Leave a Comment
Film opowiada historię z frontu zachodniego I wojny światowej. Francuski generał Mireau dostaje od swego przełożonego rozkaz zdobycia obsadzonego przez Niemców wzgórza zwanego Ant Hill. Początkowo opiera się zwierzchnikowi wiedząc, że to niemożliwe, ale skuszony obietnicą awansu zgadza się przeprowadzić atak, nawet za cenę śmierci ponad połowy podwładnych. Natarcie załamuje się. Generał o niepowodzenie obwinia oddziały, które nie opuściły okopów (choć de facto rozkazy im wydane były niewykonalne z powodu silnego ostrzału nieprzyjacielskiego). Na trzech losowych żołnierzach z tych oddziałów ma być, dla dania nauczki reszcie, wykonana kara śmierci; obrony oskarżonych podejmuje się ich dowódca, „w cywilu” prawnik, pułkownik Dax.
Przesłanie tego dzieła jest niezwykle proste, omawianemu filmowi (porównując go z innymi produkcjami nakręconymi przez tego samego reżysera) daleko pod względem złożoności do recenzowanego tu kiedyś bardzo zniuansowanego „Barry’ego Lyndona”, nie mówiąc o niełatwych w odbiorze i poddających się wielorakim interpretacjom „2001: Odysei kosmicznej”, „Mechanicznej pomarańczy”, „Lśnieniu” czy „Oczach szeroko zamkniętych”. Jednak wielka prostota przesłania „Ścieżek chwały” bynajmniej nie jest ich wadą, stanowi walor filmu, sprawia że płynąca z niego nauka moralna jest bardzo czytelna, jasna, dostępna dla szerokiej publiczności. Dzieło zaś jest tym bardziej przyswajalne, że nie jest ono mimo braku skomplikowania toporne ani naiwne; aktorzy dają swoim postaciom prawdziwe życie, przez kilkadziesiąt minut dają się widzowi szczerze podziwiać, autentycznie znienawidzić lub naprawdę litować nad ich losem. Nie należy obawiać się tu obecności przerysowanych, wręcz nieludzko podłych lub karykaturalnie kryształowych bohaterów, budzących raczej śmiech niż uczucia zamierzone przez twórców. Ponadto mamy tu dobre dialogi, wartką i trzymającą w napięciu akcję oraz budzące uznanie odtworzenie frontowych krajobrazów z czasów I wojny światowej (coś podobnego chwalone było na portalu przy okazji recenzji filmu „1917”, w którego przypadku scenografie robią zapewne jeszcze większe wrażenie, ale pamiętajmy, że omawiany film powstał kilkadziesiąt lat wcześniej, gdy twórcy nie dysponowali zbliżonymi środkami, przez co tym bardziej należy im się pochwała).
Pod względem moralnym mamy w „Ścieżkach chwały” ostry podział na dobro i zło i jednoznaczne opowiedzenie się za pierwszym. Złem, które zohydzają twórcy jest karierowiczostwo; jego ucieleśnieniem jest generał Mireau. Na przykładzie losów tej postaci widać zatrute owoce owej postawy. Żądza osobistych sukcesów przesłania mu trzeźwy osąd sytuacji (generał zaczyna sobie wmawiać, że rozkazy są wykonalne, mimo że doskonale wie, iż tak nie jest), skłania go do bezsensownego szafowania życiem żołnierzy, uzdalnia go do zbrodni (wydaje on rozkaz bombardowania pozycji własnej armii, by zmusić żołnierzy do ruszenia się z nich), wreszcie doprowadza wojskowego do fałszywego oskarżania niewinnych o tchórzostwo w obliczu wroga w celu ukrycia kompromitującego go faktu organizowania nietrafnych, skazanych na porażkę, działań wojennych. Tak obrazowe i obszerne odmalowanie zgubnych skutków pogoni za karierą, dochodzenia po trupach (w tym przypadku nawet nie w przenośni) do celu, nie pozostawia wątpliwości co do łajdackiego charakteru takiej postawy i potrzeby trzymania się od niej z daleka.
Innym negatywnym bohaterem jest porucznik Roget, wykazujący się, odmalowanym jako żenujące, tchórzostwem, jak również brakiem dbałości o ludzkie życie oraz, co łączy go z generałem Mireau, nieumiejętnością wzięcia odpowiedzialności za swe czyny połączoną z gotowością popełnienia zbrodni, by je ukryć. W czasie zwiadu, bojąc się wroga, jest on gotów zostawić na pastwę losu towarzyszącego mu żołnierza, który zniknął z pola widzenia. Nadto bezmyślnie rzuca granat w rzekomego przeciwnika uśmiercając właśnie wspomnianego żołnierza. Potem zaś, by zachować twarz i pozycję, kłamie w raporcie ze zwiadu i wskazuje podwładnego, będącego świadkiem jego przestępstwa, jako jedną z osób mających niesłusznie ponieść śmierć za tchórzostwo w ramach wspomnianej akcji z inicjatywy generała Mireau. Skontrastowanie go ze wspomnianym podwładnym, Parisem, który, uczestnicząc w tym samym co Roget zwiadzie, nie daje się ponieść strachowi uwypukla prawdę o tym, iż nawet wojenne warunki nie usprawiedliwiają wszystkiego, a człowiek nigdy nie musi postępować niegodziwie oraz nie może być łatwo zwolniony z obowiązku zachowania zimnej krwi i rozważnego postępowania, zwłaszcza gdy służy ojczyźnie i jest odpowiedzialny za cudze życie. Podkreślenie zaś niegodziwości posłania bliźniego na śmierć dla ratowania własnej skóry (i to przecież bliźniego niewinnego i przykładnie pełniącego służbę, co w ogóle jawi się jako ewidentna niesprawiedliwość) tylko wzmacnia obecne już w wątku generała, potępienie zasady „cel uświęca środki” i przynagla do opierania swych działań na prawdzie, nawet za cenę osobistych strat. Inną wadą ludzką krytykowaną przez twórców (ustami Parisa) jest pijaństwo, jakiego dopuszcza się Roget, a jakie mogło mieć wpływ na jego nieodpowiedzialne zachowanie podczas zwiadu.
