Możliwość komentowania Focus została wyłączona
Para głównych bohaterów filmu – Nicky Spurgeon i Jess Barrett poznaje się w restauracji eleganckiego hotelu. Znajomość zaczyna się od tego, że panna Barret próbuję oszukać i okraść pana Spurgeona, wcześniej pozorując chęć odbycia z nim stosunku intymnego. Jednakże niedoszła ofiara Jess okazuje się znaczniej bardziej szczwanym i doświadczonym oszustem niż ona sama. Zachwycona profesjonalizmem mężczyzny dziewczyna nakłania go, by został jej „mentorem”, ucząc ją, jak najskuteczniej okradać i oszukiwać bliźnich. Nicky poznaje też Jess ze swoją szajką złodziei i oszustów, którym szefuje. Jak można się spodziewać, para głównych bohaterów wkrótce rozpoczyna romans. „Sielanka” nie trwa jednak długo, gdyż mężczyzna, żywiąc ciągle wpojone przez ojca (również „zawodowego” oszusta) przekonanie, że w tym „fachu” nie ma miejsca na miłość, pewnego dnia porzuca zapłakaną Jess. Trzy lata później para głównych bohaterów ponownie spotyka się przypadkowo w Buenos Aires. W Argentynie Nicky pracuje dla miliardera Rafaela Garrigi, którego dziewczyną jest rzekomo Jess. Garriga jest właścicielem drużyny Formuły 1, której pragnie zapewnić zwycięstwo w nieuczciwy sposób. Planuje on pokonać konkurencję, która również nie zamierza grać uczciwie, sprzedając jej przy pomocy zawodowego oszusta trefną technologię …
Jak się pewnie wiele osób spodziewa po przeczytaniu już powyższego opisu fabuły, film ten jest na bardzo niskim poziomie moralnym. Nie chodzi oczywiście o samo przedstawianie notorycznych oszustów i złodziei w konwencji komediowej. Wszak można też sobie łatwo wyobrazić komedię, w której przestępców po wyszydzeniu na koniec spotyka jeszcze sprawiedliwa kara. Niestety w tym filmie tak nie jest, wręcz przeciwnie, jego twórcy starają się usilnie, by złoczyńcy zyskiwali sympatię widzów, a ich kunszt w oszukiwaniu i okradaniu bliźnich był przedmiotem podziwu. Naprawdę trudno doszukać się w tym obrazie jakichś wyraźniejszych pozytywów. Przez chwilę wprawdzie można by się zastanowić nad tym, czy czymś takim nie jest wątek, w którym nieuczciwy biznesmen sam niejako wpada w zastawione przez siebie sidła. Po krótkiej chwili zastanowienia i ten potencjalny argument na rzecz filmu trzeba jednak odrzucić, gdyż jest to typowy chwyt stosowany po to, by wzbudzać w widzach sympatię wobec de facto bardzo złych moralnie bohaterów. Chwyt jest prosty – niech oszukają kogoś jeszcze gorszego i pozbawionego „łotrzykowskiego wdzięku”, a publiczność pewnie to kupi. Nadto takie podejście może tylko utwierdzać w odbiorcach popularny mit o tym, że rzekomo ofiarami większości przekrętów padają ludzie, którzy sami są nieuczciwi, tylko po prostu mniej sprytni od profesjonalnych oszustów. Ktoś może za dobry punkt tej opowieści mógłby uznać też wątek romantyczny filmu, to iż główny bohater przełamuje wpojone sobie uprzedzenia co do możliwości stworzenia z ukochaną stałego związku. Problem w tym, że coś takiego trudno nazwać szczęśliwym zakończeniem w sytuacji, kiedy zakochani raczej nie myślą rezygnować z dotychczasowego sposobu zarabiania na życie. W prawdziwym życiu raczej można by się obawiać, że takie osoby po stworzeniu rodziny wychowają swoje dzieci na kolejnych przestępców.
Poza amoralnością głównego wątku film ten obfituje również w obsceniczne żarty odnoszące się do sfery seksualnej, a bohater, który jest ich głównym źródłem (przyjaciel Nicka i Jess) jest pokazywany jako w zamyśle twórców najwyraźniej postać sympatyczna, choć wielu widzom jednak bardziej pewnie kojarzyć się będzie ze słowem „obleśny”.
Ocena zatem tej produkcji jest wyraźnie negatywna i nikomu jej nie polecamy. Na pocieszenie można powiedzieć, że nie jest to film zbytnio wciągający czy zapadający w pamięć i od strony czysto rozrywkowej i tak ten, kto go pominie, niewiele straci.
