Tag Archive: filmy o płonących wieżowcach

  1. Płonący wieżowiec

    Leave a Comment W San Francisco trwają właśnie przygotowania do uroczystego otwarcia najwyższego budynku na świecie, tak zwanej Szklanej Wieży. Z tej okazji na 135 piętrze tego drapacza chmur ma się odbyć bal z udziałem wielu znamienitych gości. Na imprezie bawić się zamierzają między innymi sam architekt Wieży – Doug Roberts, wraz z niewiastą, którą pragnąłby poślubić oraz właściciel budynku razem ze swą córką i zięciem. Tymczasem podczas pierwszych testów dochodzi do spięcia przewodów elektrycznych. W sumie dość szybko udaje się ustalić przyczynę tego problemu – Roberts odkrywa, że zamiast kabli, które miały być użyte zgodnie z jego wymaganiami, zastosowano w instalacji tańsze zamienniki. Architekt uważa, że taka zmiana, przy tego rodzaju konstrukcji może doprowadzić nawet do pożaru i nalega na właściciela budynku, żeby przełożył otwarcie. Ten jednak odmawia. Szklana Wieża staje się zatem dla zgromadzonych gości śmiertelną pułapką, z której ocalić będą próbować ich strażacy na czele ze swoim komendantem, wspierani przez architekta budynku. Film ten wytrzymuje próbę czasu i wiele jego scen może robić wrażenie i dziś. Akcja jest wciągająca, zwłaszcza że twórcy tej katastroficznej opowieści nie traktują swoich bohaterów jak marionetki, które są tu tylko po to, by ginąć od ognia, czy w jakiś inny efektowny sposób. Pierwszą więc rzeczą, za jaką można pochwalić ten film, jest taki sposób prowadzenia narracji, by widz współczuł bohaterom i żywił nadzieję, że ocaleją. Warto to docenić, gdyż przyjazne nastawienie wobec ofiar i budowanie u widzów empatii wcale nie jest we współczesnym kinie oczywiste. Obraz ten słusznie również piętnuje chciwość i ludzką pychę, które często stoją za tego rodzaju katastrofami. Zwłaszcza to pierwsze jest tutaj uwypuklone, przywodząc na myśl stwierdzenie Pisma świętego, iż korzeniem wszelkiego zła jest miłość pieniędzy (1 Tm 6, 10). Widzimy to zwłaszcza na przykładzie zięcia właściciela Szklanej Wieży, Rogera Simmonsa, który instaluje w budynku gorsze niż zalecał architekt, ale tańsze kable, dzięki czemu zarabia dodatkowo na łapówkach oraz oszczędza budżet inwestycji. Jako że te tańsze materiały i tak spełniają obowiązujące normy budowlane, a oszczędności cieszyły wymagającego teścia, Simmons twierdzi, że nie ma sobie nic do zarzucenia. Jeśli chodzi o pychę, to można mówić o czymś takim, co od czasów Wieży Babel skłania ludzkość do przeceniania swoich aktualnych możliwości. A co za tym idzie wznoszenia jak największych i najokazalszych budowli, właściwie dla popisu, gdy mniejsze, ale za to pewniejsze konstrukcje, równie dobrze spełniałyby te same praktyczne i estetyczne funkcje. Chodzi o ten rodzaj pychy, który każe nam wierzyć, że człowiek jest w stanie stworzyć coś naprawdę niezniszczalnego, na przykład statek, którego „sam Chrystus nie zatopi”. Inną ważną zaletą filmu, właściwie wybijającą się w nim na pierwszy plan, jest podkreślanie, jak ważne jest (zwłaszcza w przypadku mężczyzn) branie odpowiedzialności za własne czyny i dzieła. Brak podjęcia takiej odpowiedzialności zostaje tu nawet wyraźnie ukarany. Z pozytywnych przykładów zaś na pierwszy plan wysuwa się oczywiście postawa architekta budynku – Douga Robertsa. Mężczyzna ten, chociaż mógłby czuć się zwolniony z odpowiedzialności, gdyż przy