Można rzec też, że film ukazuje, iż zło tkwić może nie tylko w pojedynczych ludziach, ale w całych systemach, nawet tych uważanych za nieszkodliwe. Odkrywa czarne karty z historii bynajmniej nie sowieckiego bolszewizmu lub nazizmu, lecz „wielkiej demokracji Zachodu”. Chodzi konkretnie o uprzedmiotowienie żołnierzy, czynienie z nich zwykłych narzędzi do odstraszania innych. Ukazuje, że zwyczajów takich jak arbitralne (poprzez losowanie lub wskazanie przez dowódcę) wyłanianie skazańców z szeregów oddziałów, które zawiodły, po to by ich śmierć (niejednokrotnie będąca nawiasem mówiąc znacznie przesadzoną karą, o ile na jakąś w ogóle zasługiwali) posłużyła za odstraszający przykład, nie da się usprawiedliwić. Powodowały one bowiem oderwanie kary od rzeczywistej winy i stwarzały niesprawiedliwą nierówność między tymi, którym (ze względów czysto praktycznych, tj. by nie „marnować” zasobów ludzkich) pozwalano łaskawie przeżyć a tymi, którzy, nie różniąc się od tych pierwszych, byli rozstrzeliwani, gdyż wyciągnęli pechowy los albo zostali wskazani przez przełożonego np. na podstawie niskiego pochodzenia bądź co gorsza, o czym była wyżej mowa, osobistych z nim porachunków. Co więcej wytknięto tu łamanie prawa poprzez rażące uchybienia w procedurze sądowej, jakich dopuszczano się, by maksymalnie przyspieszyć wymierzenie „sprawiedliwości”. Warto docenić twórców za przypomnienie o takich niewygodnych faktach, gdyż nie dopuścili się oni oszczerstwa (historycy wykazali, że wbrew zapewnieniom francuskiej armii co najmniej raz miało miejsce podobne do ukazanego w filmie popisowe, demonstracyjne uśmiercenie francuskich żołnierzy, którzy zostali potem zrehabilitowani). Ponadto ponieśli pewne ofiary za swą szczerość – filmu aż do lat 70. nie wolno było wyświetlać we Francji, a w utrzymującej z nią dobre stosunki RFN był on przyjmowany bardzo niechętnie.
Przeciwwagą dla wspomnianych niegodziwości jest w tym dziele postawa pułkownika Daxa. Jawi się on jako rozważny dowódca niechętny bezsensownemu rozlewowi krwi. Daleko mu do jakiejś obsesyjnej chęci zostania bohaterem wojennym. Jednak nie brak mu odwagi i rozkazy dowódców dotyczące działań wojennych wypełnia z poświęceniem, co widać, gdy naraża swe życie prowadząc szturm na pozycje wroga. Co jednak chyba jeszcze ważniejsze potrafi się on też, gdy sprawiedliwość tego wymaga sprzeciwiać się oczekiwaniom dowódców i słusznie ich krytykować. Podejmuje się obrony swoich podwładnych przed sądem polowym i wytyka mu uchybienia mimo ewidentnej niechęci ze strony generała Mireau, patronującego pokazowemu procesowi. Dostarcza władzom wojskowym dowody wydania przez tego generała zbrodniczego rozkazu bombardowania własnych pozycji. Zwierzchnikowi Mireau, generałowi Broulardowi bezpardonowo wytyka obojętność wobec niesprawiedliwych egzekucji. O ile dobre rzeczy można czynić także dla bardziej przyziemnych korzyści i nie czyni ich to od razu złymi, o tyle w przypadku pułkownika Daxa mamy do czynienia z kierowaniem się jedynie szczerym pragnieniem sprawiedliwości, idealizmem (wściekłością reaguje na sugestie, iż dążył do zdyskredytowania Mireau, by samemu zająć jego miejsce). To czyni go przykładem niezwykle szlachetnego człowieka i wskazuje na ideał, do którego widz powinien konsekwentnie dążyć. Innymi wartościowymi wzorami obecnymi w filmie są kapitan Rousseau odmawiający wykonania wspomnianego rozkazu ostrzelania swoich (świadomy jak widać, że posłuszeństwo też musi mieć swoje granice) i kapitan Nichols, odważnie świadczący razem z Rousseau przeciw generałowi Mireau.
Film jak przystało na dzieło z czasów Kodeksu Haysa nie epatuje widzów wulgaryzmami, krwawą przemocą, nie ma w nim seksu, nagości czy obscenicznych aluzji. Można stawiać pytanie o zasadność sceny, gdy Dax niezbyt przychylnie mówi o patriotyzmie, ale z kontekstu wynika raczej, że chodzi mu o instrumentalne wykorzystywanie patriotyzmu przez różne kręgi, a nie o tę szlachetną postawę jako taką. Niektórych może zastanawiać też scena, gdy jeden ze skazanych w czasie wizyty duszpasterza wyraża spory, płynący z rozpaczy, sceptycyzm dla wszelkiej religii, ale z drugiej strony mamy tu też przykład skazanego przystępującego do spowiedzi, mimo że nie był zbyt religijny. Można więc uznać, że odmalowano tu po prostu zróżnicowanie ludzkich postaw.
Wobec tego bez wahania polecam ten film będący wyraźną przestrogą przed niepohamowaną żądzą sukcesu i uciekaniem od odpowiedzialności za swe czyny, a jednocześnie stanowiący piękną opowieść o stawaniu w obronie niesłusznie oskarżonych oraz walce o sprawiedliwość.
Michał Jedynak
/.../
Leave a Comment
W San Francisco trwają właśnie przygotowania do uroczystego otwarcia najwyższego budynku na świecie, tak zwanej Szklanej Wieży. Z tej okazji na 135 piętrze tego drapacza chmur ma się odbyć bal z udziałem wielu znamienitych gości. Na imprezie bawić się zamierzają między innymi sam architekt Wieży – Doug Roberts, wraz z niewiastą, którą pragnąłby poślubić oraz właściciel budynku razem ze swą córką i zięciem. Tymczasem podczas pierwszych testów dochodzi do spięcia przewodów elektrycznych. W sumie dość szybko udaje się ustalić przyczynę tego problemu – Roberts odkrywa, że zamiast kabli, które miały być użyte zgodnie z jego wymaganiami, zastosowano w instalacji tańsze zamienniki. Architekt uważa, że taka zmiana, przy tego rodzaju konstrukcji może doprowadzić nawet do pożaru i nalega na właściciela budynku, żeby przełożył otwarcie. Ten jednak odmawia. Szklana Wieża staje się zatem dla zgromadzonych gości śmiertelną pułapką, z której ocalić będą próbować ich strażacy na czele ze swoim komendantem, wspierani przez architekta budynku.
Film ten wytrzymuje próbę czasu i wiele jego scen może robić wrażenie i dziś. Akcja jest wciągająca, zwłaszcza że twórcy tej katastroficznej opowieści nie traktują swoich bohaterów jak marionetki, które są tu tylko po to, by ginąć od ognia, czy w jakiś inny efektowny sposób. Pierwszą więc rzeczą, za jaką można pochwalić ten film, jest taki sposób prowadzenia narracji, by widz współczuł bohaterom i żywił nadzieję, że ocaleją. Warto to docenić, gdyż przyjazne nastawienie wobec ofiar i budowanie u widzów empatii wcale nie jest we współczesnym kinie oczywiste.