Marzena Salwowska
/.../
Możliwość komentowania Kim jest Anna? została wyłączona
Serial ten oparty jest na historii rosyjskiej imigrantki Anny Sorokin, znanej jako Anna Delvey – dwudziestokilkuletniej naciągaczki, która weszła do nowojorskiej socjety, przedstawiając się jako pochodząca z Niemiec dziedziczka wielkiej fortuny. Zanim została aresztowana w 2019 roku, Anna zdołała wyłudzić od swoich bogatych (zazwyczaj) „przyjaciół” oraz firm oferujących luksusowe usługi (typu drogie hotele, prywatne odrzutowce) ponad 200 tys. dolarów. W planach miała też pozyskanie wielomilionowej pożyczki bankowej na stworzenie fundacji swojego imienia i elitarnego klubu sztuki, który miał się mieścić w imponującym budynku na Manhattanie. Historię tę poznajemy głównie przez pryzmat dziennikarskiego śledztwa, które prowadzi Vivian (postać ta jak większość w tym serialu ma swój dość zbliżony odpowiednik w rzeczywistości).
Choć twórcy serialu uprzedzają widza, że część sytuacji w nim pokazanych została całkowicie zmyślona, to jednak jednocześnie dają do zrozumienia, że snuta tutaj opowieść jest z grubsza prawdziwa. A skoro tak, to należy ocenić go bardziej jako rodzaj biogramu niż fikcji. Niestety jako relacja z kryminalnego okresu życia Anny ten serial jest moralnie trudny do obrony, gdyż jego twórcy zdają się cierpieć na rodzaj rozszerzonego „syndromu sztokholmskiego”, którym pragną też zarazić widza. Przez większość czasu starają się oni przekonać odbiorców, że ofiary panny Sorokin, nawet jeśli straciły na kontakcie z nią finansowo, to zyskały wiele cenniejszych rzeczy typu inspiracja twórcza, „druga młodość”, zastrzyk energii, nabranie pewności siebie i odwagi do realizacji swoich marzeń, itp.. Problem w tym, że fascynacja Anną czy nienaturalne przywiązanie do niej, które prezentuje nie tylko część jej ofiar, ale też pisząca o Annie artykuł Vivian, koledzy Vivian z pracy, a także prowadzący sprawę panny Sorokin obrońca, to nie są rzeczy po prostu tu relacjonowane. Takie podejście wymienionych osób do niegodziwego postępowania głównej bohaterki zdaje się bowiem również narzucane widzowi. W jaki więc sposób twórcy serialu próbują nas przekonać do moralnej zasadności postępowania Anny? Zasadniczo – grając na feministycznej nucie. W niemal każdym odcinku sama Anna bądź jakaś inna postać podkreśla, że główna bohaterka dokonała wielkich rzeczy, chociaż jest kobietą, albo że jest jej trudno, bo działa w świecie, w którym wciąż rządzą mężczyźni, a nawet – że nie trafiłaby do więzienia, gdyby była mężczyzną. Mamy wręcz wrażenie, że jeszcze chwila i okaże się, iż wszystkiemu winien prezydent Trump. Trochę to naciągane, gdyż bardziej prawdopodobna wydaje się teza odwrotna – gdyby Anna była mężczyzną, być może potraktowana zostałaby dziś nieco surowiej. Raczej też w przypadku mężczyzny nikt nie uznałby za „dokonanie wielkich rzeczy” przehulania ponad 200 tysięcy dolarów na konsumpcje luksusowych dóbr. Główny zatem „morał” całego serialu jest szyty grubymi nićmi i co najmniej dwuznaczny.
Czy są jednak w tym serialu jakieś wyraźniej dobre rzeczy, za które można go pochwalić? Tak, do takich należy mimo wszystko jakaś jego wartość edukacyjna. Ponieważ produkcja ta jest w dużej mierze oparta na prawdziwej sprawie kryminalnej, to, nawet mimochodem, obnażane są tu pewne typowe metody podobnych Annie naciągaczy. Widz może zaobserwować na przykładzie ofiar głównej bohaterki, jakie rzeczy powinny zapalać również u niego/u niej lampkę ostrzegawczą. Są też oczywiście pewne pomniejsze zalety serialu takie jak np. pokazanie, dlaczego pozbawionej realnego doświadczenia młodej osobie udawało się nieraz zwodzić starsze „szczwane lisy”. Fabuła ta objaśnia, że było to możliwe, gdyż wychowana na mediach społecznościowych Anna jako „idealne dziecko swoich czasów” potrafiła perfekcyjnie kreować się na osobę bogatą i finansowo niezależną. Wiedziała też, jakie drobiazgi aktualnie urastają do spraw ogromnej wagi w modnym towarzystwie. Niestety początkowa satyra na świat, w którym dobór odpowiedniej kreacji traktuje się jak sprawę życia i śmierci, jest tutaj stępiony przez niezbyt skrywany podziw dla ludzi, którzy „potrafią zadbać o swój wizerunek”.
