom swojego intelektu, bądź wykorzystaniu swojej wysokiej pozycji społecznej, władzy i wpływów. Ludzie owi w swojej pysze często również długo lekceważą niepozornego porucznika. Ten z kolei odznacza się pokorą (co nie wyklucza pewności siebie i zdecydowania w działaniu). Wobec podejrzanych nigdy nie pozwala sobie na lekceważenie czy brak szacunku, w dążeniu do poznania prawdy znosi on także nieraz z ich strony kpiny, wywyższanie się czy inne próby pokazania mu „gdzie jego miejsce”. W każdym zatem właściwie odcinku mamy zdarzenie pokory z pychą, i to pokora zawsze wychodzi zwycięsko. Zaletą filmu jest też, rzec można, niewidzialna, żona głównego bohatera. Pani Columbo bowiem nigdy nie oglądamy na ekranie (co do pewnego momentu może nawet budzić podejrzenia, czy ona rzeczywiście istnieje). Za to często o niej słyszymy z ust głównego bohatera i to zwykle w samych superlatywach. W każdym razie daje nam to obraz udanego małżeństwa, a sama pani Columbo jawi się jako ciepła, lubiąca domowe ognisko, ale zarazem ciekawa świata osoba z wieloma zainteresowaniami, która, zdaniem detektywa, dzięki swojej mądrości, czasem naprowadza go nawet na pewne tropy w śledztwach. Serial ten, choć pod wieloma względami wartościowy, nie jest też niestety wolny od poważniejszych moralnych wad. Jako pierwszą z tych rzeczy zauważyć można fakt, że porucznik Columbo czasem posługuję się kłamstwem, by wydobyć z podejrzanych prawdę. Choć nie jest to jego główną metodą działania i po uzyskaniu zeznań odwołuje te kłamstwa, to jednak w tej mierze trudno uznać jego postępowanie za właściwy wzorzec. Zdecydowanie negatywnie ocenić też należy scenę, w której Columbo mówi, że lubi astrologię, horoskopy i tym podobne rzeczy. Na domiar złego bierze się też w owej scenie za chiromancję, próbując odczytać pewne rzeczy z dłoni innego mężczyzny. Jako że pokazywanie, w raczej aprobatywny sposób tego rodzaju rzeczy, może być nawet formą zachęcania do grzechu zabobonów, dlatego zaznaczamy, iż w serialu znajdują się jednak fałszywe doktryny (choć scena ta jest odosobniona). Pewne zastrzeżenia może również budzić ustawiczne ukazywanie głównego bohatera z cygarem w ręku. Gwoli sprawiedliwości, cygaro jest tutaj jednak bardziej rekwizytem, który podkreśla jego ekscentryczny styl, niż oznaką uzależnienia. Nie widzimy go w sytuacjach, gdzie palenie jest przedstawiane jako konieczność czy nałóg, np. brak scen, w których byłby rozdrażniony z powodu braku dostępu do cygar. W wielu odcinkach Columbo używa też owego przedmiotu jako narzędzia w śledztwie – np. prosi o ogień, by nawiązać rozmowę z podejrzanym, lub zostawia popiół, by zwrócić uwagę na jakiś szczegół. Nadto w czasach, gdy kręcono serial (lata 70. i 80.), palenie było społecznie bardziej akceptowane, a skutki zdrowotne nie były tak szeroko znane i omawiane. Nie mniej są pewne obawy, że tak częste pokazywanie głównego bohatera z cygarem może być dla jakiegoś młodego widza zachęcające do podobnych ryzykownych dla zdrowia zachować. Poważnym problemem, który pojawia się w serialu, są również pewne sceny nieskromności, pokazane nadto jako coś pozytywnego, a przynajmniej moralnie neutralnego. Chodzi tutaj głównie o sceny tańca brzucha, którym z aprobatą i podziwem przygląda się główny bohater. Nie ma tu wprawdzie „objętościowo” dużo takich elementów i, jak na