Obraz ten słusznie również piętnuje chciwość i ludzką pychę, które często stoją za tego rodzaju katastrofami. Zwłaszcza to pierwsze jest tutaj uwypuklone, przywodząc na myśl stwierdzenie Pisma świętego, iż korzeniem wszelkiego zła jest miłość pieniędzy (1 Tm 6, 10). Widzimy to zwłaszcza na przykładzie zięcia właściciela Szklanej Wieży, Rogera Simmonsa, który instaluje w budynku gorsze niż zalecał architekt, ale tańsze kable, dzięki czemu zarabia dodatkowo na łapówkach oraz oszczędza budżet inwestycji. Jako że te tańsze materiały i tak spełniają obowiązujące normy budowlane, a oszczędności cieszyły wymagającego teścia, Simmons twierdzi, że nie ma sobie nic do zarzucenia. Jeśli chodzi o pychę, to można mówić o czymś takim, co od czasów Wieży Babel skłania ludzkość do przeceniania swoich aktualnych możliwości. A co za tym idzie wznoszenia jak największych i najokazalszych budowli, właściwie dla popisu, gdy mniejsze, ale za to pewniejsze konstrukcje, równie dobrze spełniałyby te same praktyczne i estetyczne funkcje. Chodzi o ten rodzaj pychy, który każe nam wierzyć, że człowiek jest w stanie stworzyć coś naprawdę niezniszczalnego, na przykład statek, którego „sam Chrystus nie zatopi”.
Inną ważną zaletą filmu, właściwie wybijającą się w nim na pierwszy plan, jest podkreślanie, jak ważne jest (zwłaszcza w przypadku mężczyzn) branie odpowiedzialności za własne czyny i dzieła. Brak podjęcia takiej odpowiedzialności zostaje tu nawet wyraźnie ukarany. Z pozytywnych przykładów zaś na pierwszy plan wysuwa się oczywiście postawa architekta budynku – Douga Robertsa. Mężczyzna ten, chociaż mógłby czuć się zwolniony z odpowiedzialności, gdyż przy budowie zignorowano jego zalecenia co do instalacji elektrycznej, uznaje się sam za winnego, gdyż wcześniej nie zainteresował się, czy nie dochodzi przy budowie do takich nieprawidłowości. Trudno powiedzieć, w jakim stopniu rzeczywiście było to z jego strony niedopatrzeniem, w każdym razie przez większą część filmu widzimy tego bohatera, jak ciągle naraża swoje życie, by ratować ludzi uwięzionych w budynku i służy swoją wiedzą strażakom. Innym dość pozytywnym przykładem jest postawa właściciela budynku. Człowiek ten wprawdzie przez swoją pychę, skutkującą odmową odwołania balu, przyczynia się do zwiększenia rozmiarów tragedii, jednakże, kiedy uświadamia sobie grozę sytuacji, również stara się zrobić, co w jego mocy, żeby ocalić jak największą liczbę ludzi. Nadto, mogąc ratować się wcześniej, postanawia opuścić budynek jako ostatni, dopiero kiedy inni wyjdą bezpiecznie.
W filmie tym poświęcone jest oczywiście dużo miejsca na pochwałę bohaterskiego ratowania życia bliźnim, szczególne jednak uznanie oddaje się tu pracy strażaków, o czym wprost jest już mowa w napisach początkowych. Jest to tym bardziej słuszne, że dobrze wykonywany zawód strażaka w szczególny sposób kojarzy się z wypełnianiem miłości bliźniego w praktyce i szczególnie trudnych okolicznościach.
Z innych zalet tego obrazu wymienić też można fakt, że niektóre z pokazanych w nim postaci w obliczu zagrożenia śmiercią dokonują pewnego rozrachunku swojego życia. W wyniku czego dochodzą nawet do wniosku, że pewne rzeczy, które czyniły były złe, a inne należałoby może przewartościować.
Jeśli chodzi o negatywne aspekty filmu, to dotyczą one wątków pobocznych. Mamy tu więc bezkrytycznie sugerowane (choć nie pokazane) współżycie niezaślubionych par. W przypadku pierwszej z par wszystko wskazuje na to, że są to osoby wolne, jeśli chodzi o drugą, to sytuacja przedstawia się jeszcze gorzej, gdyż para ta najwyraźniej ukrywa się przed światem, co sugeruje, że jedno z partnerów (lub oboje) ma jakiegoś współmałżonka, którego właśnie zdradza. Na domiar złego ten wątek jest dość wyraźnie romantyzowany, a nie potępiany przez twórców filmu. W obrazie tym zasadniczo nie ma nagości, nawet w przypadku wątku cudzołóstwa, postaci obojga płci są jednak w tych scenach dość nieskromnie ubrane (czy raczej rozebrane). Nieskromność ubioru występują też w scenach balowych, zwłaszcza ukochana architekta budynku nosi suknię, która miejscami więcej odsłania, niż zasłania. Pokazywane są tu też w pozytywnym kontekście namiętne pocałunki osób sobie niepoślubionych. Choć warto pochwalić film za to, że nie pokazuje intymnych zbliżeń między parami nawet przez krótką chwilę. Z wyraźnie złych rzeczy, które można tutaj zauważyć, trzeba też niestety wspomnieć o tym, że zostało w filmie użyte na daremno imię Boże.
Kończąc, warto też zwrócić uwagę na jeszcze jedną zaletę filmu, podkreślaną przez użyte w oryginalnym tytule słowo „inferno”, w dosłownym znaczeniu określające piekło. Oglądanie bowiem przez niemal trzy godziny ludzi w obliczu śmierci, otoczonych szalejącym ogniem, nawet u najbardziej sceptycznych widzów może budzić pewne skojarzenia i myśli. Krótko mówiąc, można ten obraz uznać za, raczej niezamierzoną przez twórców, ale jednak katechezę, o tym, że istnieje też rodzaj ognia dla zatwardziałych grzeszników, którego jednak nie da się ugasić.