Podsumowując, zasadniczo odradzamy oglądanie tego serialu. Jako zachętę do takiej decyzji dodam od siebie, że po pierwszych dość ciekawych odcinkach robi się on po prostu przewidywalny i miejscami wręcz nieznośnie nużący.
Marzena Salwowska
/.../
Możliwość komentowania Wielki Szu została wyłączona
Polska w połowie lat 70-tych XX wieku. „Legendarny” szuler karciany, zwany Wielkim Szu, wychodzi po pięciu latach z więzienia. Planuje rozpocząć teraz spokojne życie, jednak okazuje się, że jego młoda żona bynajmniej nie czekała na starzejącego się męża z utęsknieniem. Wielki Szu zostaje więc sam, z połową majątku, za którą zamierza kupić upatrzony dom w miasteczku Lutyń. Nieruchomość ta jest wystawiona na licytacji, ta jest jednak z góry ustawiona. Dom ten wolno kupić jedynie rządzącemu miasteczkiem cukiernikowi Mikunowi. Rozczarowany Szu postanawia zemścić się na nieuczciwym konkurencie, wciągając go w grę pokera. Mikun oczywiście przegrywa równowartość domu, Wielki Szu musi zaś uciekać w obawie przed zemstą z jego strony. W ucieczce pomaga mu Jurek, młody taksówkarz, który podziwia starszego mężczyznę i pragnie by ten został jego „mistrzem”.
Zanim przejdziemy do głównego przesłania tego filmu, należy niestety zwrócić uwagę na jego poboczny jednakże rażący element, jakim jest uderzająco nieskromne eksponowanie kobiecej nagości. I niestety hańba twórców tego filmu jest tym większa, że był on dość pionierski pod tym względem w kinie polskim, przez co demoralizował naszych rodaków nieprzywykłych jeszcze (w większości) do takich widoków na ekranie. Nagość ta nie jest zresztą nawet zbyt uzasadniona akcją filmu. Przykładowo w otwierającej scenie piękna i młoda żona głównego bohatera lubieżnie podkreśla swój negliż za pomocą prześwitującego szlafroka, mimo że jak najprędzej pragnie pozbyć się męża. Poza nagością trzeba też zauważyć bardzo nieskromny taniec pewnej rzeczywiście funkcjonującej grupy tanecznej, co mogło być reklamą tej niemoralnej działalności.
PHOTO: EAST NEWS/POLFILM
Inną ewidentnie złą rzeczą w tym filmie jest życzliwe pokazywanie prywatnej zemsty. Mamy tu bowiem „sojusz” Wielkiego Szu z prostytutką Jolą, zawiązany celem zemsty na byłym chłopaku dziewczyny, który swego czasu wykorzystał i porzucił zakochaną Jolę. Nikczemność takiego postępowania nie usprawiedliwia jednak prywatnej zemsty, dokonanej na dodatek przy pomocy kłamstw i karcianych sztuczek.
W wątkach pobocznych mamy zatem pewne jednoznacznie złe rzeczy pokazane w życzliwy sposób. Co jednak z głównym przesłaniem filmu, najistotniejszym przecież dla jego oceny? Zdaje się ono wyjątkowo dwuznaczne. Z jednej strony możemy w jakimś stopniu odczytać film jako ostrzeżenie przed wciągającym jak bagno światem hazardu i powiązanej z nim przestępczości. Sam Wielki Szu kończy tu bowiem tragicznie, zamordowany i porzucony na śmietniku. Wprawdzie w całym filmie pokazywany jest z wyraźną sympatią jako postać obdarzona swoistą charyzmą, inteligencją, zamiłowaniem do wiedzy, otwartym i głębokim umysłem. Podkreśla się tu też takie pozytywne cechy głównego bohatera jak hojność i brak małostkowości. Wszystko to jednak nie oznacza jeszcze, że proceder, którym zajmuje się Wielki Szu, jest tutaj pochwalany. Wręcz przeciwnie, takie podkreślanie pewnych zalet głównego bohatera może przecież pokazywać, że zmarnował on swój potencjał przez niewłaściwe wybory. I rzeczywiście, wydaje się, że Wielki Szu nie jest zadowolony z drogi życiowej, jaką obrał i czuje się nią bardzo zmęczony.