współczesne czasy nie są one obsceniczne. To, że jednak takie sceny wielu współczesnych widzów może uznać za wręcz niewinne, raczej będzie efektem zepsucia współczesnych seriali, które potrafią epatować odbiorcę scenami z pogranicza pornografii. Lekceważące podejście do takiego problemu można więc tylko podsumować znanym powiedzeniem „Zgorszonego nic nie zgorszy.” Pewne zastrzeżenia może też budzić sposób pokazania morderstw w serialu. Z jednej strony można go pochwalić za oględność i umiar w ukazywaniu krwawej przemocy, z drugiej ma się wrażenie, że tragedia takich czynów jest tu jednak trochę za mało zarysowana. W serialu morderstwo jest centralnym elementem fabuły, ale często traktowane jest jako zagadka intelektualna, a nie ludzka tragedia, czy naruszenie Bożego ładu. Śmierć ofiary i zło sprawcy służą głównie jako punkt wyjścia dla detektywistycznej gry, co może prowadzić do trywializacji powagi grzechu. Ofiary są w tej produkcji trochę zepchnięte na margines, a ich śmierć nie wywołuje głębszej refleksji u innych bohaterów. Skupienie na sprytnym rozwiązaniu sprawy przez Columbo może też odciągać uwagę od moralnych konsekwencji zła. Z drugiej strony to akurat jest najmniejszy zarzut wobec tego serialu, a raczej pewna wątpliwość, gdyż taka konwencja ma swoje zalety, a każdy z odcinków kończy się tryumfem sprawiedliwości. Podsumowując, mimo pewnych poważniejszych wad, serial ten polecamy dorosłym widzom, tym bardziej że przetrwał on próbę czasu. Ba, dziś nawet skromny detektyw w tanim samochodzie i znoszonym płaszczu „ogrywający” pysznych i możnych tego świata, jeszcze tylko zyskuje na aktualności. Marzena Salwowska /.../
  9. Konklawe

    Leave a Comment Film „Konklawe” z 2024 r., to dramat z elementami thrillera politycznego osadzony w Watykanie, ukazujący tajemniczy i pełen napięć proces wyboru nowego papieża po śmierci poprzednika. Scenariusz tej produkcji został oparty na podstawie powieści Roberta Harrisa. Akcja skupia się na kardynałach z całego świata, którzy zbierają się na konklawe, gdzie próbując wsłuchać się w głos Ducha Świętego, jednocześnie muszą zmierzyć się z ludzkimi intrygami, osobistymi ambicjami oraz ujawnionymi skandalami. Głównym bohaterem filmu jest osobisty przyjaciel zmarłego papieża kardynał Lawrence, którego obowiązkiem jest kierowanie konklawe. Dla większości kardynałów jest jasne, że o wyborze nowej głowy Kościoła zdecyduje próba sił pomiędzy frakcją liberalną a konserwatywną, czy raczej neomodernistami a tradycjonalistami. Żaden z frakcyjnych faworytów nie zyskuje jednak przewagi, co zapowiada wyjątkowo trudne i długie konklawe, które, w ocenie Lawrenca, będzie osłabiać pozycję Kościoła w oczach świata. Ten impas zostaje jednak przerwany, gdy dramatyczne wydarzenia kierują oczy kardynałów na „czarnego konia” – nieznanego nikomu meksykańskiego kardynała z Kabulu – Beniteza. Jest to człowiek, który został w ostatnich dniach życia ostatniego papieża wyświęcony w tajemnicy, wcześniej zaś pełnił misje w tak niebezpiecznych miejscach jak Kongo, Irak i Afganistan. Mimo powściągliwości jego wypowiedzi, można się też domyślać, iż bliżej mu do neomodernistów niż tradycjonalistów. To, czego dowiadujemy się o nowym kardynale, to też fakt, że ma on jakieś zagadkowe problemy zdrowotne. Mimo swojej tajemniczości (tu nastąpi celowy spoiler) Benitez