Tag Archive: USA

  1. Czarne bractwo. BlacKkKlansman

    Możliwość komentowania Czarne bractwo. BlacKkKlansman została wyłączona Film ten został oparty na autentycznej historii Rona Stallwortha, który w latach 70-tych XX wieku jako Murzyn – w pewnym sensie – przeniknął do struktur amerykańskiego Ku Klux Klanu. Otóż, Stallworth był wówczas zatrudniony w sekcji wywiadu miejscowej policji i za pośrednictwem prowadzonych przez siebie rozmów telefonicznych nawiązał kontakt z działaczami Ku Klux Klanu (w tym ze znanym do dzisiejszego dnia Davidem Duke’m). W trakcie tych rozmów Stallworth przedstawiał się jako zdeklarowany biały rasista, a na osobiste spotkania z przedstawicielami Klanu wysyłał swego białego (acz też nie-aryjskiego, bo żydowskiego pochodzenia) kolegę z pracy Flipa Zimmermana. Flip przedstawia się działaczom Ku Klux Klanu jako Ron Stallworth (naśladując przy tym jego sposób mówienia) zaprzeczając jednocześnie swym żydowskim korzeniom (o które jest podejrzewany zwłaszcza przez jednego z działaczy Klanu). W dalszym toku fabuły okazuje się, iż część aktywistów wspomnianej wyżej rasistowskiej organizacji planuje dokonanie zamachu terrorystycznego na przedstawicieli jednej z murzyńskich organizacji studenckich, czemu Ron próbuje przeciwdziałać. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej omawiany film na tak swoje wyraźniejsze zalety, jak i ewidentne wady. Zacznijmy od tych pierwszych. Zaletą tego obrazu z pewnością jest jego antyrasistowskie przesłanie. Co prawda, w dzisiejszych czasach nie potrzeba do tego, jakiejś większej odwagi, tym nie mniej jednak rasizm (przynajmniej w takim znaczeniu i przejawach, w jakich występował historycznie najczęściej) jest z pewnością nieprawością oraz obrzydliwością, dlatego też dobrze jest go piętnować i zwalczać. Jako drugą zaletę owego filmu można wymienić to, iż pokazuje on obraz idealistycznie nastawionego policjanta, który w nie zawsze sprzyjających sobie okolicznościach i środowisku próbuje walczyć ze złem również w szeregach swych zawodowych kolegów. Następnym plusem jest tu dostrzeżenie negatywnego wpływu, jaki nie tylko na nasze myślenie, ale również konkretne czyny, wywierać mogą treści, którymi karmimy się za pośrednictwem np. filmów. W produkcji tej wskazano bowiem na złowieszczą rolę, jaką na historię Stanów Zjednoczonych wywarł słynny film „The Birth of Nation” („Narodziny narodu”). Jest tu wszak nawet mowa o konkretnych przypadkach krwawych i jednocześnie pochopnych oraz niesprawiedliwych samosądów popełnianych na czarnych obywatelach USA, do których przyczyniła się emisja oraz popularność „The Birth of Nation”. Wreszcie mianem dobrej strony omawianego filmu można nazwać fakt, iż nie epatuje on seksem, przemocą i nieskromnością mimo, że jego tematyka mogłaby stanowić pretekst do takiegoż eksponowania tych rzeczy. Z drugiej strony niestety jego twórcy wpletli w dialogi bardzo dużą ilość wulgaryzmów, czego dałoby się uniknąć. Przejdźmy teraz do omówienia bardziej dwuznacznych i złych elementów filmu. Z pewnością bardzo wątpliwymi etycznie są pokazane w filmie metody pracy policjantów z wydziału wywiadu, które polegają na okłamywaniu i oszukiwaniu ludzi z rozpracowywanego przez nich środowiska. Kłamstwo jest zaś czynem wewnętrznie złym, przez co jest ono niedozwolone nawet dla osiągnięcia najlepszych celów. Co zaś jeszcze bardziej moralnie kontrowersyjne bohaterzy filmu na pewnym etapie swych działań sami pochwalają i utwierdzają w złych przekonaniach tych, z którymi przecież walczą. Kolejnym dwuznacznym elementem jest tu raczej jednak zbyt mocne i jednostronne utożsamienie amerykańskiego chrześcijaństwa z rasizmem. Rasistowscy działacze Ku Klux Klanu są wszak pokazywani w tym filmie jako często gorliwi chrześcijanie.  Prawdą jest, że Klan w silny sposób odwoływał się do religii chrześcijańskiej, a i różne chrześcijańskie wspólnoty w USA miały często swój mniejszy bądź większy wkład w utrwalanie rasowych uprzedzeń. Akcja omawianego filmu dzieje się jednak w końcówce lat 70-tych XX wieku, a więc w czasie, gdy amerykańscy chrześcijanie w dużej mierze wyzbywali się już rasistowskich przekonań i postaw. W filmie zaś chyba wszyscy co bardziej gorliwi chrześcijanie są rasistami, co przecież nie jest realistycznym odbiciem nastrojów czasów, w których usadowiona jest jego akcja. Wydaje się też, iż końcowe sceny filmu, w których obecny prezydent USA Donald Trump pokazywany jest w kontekście mogącym sugerować jego sympatię dla białego rasizmu są co najmniej przesadzone. Trump co prawda ma za sobą pewne dwuznaczne – w aspektach rasowych – wypowiedzi i zachowania, jednak daleko im jeszcze do rasizmu wyznawanego przez Ku Klux Klan. Mirosław Salwowski   /.../
  2. Fabryka dobrych snów

