Tag Archive: chrześcijańskie recenzje filmowe

  1. Harry Angel

    Leave a Comment Film ten jest nietypowym połączeniem horroru i czarnego kryminału. Jego akcja rozgrywa się w latach 50-tych XX wieku. Nowojorski prywatny detektyw, Harold Angel, przyjmuje z pozoru proste zlecenie od niejakiego Louisa Cyphre’a. Ma odnaleźć dłużnika zleceniodawcy – Johnny’ego Favourite’a. O poszukiwanym wie on na razie tyle, że ten był przed swoim zniknięciem popularnym piosenkarzem. W czasie II wojny światowej został ranny w głowę, doznawszy przy tym rozległych obrażeń twarzy oraz całkowitej amnezji, w związku z czym od wielu lat powinien przebywać w stanie wegetatywnym w prywatnym zakładzie opieki. Tu jednak urywa się ślad po Johnym, który rzekomo został 12 lat wcześniej przeniesiony do innego ośrodka. Prywatny detektyw szybko odkrywa, że wypis pacjenta został sfałszowany i postanawia przesłuchać lekarza, który dokonał wypisu. Wkrótce po tym, jak Angel wyciąga z doktora informacje na temat zaginionego, lekarz ten ginie brutalnie zamordowany. Taka sytuacja będzie się teraz ciągle powtarzać – osoby z przeszłości piosenkarza, które udaje się odnaleźć i przesłuchać detektywowi giną mordowane w brutalny sposób, a makabryczne szczegóły zbrodni zdają się wskazywać na jakieś mroczne rytuały. Sprawa staje się coraz bardziej przerażająca, tak że nieprzywykły do takich komplikacji Angel zamierza się wycofać, jednak zostaje skuszony do dalszej współpracy hojnością zleceniodawcy. Akcja filmu szybko przenosi się też do Nowego Orleanu i wciąga bohatera w coraz mroczniejsze piekielne kręgi świata magii i voodoo. Sam zaś zaginiony jawi się jako coraz bardziej podejrzana postać, człowiek uwikłany w mroczne sprawy, o którym jedna z bohaterek mówi wprost, że „był blisko zła„. Na jego tropie detektyw poznaje więc czarownicę z wyższych sfer, która była kochanką zaginionego, jej ojca milionera -satanistę oraz córkę Favourite’a – kapłankę voodoo, a także jego byłego kolegę z zespołu (również zaangażowanego w ten kult). Wszystkie te osoby wkrótce po kontakcie z Angelem giną, zamordowane w brutalny i jakby symboliczny sposób. Nic więc dziwnego, że detektywem zaczyna się też interesować policja. Sam Angel jest coraz bardziej niespokojny, dręczą go sny z demonicznym zleceniodawcą, zaczyna też przypominać sobie jakieś niejasne obrazy, jakby z cudzej przeszłości. Zlecenie, którego podjął się detektyw okazuje się równie przewrotne jak sam zleceniodawca. Louis Cyphre, czyli sam Lucyfer wynajmuje Harolda po to, by w sensie dosłownym i metaforycznym odnalazł samego siebie i spłacił zaciągnięty dług. Tym długiem jest oczywiście dusza, którą Harold oddał diabłu w zamian za sławę, bogactwo i karierę w biznesie muzycznym. Jednakże po pewnym czasie piosenkarz postanowił uniknąć spłaty długu. Wraz ze swoją kochanką – czarownicą złożył ofiarę z młodego żołnierza (którego serce dosłownie pożarł), w wyniku tego rytuału przejmując życie, tożsamość i wspomnienia swojej ofiary. Wierzyciel Harolda oczywiście nie zamierzał dać się okpić, a wynajmując detektywa, by odnalazł samego siebie, jedynie bawił się nim jak kot myszką, zmuszając go na koniec, by przyznał sam, kim jest, a także to jakich zbrodni dopuścił się, by ukryć swoją tożsamość. Film więc konsekwentnie kończy scena, w której zrezygnowany i zrozpaczony bohater zstępują windą do piekła. Powyższy spoiler jest oczywiście w pełni świadomy ze względu na negatywną ocenę filmu. Ma on na celu zaspokoić ciekawość widzów odnośnie do samej akcji, tak by pozbawić tę produkcję powabu tajemnicy i zaskoczenia. Dlaczego jednak produkcja ta zasłużyła sobie na wyraźnie negatywną ocenę? Uprzedzając domysły, powiem na początek, że nie chodzi bynajmniej o samą konwencję horroru. Na naszym portalu zdarzały się już pozytywnie ocenione filmy z tego gatunku (chociażby „Adwokat diabła”). Sama konwencja horroru stwarza bowiem duże możliwości do przypominania o tym, że istnieją zbuntowane wobec Boga i bardzo nam wrogie duchowe istoty, które wszelkimi sposobami starają się zgubić człowieka. Horrory zatem przypominając o takich rzeczywistościach jak demony, piekło, skutki magii i okultyzmu czy możliwości opętania, mogą pełnić wręcz rolę swoistej katechezy na