Marzena Salwowska
/.../
Leave a Comment
Do typowego miasteczka na Dzikim Zachodzie przybywa łowca nagród, Morgan „Morg” Hickman, by zainkasować sporą sumę za przestępcę, którego ciało przywiózł ze sobą. Wypłata wymaga jednak dopełnienia pewnych formalności, co zmusza Hickmana do zatrzymania się na kilka dni w tymże miejscu. Ponieważ w hotelu nie jest mile widziany, zatrzymuje się w wolnym pokoju u Nony Mayfield, białej wdowy po Indianinie, która samotnie wychowuje syna. Podczas tego przymusowego postoju Morg zostaje wciągnięty w konflikt między miejscowym szeryfem, Benem Owensem, a żądnym władzy w miasteczku rewolwerowcem, Bartem Bogardusem. Jako były szeryf zgadza się on nauczać młodego stróża prawa, dzieląc się swoją wiedzą i doświadczeniem. Tymczasem w miasteczku dochodzi do bandyckiego napadu i dwóch mordów. Sytuacja ta okaże się prawdziwym chrztem bojowym dla Bena, który nie tylko będzie musiał ująć sprawców zbrodni, ale także powstrzymać wzburzonych mieszkańców miasteczka, którym przewodzi Bogardus, przed dokonaniem linczu.
Film ten pomimo upływu czasu i pewnej przewidywalności rozwoju akcji oraz wyborów, jakich dokonają poszczególni bohaterowie, zachowuje swoją świeżość i wciąż bardzo dobrze się ogląda. Jest to zasługą nie tylko niewątpliwych walorów artystycznych tej produkcji, ale też faktu, że film ten stara się przekazać widzom tylko to, co dobre, pożyteczne i budujące. Jest niezwykle klarowny i czysty w swoim moralnym przekazie i temu chyba zawdzięcza ciągłą świeżość.
Ażeby jednak nie opowiadać zbyt wiele widzom, którzy jeszcze nie zetknęli się z tym westernem, wspomnę tylko o kilku mocno tutaj wyeksponowanych wartościach. Mamy tu więc przede wszystkim zarysowany ideał szeryfa – stróża prawa. Ideał ten wyłania się ciekawie z wzajemnych relacji i różnicy poglądów pomiędzy idealistycznym nowicjuszem a jego bardziej pragmatycznym, doświadczonym i pozornie cynicznym mentorem. I tak na przykład pokazane jest, że szeryf nie powinien być skory do używania przemocy, ale kiedy jest to niezbędne, nie powinien się wahać, by sięgnąć za broń. Zresztą jeśli chodzi o pokazanie właściwego sposobu stosowania przemocy przez stróżów prawa, to film ten jest wręcz wzorcowy. Zakłada się użycie jej wobec przestępców, wyłącznie w granicach prawa, spór występuje tylko na polu, czy w ogóle należy i, jeśli tak, to jak dalece można ryzykować własnym życiem po to, by pojmać stawiającego zbrojny opór bandytę żywcem. Wyraźnie też zostały tu zakreślone granice pomiędzy uprawnionym użyciem siły a samosądem, przy czym to drugie jest jasno potępione. Zwraca się uwagę, że lincze są złe między innymi dlatego, że kierują społeczność na drogę zdziczenia i nienawiści, a także pozbawiając przestępców sprawiedliwego procesu, mogą prowadzić do zastosowania „kary śmierci” niezależnie od stopnia winy poszczególnych sprawców.
Film ten w dużym stopniu opowiada też o tym, jak ważne jest podejmowanie obowiązków przez młodych ludzi i dorastanie przez nich do swojego powołania.
Mamy tutaj też na przykładzie niektórych szanowanych obywateli miasteczka potępiony pewien rodzaj faryzeizmu. Otóż owi miejscowi notable jawnie pokazują swoją pogardę wobec łowcy nagród, z którego usług jednak chętnie korzystają. Mimo że działa on w sposób uczciwy i praworządny wykonując bardzo ryzykowną pracę pogardzany jest jako człowiek od „brudnej roboty”, którą inni nie chcą pobrudzić sobie czystych dłoni, jednocześnie zakładając, że musi być ona, tak czy inaczej wykonana. Z ostracyzmem ze strony społeczności miasteczka spotyka się też wdowa po pewnym Indianinie, również jej syn z powodu mieszanego pochodzenia spotyka się z nieprzyjemnościami. Film ten bardzo wyraźnie piętnuje rasizm. Do tego stopnia, że dziś to może nawet trochę drażnić przez skojarzenia z polityczną poprawnością, gdyż, choć słusznie się tu krytykuję postawę wrogości czy wręcz nienawiści wobec Indian, to już w ogóle nie mówi się o tym, że lęk przed nimi nie wziął się u osadników znikąd. Jednakże jak na rok 1957 tego rodzaju podejście było chyba uzasadnione i dość śmiałe, zwłaszcza wątek małżeństwa białej kobiety z Indianinem, który w ogóle można odczytać jako słusznie krytyczny wobec utrudniania małżeństw pomiędzy różnymi rasami.
Jak już wcześniej wspomniałam film ten oferuje widzowi masę pozytywnych treści (poza tu wymienionymi), których dokładne czy chociażby krótkie omówienie nie byłoby możliwe bez zdradzania szczegółów scenariusza. Dlatego zdecydowanie zachęcam do jego obejrzenia.
Marzena Salwowska
/.../
Leave a Comment
Trwa zimna wojna. Amerykański generał Jack Ripper niespodziewanie postanawia przekształcić ją w krwawy konflikt między USA a ZSRR i jego satelitami. Samowolnie wydaje rozkaz lotniczego ataku na Sowietów, licząc że zagrożonym ich zemstą Amerykanom nie pozostanie nic innego jak tylko stanąć do walki. Z załogami wysłanych do boju samolotów nie można się skontaktować, gdyż wymaga to znajomości specjalnego kodu, który zna Ripper, a ten jest nieosiągalny, ukrył się bowiem w swej bazie, z której odpiera ataki rządowych wojsk, chcących go zmusić do posłuszeństwa. Towarzyszący mu pułkownik Lionel Mandrake usiłuje przekonać go do zmiany zdania. Tymczasem wychodzi na jaw, że Sowieci zbudowali potężną maszynę zagłady, która po wykrytym ataku ma się uruchomić automatycznie, niszcząc cały świat.
Ta czarna komedia zdążyła się już, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, doczekać statusu „kultowej”, jest wymieniana na różnych listach najlepszych filmów w historii i uważana za jedną z trafniejszych politycznych satyr. Istotnie ciężko nie docenić jej świetnego, pełnego ciekawych i zabawnych dialogów, scenariusza, w którym zachowano idealną wręcz równowagę między stale rosnącym napięciem a niewymuszonym humorem sytuacyjnym, który, nie rozładowując tego pierwszego i nie przesłaniając wagi podejmowanych przez bohaterów decyzji, jednocześnie śmieszy i pozwala się zrelaksować. Nie sposób też nie wyrazić uznania dla gry aktorów wydających się licytować o to, który zagra lepiej, na czele z Peterem Sellersem, grającym tu w różnych charakteryzacjach aż trzy zapadające w pamięć role (włącznie z tytułową). Wreszcie pochwalić trzeba pieczołowitość, z jaką (dysponując bardzo skąpymi danymi) ekipa filmowa odtworzyła sale narad polityków i wojskowych oraz wnętrze wojskowego samolotu do tego stopnia wiernie, iż zaczęto ją (jak się okazało bezpodstawnie) oskarżać o nielegalne pozyskiwanie informacji.