    Możliwość komentowania Fabryka dobrych snów została wyłączona

    Hollywood najczęściej kojarzy się z filmami moralnie marnej jakości. Celebracja wolnego seksu, dzikiej przemocy, zaprawiona niemałą szczyptą mniej lub bardziej jawnie antychrześcijańskich aluzji i idei, wypełniało i wciąż wypełnia wielką część amerykańskiego przemysłu filmowego. Niejeden reżyser lub producent nieraz namacalnie przekonał się o niechęci, jaką za Oceanem, względem chrześcijańskich wartości, żywi duża część filmowego establishmentu. Na początku XXI wieku mógłby o tym zaświadczyć Mel Gibson, który na produkcję „Pasji” musiał wyłożyć pieniądze z własnej kieszeni, albowiem żaden z filmowych potentatów nie chciał inwestować z opowieść o Męce naszego Pana Jezusa Chrystusa. Nieco wcześniej, podobnego ostracyzmu względem wszystkiego co wyraźnie chrześcijańskie, doświadczył Joseph Barbara z wytwórni „Hanna Barbara”, który opisując 17 la starań o film animowany pt. „The Greatest Adventure Stories from the Bible” stwierdził: „Po prostu nie mogłem sobie dać z nimi rady (sieciami TV i syndykami). Słowo „Biblia” z jakiegoś powodu przeraża każdego„.

    Sól ziemi

    Historia Hollywood nie zawsze jednak była naznaczona piętnem wrogości względem chrześcijaństwa i tradycyjnych cnót. Dzieje amerykańskiego przemysłu filmowego mają za sobą, wcale niemały, bo przeszło 30 – letni okres, w którym z „Fabryki snów” wychodziło szereg znakomitych zarówno warsztatowo, jak i dobrych pod względem przesłania, produkcji filmowych. Do dziś się czas ten zwie „Złotym wiekiem Hollywood”. Jak, nawiązując do powstałych wówczas hitów kinowych, mawia dr. Ted Baehr, redaktor filmowego serwisu dla chrześcijan „MovieGuide.org” oraz członek działającej w USA, „Komisji Filmu i Telewizji Chrześcijańskiej”: „Pan Smith (pojechał) do Waszyngtonu, to (było) Cudowne Życie, a Dzwony St. Mary rozbrzmiewały po kraju.” Zanim jednak w Hollywood mógł zapanować ów „złoty wiek”, w którym tradycyjne cnoty i zasady były wynoszone na piedestał, amerykańskim chrześcijanom przyszło stoczyć ciężką walkę z rodzimym przemysłem rozrywkowym.