zostaje obrany nową głową Kościoła i wtedy zwierza się Lawrensowi, że choć zewnętrznie jest w pełni mężczyzną, i jako taki też przyjął święcenia, to posiada również macicę i jajniki, a chromosomy identyfikują go jako kobietę … Film ten nie jest pozbawiony pewnych zalet. Można przykładowo pochwalić napiętnowanie wśród wyższego duchowieństwa przywar i grzechów takie jak chciwość, pijaństwo, nadmierna ambicja, skłonność do intryg, grzechy seksualne (tu romans 30-letniego księdza z dorosłą, lecz bardzo młodą jeszcze zakonnicą), pijaństwo czy pogarda wobec imigrantów. Rzeczy te są nadto pokazane w dość zniuansowany sposób, mamy tutaj zatem bohaterów, którzy wyraźnie żałują za swoje przewiny, takich, którzy są rozdarci i wreszcie tych, którzy, póki co, idą w zaparte. Nie ma więc w tym obrazie demonizowania kleru katolickiego, a raczej jest on pokazywany jako barwne zbiorowisko mniej lub bardziej sympatycznych ludzi, którzy mimo wszystko nie kierują się wyłącznie swoim interesem i ambicjami, ale też wyższymi pobudkami. Mimo różnych intryg zdecydowanie nie jest to obraz duchowieństwa katolickiego zbliżony chociażby do tego w serialu „Rodzina Borgiów”. Pewną zaletą tej produkcji jest również podkreślanie wizualnego piękna i majestatu Kościoła katolickiego w taki sposób, że widz może odczuwać, iż nie chodzi w tych rzeczach o pustą formę, lecz raczej o przybliżanie człowieka do piękna i majestatu Boga. Niestety, pomimo powyższych zalet, nie sposób nie zauważyć, że jest to film, rzec można, z lewicową misją. Widzimy, to już na samym początku, gdy widz jest zachęcany, aby sympatyzować głównie z postacią głównego bohatera, a potem również kardynała Beniteza. Obaj kardynałowie związani są z „wizją kościoła otwartego” (w znaczeniu traktowanie prawd wiary i moralności relatywnie, otwartość na „gejów”, kapłaństwo kobiet, itp.). Wprawdzie jeden z kardynałów tej opcji okazuje się kandydatem niegodnym papiestwa, jednak całość filmu jest tak prowadzona, żeby widz sympatyzował jednak z taką wizją Kościoła i za największe zagrożenie uważał wizję bardziej tradycyjną. Neomodernistyczno-lewicowe zapędy twórców tego filmu widzimy, chociażby gdy Lawrence w swoim przemówieniu otwierającym konklawe stwierdza: „Jednego grzechu boję się najbardziej: pewności. Gdybyśmy mieli tylko ją, bez cienia wątpliwości, nie byłoby żadnej tajemnicy„. Tę scenę filmu można uznać za chyba najbardziej dwuznaczną w tym obrazie. Z jednej strony łatwo tu zobaczyć niebezpieczny relatywizm, są przecież prawdy wiary, które wręcz jesteśmy zobowiązani przyjmować za pewne. Problem w tym, że kardynał nie precyzuje właściwie, co tak dokładnie ma na myśli. Czy chodzi mu jedynie o pewną ludzką pewność wynikającą z pychy i przekonania o własnej nieomylności? Czy grzechem ma być może duchowe lenistwo i wygodnictwo, czy może też rodzaj tchórzostwa, które wzdraga się przed wszelką niepewnością i zbyt szybko każe wchodzić na bezpieczne pozycje pewności? Gdyby intencją twórców filmu było zawarcie w tych słowach tylko czegoś takiego – pewnej pochwały odwagi w przechodzeniu kryzysów wiary i osobistych zmagań człowieka z Bogiem, to można by tę scenę nawet pochwalić. Z drugiej strony nasuwa się tu, chyba niebezzasadne podejrzenie, iż w słowach Lawrenca chodzi o to, że owym „grzechem” jest wszelkie dogmatyzowanie wiary, i nawet Kościół