Jeśli idzie o moralny i światopoglądowy wydźwięk filmu, trzeba przyznać, iż stanowić on może ciekawy głos w dyskusji na temat tak realiów zimnej wojny, jak i pewnych ogólnych prawidłowości w stosunkach międzynarodowych. Nie będąc jakąś pacyfistyczną propagandą, stawia on pod wielkim znakiem zapytania skrajny militaryzm. Choć bowiem z pewnością nie można rzec, że prewencyjne odstraszanie przeciwników za pomocą siły militarnej jest czymś wewnętrznie złym, to warto uważać, by nie popaść przy tym w przesadę, przekonująco odmalowaną w omawianym dziele w celu ostrzeżenia widzów. Prowadzenie zbyt intensywnego wyścigu zbrojeń ukazane jest tu jako, często motywowane jedynie obsesyjnym strachem, podążanie drogą na manowce. Doprowadza ono do stworzenia broni, której niebezpieczeństwo daleko przewyższa wszelkie zagrożenia widziane przez ludzkość, czyli wspomnianej radzieckiej maszyny zagłady. O jej powstaniu zadecydowano wyłącznie na podstawie pogłosek o tym, iż Amerykanie budują podobną broń, czyli innymi słowy w imię ochrony przed zagrożeniem wyimaginowanym stworzono realne. Widać tu też, iż podobne przesadne zbrojenie się uruchamia błędne koło – dowiedziawszy się o owej broni Rosjan, amerykański generał Turgidson wyraża pragnienie posiadania podobnej (co jak można się domyślać sprowokowałoby przeciwnika do dalszego gromadzenia środków zagłady itd.). Twórcy sceptycznie odnieśli się do prób bronienia takich postaw, na czele z tzw. doktryną wzajemnego zagwarantowanego zniszczenia, z pozoru bardzo racjonalną. Doktryna ta, popularna zwłaszcza w czasach powstawania filmu, mówiła, iż najlepszą (o ile nie jedyną) drogą do osiągnięcia pokoju na świecie jest zbudowanie tak wielkiego arsenału broni masowego rażenia, że w razie konfliktu obie strony (a może i cały świat) ulegną zagładzie wskutek jej użycia. Miało to odstraszać myślące racjonalnie rządy mocarstw przed rzucaniem się sobie do gardeł. Jak widać w omawianym filmie, myślenie takie ignoruje fakt, iż zawieść może czynnik ludzki (nie każdy działa racjonalnie i myśli o przyszłości ludzkości), jak również technika (której pewne cechy, nawet te uważane za największe zalety, mogą w krytycznym momencie okazać się zgubne). Generał Ripper bowiem nie kieruje się zdrowym „instynktem przetrwania”, lecz chcąc sobie zrekompensować niepowodzenia w życiu seksualnym wierzy w teorie spiskowe mówiące, iż za brak ejakulacji odpowiadają komuniści zatruwający wodę i żywność (co jest nawiązaniem do faktycznie pojawiających się kiedyś plotek) i tak zmotywowany wszczyna wojnę z Sowietami, będącą w zasadzie jego osobistą „foliarską” wendettą. Z kolei Sowieci zawodzą, przekładając ogłoszenie powstania swej broni do czasu nadchodzącego zjazdu Partii, na którym chcą zrobić niespodziankę swemu premierowi, przez co pozbawiają maszynę zagłady wszelkiego pożądanego odstraszającego działania, ośmielają atakujących Amerykanów i doprowadzają do tego, że ci „nacinają się” niespodziewanie na ich zasadzkę. Gwoździem do trumny okazuje się zaś sposób działania wspomnianej maszyny, całkowicie z kolei pozbawiony ludzkiej kontroli (przez co miała być ona bardziej „bezwzględna”), który pozbawia świat szans na uniknięcie kompletnego zniszczenia nawet w sytuacji, gdy zwaśnione strony dogadują się i próbują zapobiec katastrofie. Tak oto obnażona zostaje marność ludzkich wysiłków dążących do zapewnienia pokoju wyłącznie poprzez polityczny realizm i powiększanie swej wojskowej siły, co wydaje się potwierdzać biblijne ostrzeżenia, by nie polegać na swym rozsądku (patrz: Prz 3, 5-6) i nie pokładać ufności w potędze militarnej (patrz: Ps 33).
Warto też zwrócić uwagę na takie pozytywy owej produkcji jak dość nieprzychylne i szydercze ukazanie wyrachowania posuwającego się do używania wewnętrznie złych środków w służbie narodowi, głównie na przykładzie generała Turgidsona, dla którego nie stanowi problemu potencjalna zagłada ok. 20 mln ludzi, w domyśle także niewinnych cywilów, jeśli tylko pozwala ona na uratowanie 150 mln. Film robi też wyraźne i cenne przytyki pod adresem amerykańskich władz, które wzięły pod swe skrzydła i ochroniły przed karą wielu zasłużonych dla nazizmu naukowców, po to by skorzystać z ich wiedzy, co jawi się jako niesprawiedliwość, a może nawet pozostawienie korzenia, z którego ta ideologia w sprzyjających warunkach może odrosnąć. Reprezentantem tej grupy naukowców jest właśnie doktor ukrywający się pod nazwiskiem Strangelove, doradca prezydenta USA, ewidentnie nie mogący się rozstać z przeszłością (np. nazywa głowę państwa Fuhrerem) i proponujący mu, by wobec garstki ocaleńców wdrożyć eugeniczne, przywodzące na myśl znane z III Rzeszy, metody. Z kolei, co trzeba docenić, najbardziej przychylnie przedstawioną postacią, jaśniejącym przykładem cnót, wydaje się w tym dziele być pułkownik Mandrake, wykazujący się rozwagą, odpowiedzialnością, łagodnością, ale i wielką determinacją, by odwieść Rippera od ataku na ZSRR i ocalić w ten sposób świat.
Jeśli chodzi o wątpliwe elementy tego filmu, to należy tu wymienić pewne raczej nieskromne jego elementy, takie jak ukazanie przez chwilę żołnierza przeglądającego „Playboya” (wraz z zawartością tej gazety), zbyt długie ujęcie kobiety w samej bieliźnie oraz kilka wypowiedzi zawierających (dość jednak oględne) seksualne aluzje. Jakby się ktoś uparł może też temu dziełu nadawać na siłę wymowę pacyfistyczną (w potępionym znaczeniu), ale będzie to raczej myślenie życzeniowe, zwłaszcza, że sam Kubrick skrajnym pacyfistą (odrzucającym wojnę jako taką) nie był.