    Wśród moralnej rozwiązłości „ryczących lat dwudziestych” i rosnącego wpływu coraz bardziej nihilistycznego europejskiego przemysłu filmowego, Hollywood zaczął eksperymentować ze wszystkim od nagości po tematy okultystyczne w czasach poprzedzających Wielki Kryzys lat 30-tych. W rezultacie na ekranach amerykańskich, a co za tym idzie również, europejskich kin, pojawiło się mnóstwo filmów, których ideowy klimat nie odbiegał zbyt mocno od jawnie bądź ukrycie antychrześcijańskiego i/lub niemoralnego przesłania dzisiejszych produkcji. Ówczesne kino w co najmniej dwuznaczny sposób ukazywało więc takie moralne plagi jak: wolny seks, przestępczy tryb życia, zamiłowanie do przemocy. Dochodziło również do ataków na religię. Jednakże, chrześcijanie w tych dniach nie zamierzali tego tak po prostu „przełknąć”. W rezultacie, kilkanaście milionów zjednoczonych we wspólnej krucjacie przeciw wynaturzeniom przemysłu rozrywkowego, amerykańskich protestantów i katolików po prostu przestało chodzić do kina. Hasłem tej ekumenicznej wyprawy krzyżowej było: „Oczyścić albo zniszczyć Hollywood”. Ulice amerykańskich miast stały się widownią wielotysięcznych demonstracji, w których domagano się od aktorów i reżyserów szacunku dla tradycyjnych zasad moralności chrześcijańskiej, a na transparentach widniały napisy w stylu: „Wstęp na nieprzyzwoity film jest biletem do piekłaTa mobilizacja amerykańskich chrześcijan przeciw degeneracji przemysłu filmowego spotkała się później z gorącą pochwałą samego Piusa XI, wyrażoną w encyklice „Vigilanti Cura”. Z pewnością, nikt uczciwy, nie mógł powiedzieć w tamtym czasie, iż chrześcijanie USA przestali być biblijną „solą ziemi”.

    Złoty wiek Hollywood

    W obliczu ruiny finansowej studia filmowe zaprosiły do siebie niektórych chrześcijańskich przywódców, aby pomogli im upewnić się, że ich filmy przyciągną większą widownię. Około 1933 r. w Hollywood narodził się wspomniany „złoty wiek”, która potrwa jeszcze do 1966 r. Za początek tego okresu uważa się powstanie tzw. Kodeksu Haysa, który został przyjęty przez ogół amerykańskich twórców filmowych. Kodeks Haysa w swych postanowieniach uwzględniał gros postulatów środowisk chrześcijańskich i konserwatywnych. I tak np. zakazane zostało usprawiedliwianie lub gloryfikowanie zemsty, nierządu i cudzołóstwa. Sposób obrazowania na ekranie morderstwa nie mógł pobudzać do jego naśladownictwa. Nie wolno było też – wedle zasad Kodeksu – czynić jakichkolwiek aluzji do zboczeń seksualnych, zaś kwestie uwiedzenia i gwałtu nie mogły być tematami komedii, a w innego typu filmach zabronione zostało wyraźne ukazywanie sposobów ich popełniania. Dokument ten deklarował także, iż jedną z naczelnych zasad przemysłu rozrywkowego ma być podtrzymywanie świętości małżeństwa i rodziny. Gwoli uczciwości należy stwierdzić, że Kodeks Haysa posiadał także pewne wady. Przykładem tego było zapisane w nim postanowienie mówiące, iż nie wolno jest pokazywać stosunków płciowych między białą i czarną rasą. Jasnym jest, iż podłoże tego zapisu stanowiły rasistowskie uprzedzenia. Jako całość Kodeks Haysa stanowił jednak wielki postęp i plusy zdecydowanie górowały w nim nad minusami. Szybko okazało się też, iż Hollywood sporo zyska na wcielaniu w życie postanowień tego dokumentu.