nie ma prawa do wyrażania pewności w kwestiach wiary apostolskiej. Gdyby przyjąć tę drugą interpretację za pewną, byłaby to najbardziej heretycka scena tegoż filmu. Jako że jednak scena ta wymyka się jednoznacznym interpretacjom, lepiej ją chyba określić jako bardzo dwuznaczną, acz jeszcze nie wprost heretycką. Nad oceną tego filmu można by się dość długo zastanawiać, ponieważ przez większość czasu balansuje on na granicy, unikając jakby o włos treści wprost heretyckich. Jednakże zakończenie tej produkcji (w stylu latynoskiej telenoweli) ułatwia ocenę całości, gdyż ujawnia przesłanie całego filmu. Otóż finał „Konklawe” mówi widzowi, że wszelkie prawdziwe (i te urojone też) problemy Kościoła wynikają z zamknięcia na Świat (tu symbolicznego), a przede wszystkim z zamknięcia na pomysł kapłaństwa kobiet. Za wszystkie bowiem problemy, takie jak nadmiar ambicji, żądza władzy czy brak miłosierdzia odpowiada niczym w piosence Kayah sprzed lat testosteron. Wystarczy więc ograniczyć poziom tego hormonu, zmienić przywództwo mężczyzn na przywództwo kobiet i wszystko będzie w porządku. Twórcy filmu idą w swojej argumentacji dla takich pomysłów naprawdę bardzo daleko, a mianowicie sugerują, że jest to wolą Ducha Świętego. Do takiej konkluzji prowadzi cały rozwój wypadków, który ma wskazywać, że to Opatrzność Boża chce widzieć na Stolicy Piotrowej konkretną, taką, a nie inną osobę. Co więcej mamy nadto scenę, która wprost sugeruje widzowi, że na tym konklawe właśnie powiał wiatr Ducha. Przekaz więc jest jasny – Kościół katolicki dusi się i wyniszcza w zamknięciu na skutek nadmiaru toksycznej męskości, a sytuację tę uratować może już tylko wprowadzenie na Tron Piotrowy osoby z żeńskimi chromosomami. Co więcej, to już nawet nie lud pragnie takiego rozwiązania, ani nawet postępowi kardynałowie, ale, taka ma być rzekomo wola Boga … . Promowanie w filmie tego rodzaju pomysłów jako rozwiązania na wszelkie bolączki Kościoła jest główną wadą tej produkcji, i sprzeciwia się to nie tylko zdrowemu rozsądkowi, ale co ważniejsze przykładowi danemu przez samego Jezusa Chrystusa oraz oficjalnemu nauczaniu i ciągłej Tradycji Kościoła. Ze zdrowym rozsądkiem sprzeczne jest chociażby dlatego, że gdyby nawet kapłaństwo kobiet ograniczyło pewne problemy, to jednocześnie wprowadziłoby szereg nowych, nie mówiąc już o tym, że przecież panie potrafią być nie mniej dominujące, ambitne, pyszne, chciwe czy bezwzględne od panów. Ważniejsze niż zdroworozsądkowe argumenty przeciwko takim „reformom” Kościoła podaje jednak chociażby List apostolski „Ordinatio sacerdotalis” papieża Jana Pawła II o udzielaniu święceń kapłańskich wyłącznie mężczyznom. Papież Polak przypomina w nim słowa Pawła VI skierowane do braci anglikanów (wypowiedziane w czasie gdy we Wspólnocie Anglikańskiej zaczęto rozpatrywać kwestię udzielania święceń kobietom): „Kościół uważa, że udzielanie święceń kapłańskich kobietom jest niedopuszczalne z racji zasadniczych. Racje te są następujące: poświadczony przez Pismo Święte przykład Chrystusa, który wybrał swoich Apostołów wyłącznie spośród mężczyzn; stała praktyka Kościoła, który naśladuje Chrystusa wybierając tylko mężczyzn; wreszcie żywe Magisterium Kościoła, konsekwentnie głoszące, że wykluczenie kobiet z kapłaństwa jest zgodne z zamysłem Boga wobec swego Kościoła.” (Paweł VI, Odpowiedź