budowie zignorowano jego zalecenia co do instalacji elektrycznej, uznaje się sam za winnego, gdyż wcześniej nie zainteresował się, czy nie dochodzi przy budowie do takich nieprawidłowości. Trudno powiedzieć, w jakim stopniu rzeczywiście było to z jego strony niedopatrzeniem, w każdym razie przez większą część filmu widzimy tego bohatera, jak ciągle naraża swoje życie, by ratować ludzi uwięzionych w budynku i służy swoją wiedzą strażakom. Innym dość pozytywnym przykładem jest postawa właściciela budynku. Człowiek ten wprawdzie przez swoją pychę, skutkującą odmową odwołania balu, przyczynia się do zwiększenia rozmiarów tragedii, jednakże, kiedy uświadamia sobie grozę sytuacji, również stara się zrobić, co w jego mocy, żeby ocalić jak największą liczbę ludzi. Nadto, mogąc ratować się wcześniej, postanawia opuścić budynek jako ostatni, dopiero kiedy inni wyjdą bezpiecznie. W filmie tym poświęcone jest oczywiście dużo miejsca na pochwałę bohaterskiego ratowania życia bliźnim, szczególne jednak uznanie oddaje się tu pracy strażaków, o czym wprost jest już mowa w napisach początkowych. Jest to tym bardziej słuszne, że dobrze wykonywany zawód strażaka w szczególny sposób kojarzy się z wypełnianiem miłości bliźniego w praktyce i szczególnie trudnych okolicznościach. Z innych zalet tego obrazu wymienić też można fakt, że niektóre z pokazanych w nim postaci w obliczu zagrożenia śmiercią dokonują pewnego rozrachunku swojego życia. W wyniku czego dochodzą nawet do wniosku, że pewne rzeczy, które czyniły były złe, a inne należałoby może przewartościować. Jeśli chodzi o negatywne aspekty filmu, to dotyczą one wątków pobocznych. Mamy tu więc bezkrytycznie sugerowane (choć nie pokazane) współżycie niezaślubionych par. W przypadku pierwszej z par wszystko wskazuje na to, że są to osoby wolne, jeśli chodzi o drugą, to sytuacja przedstawia się jeszcze gorzej, gdyż para ta najwyraźniej ukrywa się przed światem, co sugeruje, że jedno z partnerów (lub oboje) ma jakiegoś współmałżonka, którego właśnie zdradza. Na domiar złego ten wątek jest dość wyraźnie romantyzowany, a nie potępiany przez twórców filmu. W obrazie tym zasadniczo nie ma nagości, nawet w przypadku wątku cudzołóstwa, postaci obojga płci są jednak w tych scenach dość nieskromnie ubrane (czy raczej rozebrane). Nieskromność ubioru występują też w scenach balowych, zwłaszcza ukochana architekta budynku nosi suknię, która miejscami więcej odsłania, niż zasłania. Pokazywane są tu też w pozytywnym kontekście namiętne pocałunki osób sobie niepoślubionych. Choć warto pochwalić film za to, że nie pokazuje intymnych zbliżeń między parami nawet przez krótką chwilę. Z wyraźnie złych rzeczy, które można tutaj zauważyć, trzeba też niestety wspomnieć o tym, że zostało w filmie użyte na daremno imię Boże. Kończąc, warto też zwrócić uwagę na jeszcze jedną zaletę filmu, podkreślaną przez użyte w oryginalnym tytule słowo „inferno”, w dosłownym znaczeniu określające piekło. Oglądanie bowiem przez niemal trzy godziny ludzi w obliczu śmierci, otoczonych szalejącym ogniem, nawet u najbardziej sceptycznych widzów może budzić pewne skojarzenia i myśli. Krótko mówiąc, można ten obraz uznać za, raczej niezamierzoną przez twórców, ale jednak katechezę, o tym, że istnieje też rodzaj ognia dla zatwardziałych grzeszników, którego jednak nie da się ugasić. Marzena Salwowska /.../