    Oczywiście naiwnością byłoby sądzić, iż w okresie obowiązywania Kodeksu Haysa (a więc l. 1933 – 1966) Hollywood nie wyprodukował żadnego złego moralnie lub kiepskiego artystycznie filmu. Także w tym czasie wśród amerykańskich filmów znalazło się trochę bubli i niemoralnych wytworów. Przeważnie jednak wysoki poziom artystyczny tworzonych wówczas obrazów pokrywał się z ich pozytywnie moralnym przekazem. Pośrednio potwierdza to opracowana w 1999 r. przez Amerykański Instytut Filmowy lista Stu Największych Amerykańskich Filmów. W jej pierwszej 20 –tce znalazło się aż 7 filmów, których produkcja miała miejsce w l. 50 –tych XX wieku, a więc w jednej z dekad obowiązywania „Kodeksu Haysa”. Są to: „Na nabrzeżach”, „Deszczowa piosenka”, „Bulwar zachodzącego słońca”, „Most na rzece Kwai”, „Pół żartem, pół serio”, „Wszystko o Ewie” i „Afrykańska Królowa”. Dla porównania warto dodać, iż tylko jeden film nakręcony po 1982 r. znalazł się w pierwszej 50 –tce wspomnianej listy. Popularne filmy trzech dekad obowiązywania „Kodeksu Haysa” obfitowały w nawiązania do tradycyjnych cnót, praw i wartości. Religia, małżeństwo, rodzina, uczciwość, pracowitość, poświęcenie, odwaga i honor były w nich celebrowane, a nie ośmieszane, atakowane czy poddawane w wątpliwość. To właśnie w tamtych czasach powstały takie wspaniałe, a oparte na Biblii opowieści jak: „Król Królów” czy „Ben Hur”. O ile przesłanie większości filmów stricte religijnych nawet dziś zazwyczaj jest poprawne, o tyle w „złotej erze Hollywood” powstawało też mnóstwo obrazów, które nie mając charakteru ściśle religijnego, niosło de facto pro-chrześcijańskie orędzie. By się o tym przekonać wystarczy przyjrzeć się fabule takich ówczesnych produkcji jak: „Na nabrzeżach”, „W samo południe”, „Jeździec znikąd” czy „Siedmiu wspaniałych”. Filmy te opowiadają o losach bohaterów, którzy zmagając się nieraz z własnymi niemałymi słabościami oraz kłopotami, potrafią zwycięsko z nich wychodzić, niejednokrotnie jeszcze wręcz heroicznie pomagając innym. I tak w nakręconym w 1952 r. „Na nabrzeżach” Marlon Brando wciela się w postać eksboksera, który zostaje wplątany w mafijne machinacje, lecz dzięki pomocy ukochanej kobiety i księdza udaje mu się wyplątać ze złych powiązań. „W samo południe” opowiadało o stróżu prawa, który samotnie bronił mieszkańców miasteczka przed bandą szukających zemsty kryminalistów. Film „Jeździec znikąd” opowiadał z kolei o włóczędze i dawnym rewolwerowcu wspierającym rodzinę osadników osaczoną przez bogatego ranczera i jego zbirów. „Siedmiu wspaniałych” wreszcie to obraz o siedmiu zawodowych zabijakach, którzy pod wpływem współczucia dla mieszkańców wioski terroryzowanej przez bandytów przeobrażają się w kogoś na kształt bezinteresownych rycerzy broniących słabych i bezbronnych.

    Wbrew utartym opiniom dzisiejszego establishmentu kulturowego wymienione przed chwilą filmy nie był przykładem cukierkowatych opowieści, w których dobrzy byli tylko idealni, a w złych nie istniało ani trochę dobra. Tego rodzaju filmy, których pełno było w czasach obowiązywania „Kodeksu Haysa” nie stroniły od ukazywania wad i słabości pozytywnych bohaterów. Ich zasadniczą cechą, której coraz częściej brak jest współczesnemu kinu, było jednak jasne rozróżnianie pomiędzy dobrem a złem. Po prostu: oglądający je widz, nie miał wątpliwości, kto w danym filmie reprezentuje dobro, a kto zło.

