Film opowiada o dramtycznych losach fikcyjnego małżeństwa Collingwoodów i ich córki, Mari. Wybierają się oni na wakacje do swego drugiego domu na prowincji. Mari bierze od rodziców samochód, aby wybrać się do swej pracującej nieopodal przyjaciółki, Paige. Dziewczęta spotykają chłopaka, Justina, który proponuje Paige, iż poczętuje je marihuaną. Ta trójka idzie do miejsca tymczasowego pobytu chłopaka, gdzie ma „spędzić miło czas” przy trawce. Niestety do owego domu wraca nieoczekiwanie ojciec Justina oraz dwoje jego kompanów – są to poszukiwani przez policję bandyci, którzy nie zawahają się przed niczym, aby uciszyć niewygodnych świadków. Dziewczyny zostają więc uprowadzone, Paige ginie, a Mari zostaje zgwałcona i ciężko zraniona. Samochód przestępców ulega jednak wypadkowi, a oni sami wobec braku innego wyjścia pukają do napotkanego domu i proszą o pomoc. Na ich nieszczęście okazuje się być to dom rodziców Mari.
Film ten ma pewne zalety. Jedną z nich jest przestrzeganie ludzi, zwłaszcza młodych, aby nie obdarzali zbytnim zaufaniem ledwo poznanych osób, zwłaszcza, gdy ci proponują im tak podejrzane działania jak zażywanie narkotyków. Tego typu kontakty mogą bowiem prowadzić do zetknięcia się z niezbyt ciekawymi ludźmi, jeśli nie wprost z zawodowymi kryminalistami. W osobie Mari otrzymujemy przynajmniej lekką przeciwwagę dla lekkomyślnej Paige, chętnie idącej do domu Justina. Córka państwa Colingwoodów ostrzega bowiem swą koleżankę przed podejmowaniem nierozważnych kroków. Jest ona bardziej świadoma niebezpieczeństw związanych z kontaktem z narkotykami i preferuje zdrowe rozrywki, takie jak sport.
Inną zaletą jest pokazanie, że człowiek nie jest w stu procentach zdeterminowany w swych działaniach przez środowisko w jakim żyje. Justin wychowujący się z ojcem kryminalistą i jego równie zdeprawowanymi kompanami ma mimo wszystko opory przed krzywdzeniem porwanych dziewcząt (do czego namawia go ojciec). Ostatecznie wybiera on dobro, informuje rodziców Mari o jej losie, a nawet walczy przeciw ojcu w obronie Collingwoodów.
Za plus można uznać też to, iż rodzina, do której należą pozytywne postacie, pokazana jest jako wzajemnie kochająca się i odważnie niosąca sobie pomoc w obliczu zagrożenia.
Jednak film ten jako całość jest nader wątpliwy. Po pierwsze zawiera on wiele obrazowych scen szokującej, momentami wręcz ekstremalnej przemocy. Mamy tu więc scenę brutalnego zgwałcenia, długie i krwawe walki, wymyślnie pokazane zabójstwa, zarówno w wykonaniu czarnych charakterów, jak też bohaterów pozytywnych. Co do tych ostatnich czynów, to przynajmniej część z nich mieści się w obronie koniecznej lub przekracza jej granice nieznacznie. Jednak ostatnia scena ukazuje już typową prywatną zemstę jakiej dopuszcza się ojciec Mari na jej gwałcicielu i niedoszłym zabójcy, Krugu. Mężczyzna zabija go w okrutny sposób, mimo, iż przestępca jest sparaliżowany (w wyniku urazu doznanego w walce) i nie stanowi w tej chwili zagrożenia. Jest to ukazane bez żadnego negatywnego komentarza, więc istnieje duże ryzyko, że uprzednie bestialskie zachowanie tego bandyty będzie tu rodzić sympatię dla brania sprawiedliwości we własne ręce. Poza tym tak dosadne pokazywanie na ekranie przemocy, jak to, które ma miejsce w omawianym filmie, jest bardzo wątpliwe, nawet jeśli chodzi o moralnie dozwoloną obronę przed niesprawiedliwą napaścią.