Największe jednak wątpliwości budzi w całej historii postać Jurka i relacja uczeń-mistrz, jaka zachodzi pomiędzy nim a Wielkim Szu. Niejasny jest sens, w jaki kończy tę znajomość Wielki Szu. Na pierwszy rzut oka może się nawet wydawać, że starszy szuler pragnie ustrzec młodszego przed własnym losem, „organizując” klęskę własnego ucznia, tak by ten po bolesnej nauczce nie sięgnął więcej po karty. Z drugiej strony pewne tropy w filmie wskazują, że chodzi tu raczej o formę drastycznej inicjacji. Mowa tu jest bowiem o przekazaniu sztafety i o największej tajemnicy pokera, którą ma być to, by nikomu nie ufać. Idąc więc takim tropem, można powiedzieć, że uczeń dostaje od mistrza ostatnią lekcję, by nikomu nie ufać i zdaje ten trudny egzamin, ponieważ podnosi się po klęsce i szybko znowu sięga po karty. Mamy więc tutaj może do czynienia z pewną „mistyką pokera dla szulerów”, pokazywaniem tego procederu jako formy tajemnej wiedzy, dostępnej nielicznym, przekazywanej z mistrza na ucznia, gdzie prawdziwa inicjacja musi być trudna, ale też daje adeptowi rzekomy dostęp do jakiejś głębszej wiedzy i większych możliwości, niedostępnych ludziom, którzy kroczą prostymi ścieżkami.
Nie polecamy zatem tego filmu, gdyż jego przesłanie jest bardzo niejasne i dwuznaczne, w wątkach zaś pobocznych zawiera takie wyraźnie złe rzeczy jak lubieżnie ukazana nagość czy pochwała prywatnej zemsty.
Marzena Salwowska
/.../
Możliwość komentowania Konsul została wyłączona
Scenariusz filmu opiera się na „wyczynach” słynnego oszusta czasów PRL-u – Czesława Śliwy (tu pod nazwiskiem Wiśniak). „Koronnym numerem” tego przestępcy było podawanie się za konsula Austrii i organizowanie we Wrocławiu rzekomego konsulatu generalnego tego państwa. Tak w filmie, jak i w rzeczywistości oszustowi udało się zaangażować w to przedsięwzięcie nie tylko zwykłych obywateli, ale też lokalne władze.
Historia pokazana w filmie sama w sobie jest nawet ciekawa. Można też powiedzieć, że z jednej strony dobrze pokazuje ona różne absurdy właściwe dla kraju „ludowej demokracji”, z drugiej strony unaocznia też pewne przypadłości właściwe ludzkiej upadłej naturze niezależnie od czasu i ustroju. Film ten uwidacznia bowiem, że samemu będąc nieuczciwym, łatwo można paść ofiarą innego oszusta, tyle że sprytniejszego. Pokazuje też, że takie rzeczy jak chciwość, łapownictwo, karierowiczostwo czy kombinatorstwo, mogą zaślepiać człowieka i czynić łatwym łupem dla różnych hochsztaplerów.
Można więc powiedzieć, że film ten miał potencjał wręcz na moralitet. Niestety potencjał ten został zmarnowany. Przede wszystkim dlatego, że jest to jeden z tych filmów, które najwyraźniej sympatyzują z przestępcami. W obrazie tym wyraźna jest sugestia, że główny bohater nie miał w życiu właściwie innych opcji (choć przypomnijmy, że mówimy o czasach, kiedy w Polsce nie było bezrobocia). Nadto twórcy filmu starają się utwierdzać pewien dość często powtarzany mit, jakoby nie dało się oszukać uczciwej osoby (czemu przeczy chociażby osławiona metoda „na wnuczka”). Dlatego zapewne, aby sympatia widza zawsze była po stronie oszusta, a nie jego ofiar, twórcy filmu pokazują jedynie takie działania głównego bohatera, w których ofiary są sobie same po części winne.
Nadto Wiśniaka vel Śliwę pokazuje się tu jako wolnego, kolorowego ptaka, który wzbija się ponad szarą rzeczywistość PRL-u, niejako uwidaczniając jej małość i absurdy. Ma się wręcz wrażenie, że główny bohater jest tu kreowany na niejako zapowiedź prawdziwego opozycjonisty.