    Burzliwe lata 60-te były świadkami gwałtownego odejścia od zasad promowanych przez „Kodeks Haysa”. Na owoce nie trzeba było długo czekać. Jeszcze w 1965 r. Oskar za najlepszy film powędrował do pięknego obrazu „Dźwięku Muzyki”, a w 1966 r. nagrodę wygrał „Człowiek na Każdą Porę” , film, który dosłownie obfitował w biblijne tematy. Lecz już w 1969r. na szczycie znalazł się „Nocny Kowboj” – wycieczka w świat nihilizmu, rozpaczy i homoseksualizmu, o kategorii X („tylko dla dorosłych”). I był to wtedy film daleki od bycia jakąś anomalią. W tym samym okresie oskarowe laury zdobyli również ” Bonnie and Clyde” (promujący wzór „antybohatera”, przemoc, seks), „Grona Gniewu” (przeżarty przemocą) i „Dziecko Rosemary” (przeniknięty seksem i okultyzmem). Hollywood szybko znalazł się więc na równi pochyłej i „ryczące lata dwudzieste” powróciły tylko, że jeszcze bardziej zdegenerowanej wersji. Choć jednak klimat epatowania przemocą, seksem, obscenicznością i wulgarnością do którego nieraz dorzucane są jeszcze różne jawnie bluźniercze i antychrześcijańskie dodatki wydaje się jednak w ostatnich 50-latach wciąż w amerykańskim przemyśle filmowym przeważać, to nie można powiedzieć, by w przeciągu ostatnich dwóch dekad nie pojawiły się tam znów wyraźne oznaki nadziei i poprawy tego stanu rzeczy. Ot, np. po „Pasji” w reżyserii Mela Gibsona za Oceanem zaczęło pojawiać się więcej profesjonalnie kręconych produkcji ze stricte chrześcijańskim przekazem. Wymienić tu można choćby takie obrazy jak: „Odważni”, „Fireproof”, „Bóg nie umarł” (dwie części), “Czy naprawdę wierzysz, „Księga ocalenia”, czy „Cristiada” albo”Zmartwychwstały”. Światło dzienne i popularność wśród widowni zaczęły zyskiwać też może nie stricte chrześcijańskie, ale posiadające wyraźne takie wątki filmy jak „Wstrząs” i „Głos wolności”. Wydaje się też, iż częściej niż wcześniej w Hollywood zaczęły być produkowane obrazy – co prawda nie pozbawione  poważnych wad – ale tym nie mniej w mocny sposób eksponujące tradycyjne i pro-rodzinne wartości, by wspomnieć choćby o „Znów mam 17 lat”, “Człowiek ringu” czy „Gran Torino”.

     

    Czas pokaże, czy w następnych dekadach w Hollywood będzie więcej przeróżnych Quentinów Tarantino albo „American Pie” czy może jednak braci Kendricksów ( to ci od filmów „Odważni” i „Fireproof”). Można jednak przypuszczać, iż wbrew utartym stereotypom, to najmniej niebezpiecznie będzie szukać godziwej rozrywki w filmie właśnie w produkcjach powstających w USA, nie zaś w nihilistycznym i pesymistycznym kinie europejskim czy też często głupawych i obleśnych latynoskich telenowelach.

    Mirosław Salwowski

    PS. Powyższy artykuł został po raz pierwszy opublikowany na portalu Fronda.pl:

    http://www.fronda.pl/a/miroslaw-salwowski-hollywod-fabryka-dobrych-snow%2C79765.html

     