Wobec powyższego zachęcam do (nieco ostrożnego) obejrzenia tego filmu, który choć za oceanem jest niezwykle ceniony, u nas ciągle pozostaje trochę zapomnianym klasykiem kina.
Michał Jedynak
/.../
Leave a Comment
Po śmierci jednego z senatorów jego koledzy partyjni gorączkowo poszukują odpowiedniego kandydata, który zajmie wolne miejsce w parlamencie. Nie jest to łatwe zadanie, ponieważ musi to być człowiek, który da im się łatwo manipulować, a zarazem cieszy się społeczną sympatią i nie sprawia wrażenia marionetki. Wybór pada na młodego instruktora harcerskiego z prowincji – Jeffersona Smitha. Zdaje się on idealny do tej roli – miły, prostoduszny, obdarzony dobrą aparycją, „zakochany” w amerykańskiej demokracji, owiany już sławą lokalnego bohatera i co najważniejsze zupełnie nieświadomy prawdziwej roli, jaką ma odegrać. W zamiarach swoich prawdziwych mocodawców ma stać się on częścią demokratycznej fasady, za którą skrywają się brudne interesy multimilionera Jima Taylora. Kiedy jednak nieświadomy gry nowy senator zgłasza projekt ustawy, który koliduje z interesami Taylora i mimo ostrzeżeń nie chce się z niego wycofać, cała machina polityczno-biznesowa kieruje się przeciw niemu. Po stronie Smitha staje tylko Clarissa Saunders, młoda, ale dobrze znająca kulisy polityki, sekretarka …
Ten piękny film Franka Capry, mimo że dzieje się w świecie amerykańskiej polityki okresu tuż przed II wojną światową, pozostaje ponadczasowy i uniwersalny. Jest to w dużej mierze zasługą tego, że reżyser świadomie unika aluzji do konkretnych polityków czy partii w tym dziele. Nie da się więc powiedzieć np. z całą pewnością, która z amerykańskich partii została tu odmalowana jako przeżarta korupcją, lub które konkretnie gazety są na usługach Taylora. Choć film unika partyjniactwa, to jednak pozostaje filmem o polityce i jako taki prezentuje też pewien „pomysł” na tę dziedzinę życia. Receptą na kryzys państwa i jego struktur demokratycznych jest tutaj wewnętrzna czystość i zewnętrzna niezłomność ludzi dobrej woli. Wyraźnie zaakcentowana jest tu też potrzeba oddolnego organizowania się i wspierania się takich ludzi, by w razie potrzeby walczyć z rozplenionym na szczytach władzy złem. Walka ta jednak ma przebiegać uczciwie, z poszanowaniem prawa i ustroju.
Sam główny bohater jest oczywiście pewnym wzorcem idealnego polityka i wskazaniem, jakich ludzi powinniśmy obierać na swoich przedstawicieli w parlamencie. Jego kandydatura nieprzypadkowo zostaje jakby wytypowana przez dzieci, których ziemskim ojcem jest skorumpowany polityk. Jest to oczywiście nawiązanie do słów Chrystusa, który stawiał dzieci jako wzór właściwie pojętej niewinności i prostoty, a także zaufania Bogu Ojcu (por. Mt 18, 1-4). Dzieci bowiem dokonując tu wyboru nie kierują się żadnym interesem, a jedynie „moralną oceną kandydata”, którego postawa i dotychczasowe czyny są im dobrze znane. W ten sposób dzieci w swojej prostocie spełniają wolę Boga, który najwyraźniej pragnie pomóc ludziom przerwać spiralę zła i naprawić sytuację. To, że w filmie kandydata wskazują dzieci, oczywiście nie oznacza, że jego twórcy dosłownie postulują ten sposób dokonywania wyborów. Chodzi tu raczej o to, że w swoich decyzjach, także, a może zwłaszcza politycznych, mamy być niewinni, prości i otwarci na wolę Ojca jak dzieci. O to żebyśmy nigdy nie postrzegali polityki jako sfery wyłączonej spoza moralnej oceny. Byśmy wreszcie zawsze wyżej cenili człowieka prawego, uczciwego, kierującego się szlachetnymi ideałami od kogoś, kto ma wprawdzie dużo politycznego sprytu i doświadczenia, ale brak mu moralnych kwalifikacji. Z drugiej strony nie oznacza to też zachęty do wybierania ludzi wprawdzie dobrych i szlachetnych, ale takich, którym brak np. intelektualnych zdolności do sprawowania władzy. Główny bohater filmu jest wprawdzie naiwnym idealistą, bez większego doświadczenia politycznego, jednakże jest już człowiekiem dobrze sprawdzonym w lokalnej działalności, nie brakuje mu też inteligencji, elokwencji i niezbędnego wykształcenia, by podjąć się tego zadania. Wskazanie jest więc jasne – spośród ludzi, którzy mają ku temu predyspozycje intelektualne i osobowościowe, powinniśmy w ramach demokracji dla własnego i ogólnego dobra wybierać ludzi, o jak najwyższym poziomie moralnym.
Innym istotnym dla postulowanej tu odnowy moralnej polityki wątkiem jest przeciwstawienie prowincja – wielkie miasta. Wypada ono oczywiście na korzyść prowincji, której mieszkańcy (można powiedzieć statystycznie rzec biorąc) chętniej zachowują chrześcijańskie wartości i sposób bycia, są bardziej życzliwi, patriotyczni, skłonni do działania na rzecz wspólnego dobra, mniej egocentryczni, pyszni, zadufani i zepsuci niż mieszkańcy wielkich miast. Choć z drugiej strony docenia się tu też piękno, rozmach i splendor Waszyngtonu, które to cechy jakby uzasadniają potrzebę istnienia takich metropolii. Monumentalność Waszyngtonu wyraża bowiem nie tylko fizyczną potęgę i siłę kraju, ale także trwałość wartości, na jakich został on zbudowany i siłę jego ducha.