na list Jego Ekscelencji Ks. Abpa Dr F. D. Coggana, Arcybiskupa Canterbury, o kapłaństwie urzędowym kobiet, 30 listopada 1975: AAS 68 (1976), 599 — 600). Zakończenie filmu uderza nadto w porządek Bożego stworzenia, W rozmowie z Lawrencem Benitez stwierdza, że Bóg go takim stworzył (w domyśle osobą, której nie da się określić płciowo) i jest to pozytywną wolą Stwórcy. Nie ma tutaj mowy o tym, że choroby i zaburzenia są konsekwencjami grzechu pierworodnego. Takie politycznie poprawne zakończenie filmu promuje oczywiście propagandę ideologii LGBTQ. W ten sposób produkcja ta wspiera fałszywe przekonanie, iż tożsamość seksualna jest płynna i może być całkowicie nieokreślona. To pojęcie jest jednak fałszywe. Każda osoba, w tym mężczyźni, którzy mają pewne cechy fizyczne kojarzone z kobietami, i kobiety, które mają pewne cechy fizyczne kojarzone z mężczyznami, i tak rodzi się albo jako mężczyzna, albo jako kobieta. Ponadto, wbrew temu, co twierdzi zakończenie filmu, nikt nigdy nie rodzi się z w pełni funkcjonalnymi męskimi narządami rozrodczymi i hormonami oraz w pełni funkcjonalnymi żeńskimi narządami rozrodczymi i hormonami. Tak że wymyślona „sytuacja płciowa” postaci kardynała Beniteza i jego przemyślenia czy teorie odnośnie do tego stanu wypowiedziane w zakończeniu filmu mają najwyraźniej podważać biblijną prawdę, iż: „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boga go stworzył; stworzył ich mężczyzną i kobietą”. (Rdz 1:27) Podsumowując, film ten, mimo pewnych pozytywnych elementów, oceniamy negatywnie ze względu na promowanie w nim relatywizującego podejścia do wiary i nauczania Kościoła, propagandę ideologii spod znaku LGBT oraz radykalnych form feminizmu. Marzena Salwowska /.../
  10. Strefa interesów

    Leave a Comment Ta polsko-brytyjsko-amerykańska produkcja z 2023 roku podejmuje trudny temat Holokaustu w niecodzienny sposób. Film skupia się na życiu Rudolfa Hössa, komendanta obozu Auschwitz oraz jego rodziny. Akcja toczy się w idyllicznym domu z ogrodem tuż miejsca zagłady, co kontrastuje z niewidocznym, ale wyczuwalnym horrorem pobliskiego obozu. Historia pokazuje głównie sielankę rodziny Hössów w tejże komfortowej willi. Obserwujemy zatem ich codzienne rytuały: pikniki, zabawy dzieci, wizyty bliskich … Tło jest jednak niepokojące – zza muru dobiegają odgłosy strzałów, krzyki i szum krematoriów, a dym unosi się w powietrzu. Rodzina zdaje się jednak akceptować pewne takie „niedogodności” jako cenę za spokojne, szczęśliwe życie. Prawdziwą tragedią okazuje się dla nich (zwłaszcza dla pani domu) dopiero wizja wygnania z tego raju, kiedy dowiadują się, że Höss wkrótce zostanie odwołany ze stanowiska komendanta Auschwitz … Obraz ten jest dziełem prowokującym do refleksji nad naturą zła i jego „banalnością” w warunkach, kiedy to zło jest akceptowalne. Film ten bawiąc się niejako w „Big Brothera w domu nazistów” w subtelny, a jednocześnie mocny sposób pokazuje, jak banalne może być zło, gdy sprawcy mają na swoje zbrodnie pełne poparcie ze strony władzy, a ich „praca” spotyka się z szacunkiem również ze strony ogółu społeczeństwa. W kontekście tego filmu często mówi się o mechanizmach dehumanizacji i wyparcia. Co do dehumanizacji możemy się w pełni zgodzić (daje się odczuć, że Żydzi już jakiś czas wcześniej stracili w oczach przedstawianych tu Niemców