  3. Bóg nie umarł 2

    Możliwość komentowania Bóg nie umarł 2 została wyłączona W filmie „Bóg nie umarł 2” z sali wykładowej przenosimy się na salę sądową. O ile bowiem, pierwsza odsłona tego obrazu poświęcona była debacie akademickiej pomiędzy ateizmem a chrześcijaństwem, o tyle w drugiej jego części obserwujemy podobny spór tyle, że dziejący się już przed jednym ze stanowych sądów w USA. Bohaterką „Bóg nie umarł 2” jest bowiem nauczycielka Liceum, Grace Wesley, która na jednej z prowadzonych przez siebie lekcji historii, odpowiadając na pytanie uczennicy, w kilku zdaniach wspomina o Panu Jezusie. Niespodziewanie jednak zostaje ona za to dyscyplinarnie zawieszona przez dyrekcję szkoły, która uznaje jej zachowanie za pogwałcenie tak charakteru liceum, jak i federalnego prawa zakazującego promowania w placówkach publicznej edukacji jakiejkolwiek religii. A gdy Grace nie chce w związku z tym iść na „ugodę”, która miałaby polegać na przyznaniu się przez nią, iż mówiąc w czasie szkolnej lekcji o Chrystusie uczyniła coś „niestosownego”, zostaje ona postawiona przed stanowym sądem pod zarzutem złamania prawa. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej film ten jest w oczywisty sposób dziełem pro-chrześcijańskim oraz ewangelizacyjnym ukazującym siłę modlitwy, moc Słowa Bożego oraz potrzebę odważnego wyznawania wiary w Pana Jezusa. Dodatkowo rzecz biorąc, uwrażliwia on na coraz bardziej realny problem dla naszej cywilizacji, a mianowicie tak zwane „miękkie prześladowania” chrześcijan dokonywane co prawda nie pod jawnie antychrześcijańskimi hasłami, lecz w imię obrony zasady neutralności światopoglądowej sfery publicznej. W tym też kontekście twórcy owej produkcji zachęcają chrześcijan do odwagi w świadczeniu o swej wierze. Można powiedzieć, iż film ów jest swego rodzaju hołdem złożonym następującej biblijnej prawdzie: „Ale jeżelibyście nawet coś wycierpieli dla sprawiedliwości, błogosławieni jesteście. Nie obawiajcie się zaś ich gróźb i nie dajcie się zaniepokoić!  Pana zaś Chrystusa miejcie w sercach za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest” (1 Piotr 3, 14-15). Wszystko powyższe, to bardzo mocne punkty tego obrazu. Niestety jednak znalazły się w nim też elementy zasługujące na wyraźniejszą krytykę. Czymś takim w filmie tym z pewnością jest obecność mocno nieskromnych i bezwstydnych strojów niewieścich i to w dodatku pokazanych tak, iż są one kojarzone tu z chrześcijaństwem (albowiem takowe ubiory są w nim noszone głównie przez zaangażowane chrześcijanki). Trudno powiedzieć, czy i na ile jest to zamierzony zabieg ze strony twórców filmu, ale z pewnością należy to zganić, jako sprzeczne z następującymi zasadami apostolskiego nauczania: „Podobnież i niewiasty w przyzwoitym odzieniu, przystrojone skromnie i z umiarkowaniem, a niesztucznie plecionymi włosami albo złotem albo perłami, albo w kosztownej szacie, lecz jak przystoi niewiastom, wyznającym pobożność przez dobre uczynki„- I List św. Pawła Apostoła do Tymoteusza 2, 9. „Ich ozdoba niech nie będzie zewnętrzna: wyszukane zaplatanie włosów lub obwieszanie się złotem albo strojne ubiory, ale ukryty w sercu człowiek nieskazitelny, spokojnego i skromnego ducha, który jest przed oblicznością bożą bogaty. Tak bowiem niegdyś i święte niewiasty, ufające w Bogu, zdobiły się, poddane własnym mężom” – 1 List św. Piotra Apostoła 3, 2 – 5. Pewną wadą tego obrazu jest też przesadna demonizacja postaci reprezentujących wojujący ateizm. Są one tu bowiem przedstawiane wyłącznie w czarnych i odstręczających barwach, co jest zabiegiem nierealistycznym – każdy kto wszak zna nieco życie wie, iż wszyscy ludzie mają tak dobre, jak i złe cechy. Myślę, iż bez większego uszczerbku dla jednoznacznego światopoglądowego przesłania tego filmu dałoby się przedstawić także walczących ateistów w bardziej zniuansowany sposób.   /.../
  4. Bogowie i generałowie