Jednym z dominujących elementów tego obrazu jest też oczywiście podziw czy wręcz uwielbienie reżysera dla amerykańskiej demokracji. Momentami może to być wręcz śmieszne czy irytujące jak zachwyt nad wzorowanym na Zeusie olimpijskim posągiem Lincolna w Waszyngtonie, umieszczonym w budowli, która odtwarza kształt pogańskiej świątyni. Czasem można tu mieć wrażenie, że stosunek reżysera do amerykańskiej demokracji ociera się o kultowy i że zastąpienie demokracji jakimkolwiek innym ustrojem, uznałby on za zło moralne samo w sobie. Ten element jednak łagodzi świadomość, że demokracja, jaką wielbi tu Frank Capra, nie jest tu jakąś demokracją liberalną czy laicką, ale jest to ustrój wyraźnie oparty na chrześcijańskich wartościach i śmiało się do nich odwołujący. Słowo Boże czyli Biblia nie jest tu przywoływane tylko ogólnikowo, ale jest też w konkretnych dyskusjach politycznych, główny bohater czyta również Pismo św. w kongresie, a normalną praktyką jest modlitwa senatorów w tym miejscu. Tak że demokracja, którą tak ceni Frank Capra nie jest jakimś obojętnym religijnie tworem, ale ustrojem opartym i wprost odwołującym się do tradycyjnie chrześcijańskich wartości oraz wiary. Reżyser podkreśla też pozytywnie pewne cechy specyficzne cechy tego ustroju, które sprzyjają zachowaniu chrześcijańskiego ładu społecznego. A jest to chociażby ograniczenie pychy rządzących, podkreślenie służebnej funkcji władzy, współodpowiedzialność wszystkich obywateli za losy kraju, czy wreszcie pewna zdolność do oczyszczania systemu z narosłego zła za pomocą demokratycznych procedur i prawa.
Żeby już bardziej nie przedłużać, to warto tylko zasygnalizować jeszcze trzy spośród licznych zalet tego filmu. Pierwsza to pozytywna przemiana jednego z kluczowych polityków tutaj pokazanych. Jest to ciekawa postać – mężczyzna, który w młodości sam był szlachetnych idealistą i co ciekawe nadal za takiego uchodzi, choć od dawna jest skorumpowany. Na pewnym etapie posuwa się on nawet do oszczerstw wobec głównego bohatera, jednakże pod wpływem jego niezłomnej postawy, najpierw przechodzi załamanie, potem skruchę i wreszcie wraca na właściwe tory. Druga z tych zalet to ciekawa postać kobieca, która nie jest tylko ładną dekoracją dla „męskiej historii”. Jest to oczywiście panna Clarissa Saunders, sekretarka senatora Smitha, bez której zapewne zagubiłby się on jako nowicjusz w świecie wielkiej polityki. Trzeci punkt, na który wreszcie warto zwrócić pozytywną uwagę to podkreślenie znaczenia wolnej prasy, której zadaniem jest patrzeć na ręce polityków, a także szukać i opisywać prawdę o ich poczynaniach. Tej roli prasy z początku nie rozumie główny bohater, który czuje się znieważony, kiedy nazywany jest przez dziennikarzy marionetką czy wręcz pajacem, jednak to właśnie prasa otwiera mu oczy na to, że właśnie taka rola została mu wyznaczona przez liderów partii.
Podsumowując polecamy ten film jako ciągle aktualne wezwanie do moralnej odnowy nie tylko w życiu prywatnym ale też politycznym.
Marzena Salwowska
/.../
Leave a Comment
Miła i naiwna Amerykanka, sierota, pracująca jako dama do towarzystwa (we właściwym tego słowa znaczeniu) przybywa ze swoją chlebodawczynią do Monte Carlo. Tu szybko wpada w oko młodemu wdowcowi Maximowi de Winter. Zakochuje się też w nim, z wzajemnością. Para, naglona groźbą powrotu dziewczyny do USA, decyduje się wkrótce na szybki ślub. Kiedy jednak po miesiącu miodowym nowożeńcy osiedlają się w imponującej posiadłości rodu de Winter, nowa pani de Winter szybko przekonuje się, że w prawdziwym życiu nie tak łatwo przeobrazić się z Kopciuszka w księżniczkę. Otoczenie męża cały czas bowiem zdaje się ją porównywać z tragicznie zmarłą pierwszą panią de Winter, kobietą światową, słynącą z niezwykłej urody, charyzmy i siły charakteru. Zwłaszcza zarządczyni rezydencji, pani Danvers, która obsesyjnie pielęgnuje w niej pamięć o Rebece, daje do zrozumienia nowej pani de Winter, że nie może się równać z pierwszą panią de Winter i nie jest godna, by nosić to samo nazwisko co uwielbiana Rebeka. Wydaje się, że w posiadłości i sercu Maxima też wciąż niepodzielnie króluje Rebeka, a nowa żona nie ma nawet własnego imienia …
Film ten to oczywiście remake klasycznego już dzieła pod tym samym tytułem (z 1940) w reżyserii mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka. Niestety okazał się to remake nie tylko zbędny, ale nadto szkodliwy. Chociaż bowiem do pierwowzoru też można mieć pewne mniej lub bardziej poważne zastrzeżenia, to tenże remake psuje moralnie oryginał, poprzez niby niewielkie, ale znaczące zmiany w kluczowych scenach. Najistotniejszą z takich negatywnych przeróbek jest (dalej celowy spoiler) zmiana okoliczności śmierci Rebeki. W wersji Hitchcocka był to nieszczęśliwy wypadek, tu pan de Winter w afekcie strzela do swojej żony. W obu wersjach później zatapia łódź z ciałem Rebeki, obawiając się oskarżenia o morderstwo i później mataczy w śledztwie. W pierwszym przypadku jednak, chociaż postępuje źle kłamiąc i matacząc, to jego motywem jest uniknięcie niesłusznego oskarżenia o morderstwo. W przypadku zaś omawianego filmu pan de Winter mataczy w sprawie śmierci żony po to, aby uniknąć słusznego oskarżenia i skazania za morderstwo. Tej wielkiej różnicy zdają się jednak nie dostrzegać twórcy filmu i równie łatwo zdejmują odpowiedzialność moralną z tej postaci co Hitchcock, chociaż udział pana de Winter w śmierci żony jest tu znacznie większy. W związku z tym zmienić się musi też postać drugiej pani de Winter. Postać ta nie może już zachować swojej szlachetności, gdyż teraz świadomie osłania mordercę. W pierwszej wersji wprawdzie postępowała niewłaściwie akceptując jego kłamstwa i namawiając do kolejnych (co zresztą odniosło skutek przeciwny do spodziewanego i niemal nie pogrążyło Maxima), ale przynajmniej chciała w ten sposób chronić męża przed niesłusznym skazaniem za morderstwo. Taka zmiana scenariusza sama w sobie nie byłaby jeszcze czymś złym, gdyby nie to, że postępowanie pary głównych bohaterów jest tutaj nadal pokazywane z sympatią. Twórcy filmu zdają się nie widzieć różnicy pomiędzy śmiercią Rebeki w wypadku a zastrzeleniem (w domniemaniu brzemiennej) cudzołożnej żony przez męża. „Szczęśliwym zakończeniem” jest tu fakt, że w końcu kłamstwa oraz intrygi się opłacają i wszystko uchodzi zakochanym na sucho. Nadto postawa drugiej pani de Winter jest wyraźnie pochwalona na końcu jako działanie w imię miłości.