Inną wadą filmu jest dość pozytywne pokazanie jak żona pana Collingwooda, Emma, w pewnym momencie, aby odwrócić uwagę jednego z przestępców od znajdującego się w jej domu zdjęcia na którym jest jej córka (nie chce być przez bandytę rozpoznana jako matka ofiary, bo mogłaby zostać zabita), niedwuznacznie sugeruje mu chęć dokonania z nim cudzołóstwa. Nie ma ona takiego zamiaru, ale podobne zachowanie jest nieakceptowalne jako kłamstwo, nadto takie, które wzbudza w owym przestępcy nadzieję na ów ciężki grzech; pani Emma poważnie szkodzi więc duszy swego jakby nie było bliźniego i nie jest to poddane krytyce.
Podsumowując, film ten nie wydaje się być godnym polecenia, gdyż przychylność dla prywatnej zemsty, wyraźnie szkodliwych odmian kłamstwa oraz ogrom ukazanej tu przemocy przesłaniają jego zalety.
Michał Jedynak /.../
Film opowiada historię pilota, którego samolot rozbił się na Arktyce. Stara się on przetrwać, łowi ryby, zostawia znaki dla ludzi poszukujących go (np. rysuje na śniegu wielkie litery – SOS). W pewnej chwili odnajduje go załoga przelatującego helikoptera. Kiedy główny bohater już myśli, iż zostanie uratowany, maszyna rozbija się, a jedyną ocalałą z katastrofy okazuje się być ciężko ranna kobieta.
Dzieło to zasługuje na pochwałę, gdyż przy zastosowaniu bardzo oszczędnych środków, niemniej w nadzwyczaj przekonujący sposób prezentuje dwie właściwe postawy ludzkie – naturalną dążność do zachowania swego życia, jak też posuniętą do heroizmu służbę bliźniemu. Co do pierwszej to widać ją w działaniach głównego bohatera, który nie załamuje się, stara się znaleźć sposób przetrwania w ekstremalnych warunkach i powrócić do domu. Co prawda człowiek ma obowiązek w pewnych sytuacjach zrezygnować z życia doczesnego i przyjąć śmierć (zwłaszcza w sytuacji, gdy jedyną alternatywą jest popełnienie grzechu), jednak generalnie powinien on troszczyć się o swe życie i zdrowie, których nie jest właścicielem, lecz które Bóg mu jedynie użyczył, aby ten mógł Mu dobrze służyć. Błogosławiona Aniela Salawa zwracała się do Pana słowami: „żyję, bo każesz, umrę kiedy zechcesz”. Nie jest zatem niczym chwalebnym szukanie śmierci lub wystawianie się nań dla błahych powodów, przeciwnie – to poważna nieprawość. Dobrze więc, że twórcy nie zanurzyli nas tym razem w otchłań nihilizmu i zwątpienia zwieńczonych samobójstwem, ale pokazali historię człowieka, który stara się obronić Boży dar, jakim jest jego życie.
Inną, jeszcze ważniejszą, zaletą filmu jest ukazanie, iż nawet w niezwykle ciężkich okolicznościach można zdobyć się na okazanie bliźniemu pomocy, życzliwości i wsparcia. Pilot bowiem nie skupia się jedynie na sobie, nie daje się ponieść egoizmowi (który mógłby przecież uzasadniać swym krytycznym położeniem), lecz poświęca wielką część swej energii na opatrzenie, nakarmienie, napojenie, transport, a nadto pocieszenie wspomnianej ciężko rannej niewiasty. Nie zostawia jej, choć po ludzku jest ona dlań tylko balastem. Chrześcijańskie z ducha umiłowanie drugiego człowieka lśni w tym dziele jasnym blaskiem.
Ważne też, że nie ma tu scen seksu, nagości, obsceniczności, antychrześcijańskich i heretyckich aluzji, a groza (np. atak niedźwiedzia polarnego na bohaterów) ukazywana jest w bardzo stonowany jak na taką tematykę filmu sposób. Za plus można uznać także wyraźnie zasugerowany, okupiony cierpieniem i wysiłkiem, ale jednak happy end w postaci dotarcia pilota i będącej z nim kobiety do celu. Wadą jest niewielka ilość nieprzyzwoitego języka, o tyle zapadająca w pamięć, że wobec początkowej samotności głównego bohatera, jak również późniejszej nieprzytomności jego towarzyszki dialogi są tu bardzo skąpe.
Niemniej serdecznie polecam film „Arktyka” jak bardzo udane pod względem artystycznym i moralnym dzieło.
Michał Jedynak /.../