Tag Archive: czarny kryminał

  1. Koneser

    Leave a Comment Virgil Oldman to około 60-letni znawca i wielki miłośnik sztuki. Jego pasja jest jednocześnie jego profesją, prowadzi bowiem renomowany dom aukcyjny. Virgil, chociaż nie zawsze jest w swoich poczynaniach uczciwy, to jest jednak tak ceniony ze względu na swoją wiedzę i zawodową intuicję, że jego nazwisko jest swoistą marką. Życie prywatne bohatera natomiast nie przywodzi na myśl słowa „sukces”. Virgil stroni od ludzi, jada samotnie w drogich restauracjach (nawet tam nie zdejmując nieodłącznych rękawiczek). W jego życiu nigdy też nie było bliskiej kobiety. Za to namiętnie kolekcjonuje portrety niewiast z różnych epok, które trzyma w pokoju-sejfie, dostępnym tylko dla siebie. Pewnego dnia do jego biura dzwoni tajemnicza panna Ibbetson, która usilnie zabiega o to, aby Virgil osobiście podjął się wyceny pokaźnej liczby zabytkowych przedmiotów, pozostawionych jej (wraz z ogromnym i zamieszkałym tylko przez nią domem) w spadku przez rodziców. To zlecenie okaże się jednak trudne do realizacji, ponieważ panna Ibbetson najwyraźniej stara się unikać wszelkich bezpośrednich kontaktów z ludźmi. Zaintrygowany tą niecodzienną klientką bohater podejmuje rzuconą rękawicę, nie wiedząc do końca, czy zachowanie Claire jest wynikiem poważnej choroby, czy elementem jakiejś dziwnej i skomplikowanej gry… „Koneser” choć jest dość intrygującym obrazem, nie jest, niestety, wolny od pewnych moralnych niedoskonałości i dwuznaczności. Już w samym jego tytule doszukać się można bez trudu pewnej kpiny z dziewictwa starszych osób. Jednak zasadniczy zarzut, jaki można postawić temu filmowi, to taki, że złoczyńcom wszystko tu uchodzi bezkarnie. Nie ponoszą żadnych konsekwencji ani za łamanie prawa, ani za wykorzystanie i podeptanie ludzkich uczuć. Wprawdzie, nie da się zaprzeczyć, że w prawdziwym doczesnym życiu nie zawsze spotyka niegodziwców jakakolwiek zasłużona kara, to, jednak, od dzieła filmowego, które jest pewną zamkniętą opowieścią, możemy wymagać, aby pokazywało, lub chociaż w jakiś sposób sugerowało karę za złe czyny. W filmie brakuje też pozytywnych bohaterów, których postawa mogłaby w jakimś stopniu łagodzić cynizm innych jego postaci. Inny poważny mankament moralny „Konesera” to „zwieńczenie” miłości głównego bohatera w scenie łóżkowej. Pomijając już, ważną skądinąd kwestię, że para pokazana w tym ujęciu nie jest przecież małżeństwem, rozczarowanie przynosi sam fakt, że, ukazywana wcześniej z pewną skromnością i subtelnością, pierwsza miłość bohatera zostaje na końcu obnażona i pokazana w typowy dla współczesnej kinematografii „podglądacki” sposób. Dlaczego zatem, pomimo tych wszystkich zarzutów i wątpliwości, film opatrzyliśmy, choć najskromniejszą, to jednak pozytywną notą? Otóż, zaważyła tutaj pozytywna przemiana, jaka dokonuje się pod wpływem późnej pierwszej miłości w systemie wartości i w osobowości głównego bohatera. Porzuca on w miarę rozwoju akcji hodowaną przez lata żądzę posiadania pięknych przedmiotów. Tych wprawdzie nie pragnął  nigdy dla samej ich materialnej wartości, jednak tak nadmierne przywiązanie do sztuki z pewnością było w jego życiu jakimś moralnym nieuporządkowaniem. Virgil zatem wyżej niż miłość do pięknych rzeczy zaczyna wreszcie stawiać uczucie do drugiego człowieka, które, choć, jak warto przypomnieć, powinno zawsze ustępować miłości do Boga, to jednak jest szlachetniejsze i ważniejsze niż uczucia wobec najpiękniejszych nawet przedmiotów. Jedno Boże dzieło, jakim jest każdy człowiek, jest przecież ważniejsze niż wszystkie zbiory Luwru, Ermitażu i Prado razem wzięte. Dodatkową zaletą filmu jest też to, iż przemiana głównego bohatera, mimo ogromnego rozczarowania jakie przeżył, pozostaje autentyczna i trwała. Finałowa zaś scena filmu dowodzi, że jest on nie tylko gotów przebaczyć osobie, którą pokochał, ale i na nowo jej zawierzyć. Marzena Salwowska   /.../
  2. Siedem