Innym minusem tego filmu jest dodanie do wątku romansowego pewnych elementów lubieżności. Chodzi o bardzo namiętne uściski zakochanej pary (być może też coś więcej, jak zdaje się sugerować kamera) przed ślubem. W pierwszej wersji „Rebeki” oczywiście nie było tego wątku i scena ta nadto zupełnie nie pasuje do zachowania niewinnej panny z lat 30-tych ubiegłego wieku.
Gwoli sprawiedliwości film ten zachowuje też pewne zalety oryginału. Jest to między innymi postawienie dobroci, skromności i łagodności kobiecej ponad zalety ciała, światowe obycie, pozycję społeczną czy umiejętność wzbudzania zachwytu otoczenia. Nadto na przykładzie pierwszej pani de Winter jest tu podkreślenie biblijnej prawdy o tym, że „[Czym] w ryju świni złota obrączka, [tym] piękna kobieta, ale bez rozsądku” (Przys 11.22). I że taka kobieta prędzej czy później będzie tylko utrapieniem dla swego męża.
Osobom zainteresowanym historią Rebeki polecam zatem rezygnację z powyżej opisanego filmu i sięgnięcie raczej po oryginał z 1940 roku.
Marzena Salwowska
/.../
Leave a Comment
Film ten został poświęcony pilotowi linii lotniczych kapitanowi Chesleyowi „Sully’emu” Sullenbergowi, który w dniu 15 stycznia 2009 roku, razem ze swym zastępcą, dokonał awaryjnego lądowania kierowanego przez siebie samolotu na rzece Huston. Mimo tych bardzo niesprzyjających warunków, lądowanie to skończyło się szczęśliwie dla wszystkich 175 pasażerów samolotu (nikt z nich nie zginął ani nie odniósł poważnych obrażeń). Kapitan Sullenberg wraz ze swym zastępcą został jednak poddany rządowemu śledztwu, które mogło zniszczyć jego zawodową karierę.
Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej możemy śmiało pochwalić ten film, gdyż przedstawia on takie budujące postawy moralne jak: miłość do własnej rodziny, prawdomówność, rzetelne wykonywanie własnych obowiązków oraz gotowość do poniesienia odpowiedzialności za własne czyny. Innymi słowy, „de facto” obraz ten w życzliwy sposób prezentuje niektóre z tradycyjnych cnót chrześcijańskich. Poza tym nie ma tutaj scen seksu, obsceniczności, eksponowania nieskromności, a także nadmiernej przemocy. Są w tym filmie także raczej przychylne (a na pewno nie sceptyczne czy krytyczne) odniesienia do wiary w Boga i modlitwy.
To do czego można mieć zaś pewną wątpliwość to około 20 wulgaryzmów, które twórcy filmu postanowili w nim umieścić, jednak okoliczność ta nie przekreśla pozytywnej wartości wskazanych przez nas wyżej elementów owej produkcji.
Mirosław Salwowski
/.../
Leave a Comment
Film jest ekranizacją bestsellerowej powieści o tym samym tytule, zrealizowaną przez jej samego autora – Donato Carrisi, który nie tylko napisał scenariusz filmu, ale też go wyreżyserował. W małej, trochę odciętej od świata górskiej miejscowości na północy Włoch ginie bez śladu szesnastoletnia dziewczyna. Nic nie wskazuje na to, by nastolatka uciekła z domu, dlatego przybyły na miejsce znany i doświadczony detektyw Vogel od razu zakłada, że została ona porwana i najprawdopodobniej zamordowana. Pozostaje więc pytanie, kto i dlaczego dopuścił się tego czynu i czy dosięgnie go/ją ręka sprawiedliwości?
Film ten pochwalić można za pewną powściągliwość w przedstawianiu historii kryminalnej. Nie ma tu jakiegoś epatowania szczegółami zbrodni. Mimo że twórcy filmu nie używają drastycznych środków, żeby przyciągnąć uwagę widza, to jest on i tak ciekawy dzięki samej intrydze i klimatowi.
Pewnym miłym zaskoczeniem jest też nieosądzający, a nawet dość ciepły sposób przedstawienia rodziny i otoczenia zaginionej dziewczyny, które należą do tzw. bractwa. Czym jest konkretnie to bractwo, nie dowiemy się niestety z samego filmu. Widzimy jedynie, że jego członkowie noszą duże lecz skromne krzyże. Słyszymy nadto, że są kreacjonistami, antyaborcjonistami, nie lubią, jak ich dzieci spędzają za dużo czasu w Internecie i nie tolerują sodomii (czy inaczej mówiąc „gejostwa”). Wobec tak ortodoksyjnego zestawu chrześcijańskich przekonań można było mieć uzasadnione obawy, że środowisko to zostanie wyszydzone bądź będzie demonizowane. Jednakże nic takiego nie ma miejsca w filmie (jak ma się ta sprawa w książkowym pierwowzorze, niestety nie wiem).
Najistotniejszą jednak zaletą filmu jest dość negatywne pokazanie niewłaściwości nieuczciwych metod, po jakie sięga detektyw Vogel, by ująć przestępcę. Można powiedzieć, że nawet kiedy ma on racje, to i tak się myli, gdyż dobry cel nie tylko nie uświęca środków, gdyż te złe środki powodują, że chybia on właściwego celu. W postaci detektywa Vogla i pewnej dziennikarki napiętnowane też niejako zostało zbytnie gonienie za zaszczytami i sławą (nawet zasłużoną). Czynienie „cyrku medialnego” z ludzkiej tragedii niewątpliwie jest tu pokazane jako coś nagannego. Przy wszystkich jednakże wadach detektywa, postać ta nie jest do końca negatywna, a jego działania nie wypływają jedynie z czystej próżności, lecz możemy się domyślać również szlachetniejszych pobudek, które nim kierują.
Jeśli chodzi o bardziej wątpliwą stronę filmu, to wydaje się nią nadmierny pesymizm. Wobec ciężkiego tematu, przytłaczającej atmosfery i stylu skandynawskiego noir (choć rzecz dzieje się we Włoszech) odczuwa się tutaj jednak nieprzyjemnie brak bardziej pozytywnego zakończenia. Chociaż w prawdziwym życiu zdarza się również, że wielcy zbrodniarze uchodzą kary (oczywiście mamy na myśli kary doczesne), to nie jest zbyt korzystne moralnie, kiedy po obejrzeniu filmu widz zostaje ze zbyt mocnym wrażeniem, że największe zło w tej historii jakoś zatryumfowało. I przez ten właśnie końcowy akcent filmu obniżamy jego ocenę.
Marzena Salwowska
/.../