    Możliwość komentowania Bogowie i generałowie została wyłączona „Bogowie i generałowie” to jeden z filmów poświęconych amerykańskiej wojnie secesyjnej (która toczyła się w latach 1861 – 1865). Lewicowo nastawiona prasa amerykańska ironicznie pisała o tym filmie: „po brzegi wypełniają go modły do Jezusa Chrystusa„. Ron Maxwell, reżyser i producent tego obrazu stwierdził z kolei: „Trzydzieści lat jestem w tym interesie. Czytuję mnóstwo recenzji; niektóre z nich bywają zabawne i traktują film z lekceważeniem. Nigdy jeszcze jednak nie zetknąłem się z tak zmasowanym wysiłkiem, aby pognębić film i odstręczyć od niego ludzi„. Cóż, niechęć lewicowych krytyków do tego filmu już jest dobrym sygnałem, by uważniej się mu przyjrzeć i zastanowić się, czy aby nie jest wart polecenia. Po obejrzeniu „Generałów”widać, że i w tym przypadku nieprzychylna opinia lewicowców jest dobrą rekomendacją. Jest w nim rzeczywiście pełno odwołań do Boga, Pana Jezusa, Biblii i modlitw. Widać to szczególnie na przykładzie postaci generała Thomasa „Stonewall” Jacksona, którego pobożność, posłuszeństwo i zaufanie Bogu zostały odmalowane w sposób przepojony szacunkiem, podziwem i uznaniem,  nie zaś na modłę ironiczną, ośmieszającą czy szyderczą. Doprawdy trudno nie odczuwać choćby mimowolnej atencji, gdy widzimy np. generała Jacksona modlącego się do Boga w taki sposób, jakby rozmawiał ze swym najlepszym przyjacielem (jednak bez zbytniego spoufalania się). Niestety pewnym minusem tego dzieła jest to, że na płaszczyźnie historycznej przeinacza on fakty na korzyść racji prezentowanych przez stany południowe, które wystąpiły z Unii (co też doprowadziło do wybuchu wojny secesyjnej, która jest tematem tego filmu). Przykładem takiego przeinaczenia jest sugestia, jakoby jeden z głównodowodzących armią Konfederacji, gen. Thomas „Stonewall” Jackson był przeciwnikiem niewolnictwa (podczas gdy w rzeczywistości, choć traktował on niewolników w dobry i łagodny sposób, to jednak nie był on zwolennikiem zniesienia tej instytucji). W takim nieprawdziwym przedstawieniu poglądów na niewolnictwo jednego z głównych reprezentantów Południa w omawianym filmie, trudno nie dostrzec echa „neo-konfederackich” poglądów, jakoby głównym powodem stojącym za secesję stanów południowych nie była chęć obrony instytucji niewolnictwa. Fakty historyczne są jednak w tej sprawie nieubłagane. Chociaż owszem, po stronie ważnych dowódców Południa walczyli też przeciwnicy niewolnictwa (konkretnie był to zaś gen. Robert Lee, a nie Thomas Jackson), to samo prawo nie tylko do praktykowania tej instytucji, ale też do jej rozszerzania na nowo przyłączone do Konfederacji terytoria zostało wpisane do jej konstytucji. Poza tym, zarówno w deklaracjach secesji poszczególnych stanów, jak i w wypowiedziach czołowych polityków Południa kwestia obrony niewolnictwa przed „zakusami abolicjonistów z Północy” była konsekwentnie akcentowana i wysuwana na pierwszy plan, jako główny powód wyjścia z Unii. Oglądając zaś omawiany film ma się wrażenie, jakby niewolnictwo nie stanowiło czegoś ważnego dla Konfederacji. Co prawda nie jest to błąd na płaszczyźnie stricte moralnej czy światopoglądowej, jednak stanowi to nieprawdziwą historycznie sugestię, która  obniża nasze uznanie dla tego filmu. Mimo tej wady film wart jest jednak polecenia i pochwalenia. Nie ma też w nim scen seksu, nagości, wulgaryzmów, obscenicznych dialogów oraz eksponowania nieskromnych ubiorów i tańców (może poza jedną sceną), także spokojnie mogą go oglądać rodziny z dziećmi. Jak już też zostało tu wspomniane, produkcja ta z życzliwością przedstawia wiarę w Pana Jezusa, modlitwę i chrześcijaństwo. „Bogowie i generałowie” czasami są wyświetlani w różnych telewizjach komercyjnych, a płyta DVD z tym filmem powinna być jeszcze do kupienia w sprzedaży wysyłkowej.   Ps.  Spodobała Ci się ta recenzja? Przekaż nam choćby symboliczną darowiznę w wysokości 2 złotych. To mniej, niż kosztuje najtańszy z tygodników opinii, a nasze teksty możesz czytać bez żadnych limitów i ograniczeń. Numer konta: 22 1140 2004 0000 3402 4023 1523, Mirosław Salwowski /.../
  5. Tańczący z wilkami