    Leave a Comment Film opowiada o śledztwie w sprawie serii brutalnych mordów, prowadzonym przez dwóch detektywów – początkującego Millsa i wybierającego się na emeryturę Somerseta. Szybko okazuje się, że wszystkie te przestępstwa popełniane są wedle szczególnego klucza – każda z ofiar symbolizuje jeden z siedmiu grzechów głównych … Film ten, nawet jeśli jego twórcom chodziło jedynie o ekscytowanie widza wymyślną przemocą, łatwo odebrać jako skierowany przeciw chrześcijaństwu. Już sam pomysł, by osią filmu uczynić wyrafinowane i okrutne morderstwa, których celem jest „nauczanie” przeciwko siedmiu grzechom głównym, może zniechęcać widza do zgodnego z Biblią pojmowania grzechu i moralności. Twórcy filmu sprowadzili bowiem całe chrześcijańskie dziedzictwo do wylęgarni okrutnych pomysłów szaleńca. Dość oczywistym jest, że osoba jeszcze nie utwierdzona w prawdziwej wierze bądź poszukująca, po obejrzeniu tego filmu może odruchowo buntować się tak przeciw samemu pojęciu grzechu, jak i  przekonaniu, że Boża sprawiedliwość domaga się zań kary. Każdy bowiem z ukazanych tu grzechów głównych zostaje ukarany w sposób tak perwersyjny i okrutny, że naturalną reakcją widza może być przyjęcie (lub utrwalenie) postawy bierności i obojętności wobec grzechu; zaś w przestrzeni publicznej do popierania całkowitej jego swobody i bezkarności. Nie bez znaczenia dla negatywnej oceny filmu jest też rysunek postaci jego głównych bohaterów. Czarnym charakterem jest tu bowiem postać jedynej w owym filmie osoby otwarcie przyznającej się do chrześcijaństwa. Człowiek ten jest przekonany, że okrutne działania, których dopuszcza się z nieskrywaną przyjemnością, to misja zlecona mu przez Boga. W filmie tym nie ma oczywiście wzmianki, o tym, że Bóg w czasach nowotestamentowych zadanie karania złoczyńców powierzył  legalnym władzom, a nie działającym na własną rękę prywatnym jednostkom.  Tym bardziej na próżno szukać tu słów, że Bóg „mówi: Nie chcę śmierci grzesznika, lecz aby się nawrócił i miał życie” (Ezechiel 33: 11). Widz więc łatwo może dojść do przekonania, że Bóg myśli i działa podobnie jak John Doe – okrutnie i ochoczo karząc występek, nie dając zwykle grzesznikom sposobu, możliwości i siły do zerwania z niszczącym zniewoleniem. Dla postaci Johna Doe, wypaczonego przez jakże groźną lekturę Tomasza z Akwinu (sic!), nie ma tu żadnej przeciwwagi w postaci jakiegoś mniej krwiożerczego chrześcijanina. Postaci prezentowane jako pozytywne są tu raczej religijnie obojętne. Najsilniejszą osobowością, człowiekiem, który nie daje się pokonać ani zmanipulować przez Johna Doe, jest detektyw Somerset. Postać ta nie zdradza żadnych „religijnych sentymentów”. Na dodatek Somerset sam w pewien sposób łamie Boże prawo „Nie zabijaj”. Swobodnie dyskutuje on z żoną Millsa o możliwości usunięcia dziecka jak o czymś zupełnie naturalnym. Bez skrępowania i wyrzutów sumienia mówi też o tym, jak namówił matkę własnego dziecka do aborcji, stwierdza nawet, że to była dobra decyzja (chociaż codziennie jej żałuje). W filmie tym można dopatrzeć się jednak pewnych pozytywnych elementów. Przede wszystkim, pokazuje on, w sposób nieraz bardzo obrazowy, ohydę grzechu. Jest tu też wyraźny wątek (niestety w postaci mordercy) sprzeciwu wobec powszechnej apatii, obojętności i przyzwolenia na niemal każdy grzech. Napiętnowana zostaje też typowa dla dzisiejszych czasów hipokryzja w postawie wobec różnych poważnych nieprawości – zapada w pamięci scena, w której detektyw Mills zarzuca Johnowi Doe, że ten morduje niewinnych ludzi, ten zaś odpowiada słusznie wytykając detektywowi obłudę tych słów, wskazując, że przecież sam Mills w głębi serca nie uważa tych ludzi za niewinnych, a wobec niektórych ofiar odczuwał nawet wstręt. Przy dużej więc dawce fantazji można by  film ten uznać za rodzaj pokrętnego moralitetu. Jednakże szalę na niekorzyść filmu (poza wyżej  wspomnianymi elementami) przeważa skrajnie dołująca, również wizualnie, atmosfera filmu i jego tragiczne, pozbawione właściwej i wyraźnej nadziei, zakończenie. Marzena Salwowska /.../