Na domiar złego nie tylko przestępcza działalność Wiśniaka jest pokazywana z sympatią. Podobnie ukazywane jest w filmie również cudzołóstwo. Romantyzowany jest głównie wątek romansu głównego bohatera z zamężną Anką.
Mimo zatem, iż sama w sobie historia przedstawiona w „Konsulu” jest ciekawa i pouczająca, to sposób jej przedstawienia jest w najlepszym przypadku dwuznaczny.
Marzena Salwowska
/.../
Możliwość komentowania Żądło została wyłączona
Akcja tego filmu toczy się w latach 30-tych 20 wieku w Stanach Zjednoczonych. Para wspólników, Luther Coleman i Johnny Hooker sprytnie oszukuje i okrada na ulicy nieznajomego mężczyznę. Oszuści nie cieszą jednak długo nadspodziewanie wysokim łupem, gdyż okazuje się, że nieznajomy był kurierem mafijnej grupy, który tylko dostarczał gotówkę w umówione miejsce. Szefem tejże organizacji jest zaś niejaki Lonnegan, człowiek okrutny i mściwy, który wydaje wyrok śmierci na obu oszustów. Siepaczom bosa udaje się szybko dorwać starszego z nich – Luthera Colemana, młodszy jednak – Johnny Hooker ucieka i postanawia zemścić się na człowieku, który zlecił morderstwo jego mentora i przyjaciela. W tym celu odnajduje on też niejakiego Gondorffa, legendarnego oszusta i jednocześnie dawnego przyjaciela Luthera. Obaj mężczyźni zaplanują wspólnie wielki przekręt, który ma doprowadzić Lonnegana do bankructwa.
Film ten można ocenić jednoznacznie negatywnie z tego prostego powodu, iż w pozytywny sposób ukazuje on takie nieprawości jak oszukiwanie i okradanie bliźnich, prywatną zemstę, „ustawianie” gier hazardowych, oraz (w pobocznych wątkach) striptiz, prostytucję i intymne pożycie przedmałżeńskie. Jako pozytywnych bohaterów pokazuje się tu zatem oszustów, złodziei oraz „panią kierownik” domu publicznego. Oczywiście nie przeczę, że wielu ludzi z przestępczego półświatka może mieć różne pozytywne cechy czy szlachetne odruchy i pod wieloma względami przewyższać wielu praworządnych obywateli. Rzecz jednak w tym, że w owym filmie nie chodzi o wydobywanie pereł z rynsztoka i błota, ale o zachwyt nad tym rynsztokiem właśnie.
Telemagazyn
Co gorsza, brak tutaj jakiejś naprawdę pozytywnej, moralnie dobrej przeciwwagi. Przedstawiciel prawa i porządku, czyli policjant jest oczywiście głupi i skorumpowany, „pozytywni” bohaterowie nie wykazują żadnej skruchy za swoje czyny, a happy endem jest udane oszustwo.
Żeby wzbudzać większą sympatię dla swoich „pozytywnych” bohaterów twórcy filmu stosują starą, sprawdzoną sztuczkę polegającą na tym, że mniejsze zło kontrastuje się z większym i bardziej odrażającym. W efekcie mniejsze zło zajmuje w odbiorze widzów miejsce należne dobru. W filmie tym jest też z sympatią pokazany wątek łączenia przez rodzinę oszustów „zawodowej” działalności przestępczej z regularnym uczęszczaniem do kościoła, przy czym chodzenie do kościoła bynajmniej nie jest tu wstępem do nawrócenia.
Gdyby nawet jednak twórcy tego filmu nie zachwycali się tak bardzo przestępczym kunsztem swoich bohaterów, to i tak do jego negatywnej oceny wystarczyłby wątek pozytywnie ukazanej prywatnej zemsty. Szukanie bowiem prywatnej zemsty jest wykraczaniem tak przeciw Bogu (który mówi, że do Niego należy pomsta – Rz12:19), jak i władzom cywilnym (którym Bóg „zleca” czy deleguje pomstę na przestępcach). Takie samowolne działanie jest więc podważaniem sensu prawa i państwa, a społeczne przyzwolenie na takie praktyki cofnęłoby nas do kultury plemiennej i barbarzyństwa.
Mimo więc, że film ten przeszedł już do historii kina, to zdecydowanie nie możemy go polecić.
Marzena Salwowska
/.../