przestali być ludźmi, a przynajmniej bliźnimi). Jeśli chodzi o mechanizm wyparcia, to doszukiwanie się go w zachowaniach głównych bohaterów wydaje się jednak nietrafione. Stosowanie takiego mechanizmu wydaje się niemożliwe nawet w przypadku Pani Höss, która wprawdzie nigdy nie wchodzi na teren obozu, jednak kamera co jakiś czas uświadamia nam, jak blisko murów znajduje się jej willa. Zresztą rozmowy „Królowej Auschwitz” z koleżankami i groźby wobec służby wskazują, iż dobrze wie ona, co tam się dzieje. Zatem oboje małżonkowie mają pełną świadomość tego, co robią, chociaż próbują od tej prawdy oddzielić swoje dzieci. Sami jednak za bardzo tej prawdy nie wypierają, gdyż prawdopodobnie nie widzą ku temu powodów. Zdają się po prostu uważać, że mają do odegrania pozytywną rolę w historii Niemiec – tworzą dla rodaków przestrzeń życiową na Wschodzie, eliminując „szkodliwą rasę”. Państwo Höss są po prostu wyjątkowo praktyczni, „ogarnięci” i zdeterminowani, rzec można, z punktu widzenia swoich mocodawców „właściwi ludzie na właściwym miejscu”. Wszak Rudolf Höss to menadżer, który nie tylko zadba o spełnienie norm, ale wykaże się zaangażowaniem i dużą inicjatywą w prowadzaniu ulepszeń i innowacji do tej machiny śmierci, którą zarządza. Jego małżonka natomiast zadba, żeby po pracy mógł odpoczywać i cieszyć się wychowywaniem nowego pokolenia … Widzimy zatem, iż zbrodnie popełniane w owym niemieckim obozie koncentracyjnym, w których wielki udział ma też oczywiście ojciec tej „idealnej aryjskiej rodziny”, nawet pomimo wysokiego muru i próby izolowania dzieci od prawdy o Auschwitz, stają się integralną częścią funkcjonowania rodziny. Widzimy chociażby jak pani Höss bez skrępowania dzieli „łupy” zrabowane więźniarkom czy rozmawia o nich z koleżankami w formie „ploteczek”. Znamienna jest też scena, w której kąpiące się dzieci Hössów muszą wyskakiwać w popłochu z wody, gdy ojciec rodziny znajduje w rzece ludzką kość … Ktoś mógłby zarzucić tej produkcji, że jakoby pokazuje rodzinę Höss w sympatyczny sposób. Nie brak tutaj wszakże takich scen jak ojciec czytający bajki dzieciom, wspólne zabawy i pikniki rodzinne, wspomnienia i marzenia małżonków dotyczące wakacji, czy miłość Hössa do zwierząt i przyrody. Jednakże zarzut tego rodzaju nie jest chyba zbyt zasadny. Po pierwsze dlatego, że pokazanie pewnych autentycznie dobrych cech i zachowań nawet po stronie największych zbrodniarzy w dramacie historycznych jest wręcz kwestią rzetelności i oddania prawdy. Parafrazując nieco słowa naszego Pana Jezusa Chrystusa – nawet źli ludzie potrafią dawać dobre rzeczy swoim dzieciom (Mateusz 7, 11), cóż więc dziwnego, iż małżonkowie Höss również mogli szczerze troszczyć się o swoje dzieci czy o siebie nawzajem? Po drugie to pokazanie troski o najbliższych, zwierzęta, a nawet rośliny tym bardziej uwypukla okrucieństwo Hössów wobec tych ludzi, których już nie uważali za swoich bliźnich. Zarzut zbytniego ocieplania wizerunku tej nazistowskiej pary nie może się utrzymać, jeśli ogląda się ten film uważnie i w całości. Co i rusz bowiem widzimy, jak spod schludnej powłoki wychodzi z nich brudne, jadowite robactwo. Dowodem czego jest chociażby scena, w której pani Höss niezadowolona ze swej polskiej służącej, mówi do dziewczyny „Mogłabym poprosić męża, żeby rozsypał twoje prochy na polu w Babicach”. Jej