    Możliwość komentowania Tańczący z wilkami została wyłączona Film ten opowiada historię oficera armii Unii (Johna Dunbara) z czasów wojny secesyjnej, który pragnął popełnić samobójstwo (prowokując żołnierzy Konfederacji do strzelania w niego) lecz paradoksalnie w skutej tej akcji został uznany przez swych dowódców za bohatera (gdyż jego czyn pobudził żołnierzy Unii do zwycięskiego natarcia na oddziały wroga). Dunbar zostaje później wysłany na tereny należące do plemienia Siouxów, gdzie ma utworzyć zręby nowej placówki wojskowej. Tam też główny bohater nawiązuje z biegiem czasu coraz bardziej przyjacielskie relacje z Siouxami, by ostatecznie przejąć ich styl życia, zwyczaje, ożenić się z jedną z członkiń plemienia, a nawet walczyć razem z Indianami przeciw żołnierzom armii USA.   To tyle, jeśli chodzi o krótki opis fabuły tego filmu. Pod względem moralnego i światopoglądowego przesłania jaki on niesie możemy w tym obrazie zaobserwować następujące negatywne i dwuznaczne tendencje: Obraz Siouxów jest tu wręcz idylliczny, zwłaszcza, gdy porówna się go z na ogół chciwymi i zdemoralizowanymi białymi Amerykanami. W takim portretowaniu tego plemienia z jednej strony oraz prawie, że „demonizowaniem” Amerykanów z drugiej można dostrzec wpływ błędnej doktryny „Dobrego dzikusa” wedle której to rozwój kultury i cywilizacji powoduje deprawację człowieka, podczas, gdy utrzymywanie go w stanie naturalnej dzikości i prymitywności służy jednocześnie pielęgnowaniu w nim dobroci oraz szlachetności. Taka koncepcja jest jednak w oczywisty sposób nieprawdziwa choćby gdy bliżej przyjrzymy się historycznej rzeczywistości z jednej strony „ludów dzikich” z drugiej zaś bardziej cywilizowanych. Poza tym wyidealizowany obraz konkretnie Siouxów jest historyczną manipulacją, gdyż ci byli faktycznie znani z okrutnych praktyk i zwyczajów, przez co zyskali sobie przydomek „podrzynaczy gardeł”. Choć w filmie nie ma jawnej polemiki z chrześcijaństwem, to jednak można go uznać za wyrażający sympatię dla pogaństwa. John Dunbar w pewnym momencie pokazany jest rytualnie tańczy wokół ogniska (co było pogańską praktyką), jednak nigdy nie widzimy go, by modlił się do Pana Jezusa, czytał Biblię albo też mówił Indianom o Ewangelii. Mimo, że w obrazie tym złe cechy Amerykanów nie są łączone z ich chrześcijańskimi przekonaniami to minimum wiedzy historycznej wyniesionej ze szkoły podstawowej pozwala widzom na dopowiedzenie sobie schematu: „Dobrzy poganie Siouxowie kontra źli chrześcijańscy Amerykanie”. Co więcej wspomniane wyżej uczestniczenie głównego bohatera w pogańskich obrzędach jest wkomponowane w ukazywany proces duchowego i emocjonalnego jego odrodzenia, co dodatkowo wydaje się podkreślać sympatię dla tych błędnych wierzeń. John Dunbar w jednej ze scen filmu de facto wyrzeka się swego chrześcijańskiego imienia (po polsku „Jan”) i w języku Siouxów przedstawia się przydomkiem, który nadali mu pogańscy Indianie. Choć ilość zawartych tam ujęć seksu i nagości nie jest duża i pozwala przy zaangażowaniu minimum dobrej woli i współpracy z Bożą łaską na ich ominięcie bez szwanku dla zrozumienia całości fabuły, to jednak sposób pokazania tam seksualności również jest co najmniej dwuznaczny. Pomijając już to, że główny bohater, co jest niestety tradycyjne dla ogółu filmów, „nie czeka do ślubu” by fizycznie skonsumować swą miłość z ukochaną, pewien niepokój budzi scena w której indiańskie małżeństwo obcuje ze sobą cieleśnie w namiocie pełnym innych (co prawda w większości śpiących) ludzi. Gdy owa para dostrzega, że John Dunbar nie śpi i widzi co czynią, nie wydaje się tym speszona i kontynuuje dalej. To pogwałcenie intymności małżeńskiej i quasi-ekshibicjonizm w kontekście ogólnie pozytywnego przedstawienia stylu życia Siouxów może być życzliwie odebrane przez widzów, tym bardziej, że nie spotyka się tam z żadnym negatywnym komentarzem. Ps.  Spodobała Ci się ta recenzja? Przekaż nam choćby symboliczną darowiznę w wysokości 2 złotych. To mniej, niż kosztuje najtańszy z tygodników opinii, a nasze teksty możesz czytać bez żadnych limitów i ograniczeń. Numer konta: 22 1140 2004 0000 3402 4023 1523, Mirosław Salwowski /.../