małżonek z kolei, dla którego prawdziwym okrucieństwem dokonującym się w Auschwitz jest niedelikatne zrywanie bzów przez strażników, nawet podczas imprezy dla nazistowskich oficjeli fantazjuje o tym, w jaki sposób zagazowałby wszystkich obecnych na sali (Niemców!). Zresztą również małżeństwo Hössów okazuje się tylko z pozoru czyste, gdy zostaje nam pokazane (a ściślej tylko zasugerowane), że Höss zdradza swoją żonę (prawdopodobnie regularnie z prostytutkami). Nie można też chyba zarzucić filmowi całkowitego pesymizmu. Jest tutaj wszak pokazana wyraźnie dobra, a nawet wymagająca heroizmu postawa polskiej dziewczyny, która z narażeniem życia podrzuca jedzenie dla więźniów Auschwitz. Jako promyk nadziei można widzieć też wątek matki pani Höss, która mimo swojej głębokiej niechęci do Żydów, kiedy dociera do niej, co tak naprawdę dzieje się za murem, wstrząśnięta wyjeżdża, zostawiając córce list. Jest to mocny moralnie punkt filmu, który pokazuje, iż głos sumienia może poruszyć nawet najbardziej „zaczadzoną Ideologią” osobę, o ile jeszcze ma w sobie jakąś gotowość usłyszenia tego głosu. I zdaje się, że owa starsza pani, która nie może znieść przebywania w miejscu, które dla jej córki jest rajem i spełnieniem marzeń (zarówno tych osobistych jak i zbiorowych o „nowej przestrzeni życiowej dla Niemców”) jest poruszona tym głosem. I dlatego wstrząśnięta wyjeżdża, zostawiając córce list, którego treści wprawdzie nie poznamy, ale po reakcji pani Höss domyślamy się, że raczej nie był on tylko zdawkowy. Jedną z głównych zalet filmu może być zatem to, co z pozoru może się wydawać jego wadą, a mianowicie fakt, że nie pokazuje on masowego mordu w Auschwitz wprost. Robi to natomiast za pomocą dźwięków dobiegających zza murów czy obrazów takich jak popiół z krematoriów przysypujący piękne kwiaty państwa Höss. Dzieło to pokazuje toczącą się za murem tragedię jako układankę, jednak bardzo łatwą do poskładania dla osób, które są wystarczająco blisko. Jeśli chodzi o zarzuty, jakie można wysunąć wobec tej produkcji, to jest tu pewna ilość scen plażowych, w których widzimy ludzi obojga płci w dość skąpych strojach kąpielowych. Gwoli ścisłości trzeba jednak zaznaczyć, że kontekst (plażowanie rodzinne, nie na plażach publicznych) oraz sposób pokazywania tych scen raczej wyklucza ich podtekst erotyczny. Pewnym zarzutem wobec filmu może być też to, że zabrakło w tym obrazie ukazania konsekwencji zbrodniczych wyborów dla ich sprawców. Nie widzimy tu żadnej kary dla zbrodniarzy, na przykład sceny powieszenia Hössa. Nie ma nawet napisów końcowych, które by o tym mówiły. Dla kogoś, kto nie znałby historii, mogłoby to dawać wrażenie, że państwo Höss wyszli na swoim udziale w Auschwitz jednak nie najgorzej – spełnili swoje marzenia, żyli sobie wygodnie w willi z ogrodem, itp. Zapewne nie jest to wielkie ryzyko, jeśli założymy, że wszyscy dorośli widzowie zdają sobie sprawę i z tego, czym był Holocaust i z kar, które spotkały przynajmniej część sprawców tego ludobójstwa; niemniej, nie możemy wykluczyć, że film ten jest mniej przejrzysty moralnie dla odbiorców spoza naszego kręgu kulturowego. Reasumując, film polecamy z podanymi wyżej niewielkimi zastrzeżeniami, z zastrzeżeniem, że jest to obraz dla dorosłych widzów, dla których poruszana tematyka nie jest żadną nowością. Marzena Salwowska /.../