te trudne tematy. By jednak spełniały taką rolę, po seansie nie może pozostawać wrażenie, że Szatan i jego upadli aniołowie to dominująca we Wszechświecie siła, przed którą nie ma dla człowieka obrony i ucieczki. Aby zatem uznać horror za akceptowalny w ramach tradycyjnie chrześcijańskiego światopoglądu i pożyteczny dla widza musi być w nim wprost przedstawiona lub zasugerowana prawda, że bohater jakoś uwikłany w relacje ze światem demonicznym powinien szukać ocalenia w osobie Pana Jezusa, który jest „zwycięzcą śmierci, piekła i szatana„. Innym ważnym elementem, który decyduje o akceptowalności horroru, są oczywiście użyte w nim środki wyrazu. Nie może być bowiem tak, że film nawet i zdaje się mieć pozytywne przesłanie, ale zawiera sceny, które dla przeciętnego widza mogą być pobudką do grzechu (np. długie i bardzo zmysłowe sceny erotyczne) i raczej prowadzić w kierunku wiecznego potępienia, niż przed nim ostrzegać. Niestety te dwa warunki, dzięki którym moglibyśmy uznać film „Harry Angel” za jeden z tych dość rzadkich, ale, jednak co jakiś czas powstających dobrych i pożytecznych moralnie horrorów, nie zostały spełnione. Użyte słowo „niestety” jest jak najbardziej szczere, bo ten pod pewnymi względami ciekawy obraz miał szansę być właśnie naprawdę dobrym horrorem. Docenić w nim można takie rzeczy jak pokazanie bardzo ścisłego związku magii, okultyzmu czy praktyk w rodzaju voodoo ze sferą demoniczną. Nie ma tutaj na przykład rozmiękczania tematu na czarną i białą magię, „zabawy” w tej sferze źle się kończą dla wszystkich bohaterów, którzy się im oddają. Równie pouczające mogłyby też być przedstawione tu historie rodziców, którzy sprowadzają zgubę na swoje dzieci, wprowadzając je w takie demoniczne praktyki jak Tarot czy pogańskie obrzędy. Jest też dobrze oddana głupota ludzi, którzy myślą, że mogą posługiwać się siłami demonicznymi dla osiągnięcia jakichś swoich korzyści, gdy w istocie sami służą tym siłom i są zabawką w rękach demonów. Film ten pokazuje, że człowiek rzeczywiście może w ten czy inny sposób zawrzeć pakt z diabłem w zamian za pieniądze, sławę czy inne doczesne korzyści, ale cena będzie nieporównanie wyższa niż wartość towaru. Jak mówi Pismo św. – Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? (Mat. 16:26). Ciekawy i pouczający jest też wątek, w którym główny bohater spotyka się po raz pierwszy jako detektyw z Lucyferem w jakimś bliżej nieokreślonym kościele protestanckim, którego pastor głosi coś, co chyba można nazwać teologią sukcesu w skrajnej postaci. W ten sposób obraz ten uwypukla biblijną prawdę, że diabeł może też czuć się dobrze w kościele, wśród ludzi, którzy codziennie mówią o Bogu, ale tak naprawdę czczą na przykład bożka mamony. Z powyższych względów film ten miał zadatki na naprawdę dobry moralnie oraz pouczający horror. Wszystko to jednak zostało zmarnowane przez dwie rzeczy. Pierwsza to pozostawienie widza w atmosferze beznadziejności i wszechogarniającego mroku, braku możliwości ucieczki przed władzą diabła. Nie widać tu drogi wyjścia ani dla głównego bohatera, ani dla innych postaci, nie ma mowy o zbawieniu w Jezusie Chrystusie, bez czego ilość zła tu pokazanego i potęga diabła są naprawdę przytłaczające. Zakończenie pokazuje pełen tryumf szatana, a w dodatku w filmie jest wątek dziecka, które ma być owocem rytualnego współżycia kapłanki voodoo z demonami. Drugą rzeczą, która czyni ten obraz odpychającym i moralnie złym jest nadmiernie sugestywny sposób pokazywania niektórych grzechów. Szczególnie odrażająca jest jedna z końcowych scen w filmie, kiedy to główny bohater współżyje z dziewczyną, która wkrótce potem okazuje się jego córką. Jest to scena przesiąknięta nie tylko lubieżnością, ale też bardzo brutalna, krwawa i demoniczna w swojej atmosferze. Z nadmierną dosłownością i pewnym upodobaniem wydaje się też przedstawiona scena obrzędu voodoo, w którym młoda kapłanka zabija koguta i smaruje swoją twarz i ciało jego krwią. Jako całość więc, pomimo pewnych ciekawych elementów, film ten zdecydowanie nie nadaje się do polecenia. Marzena Salwowska /.../
  2. Bo to grzech (serial TV)

    Leave a Comment Serial ten opowiada o grupie homoseksualnych przyjaciół żyjących w Londynie lat 80-tych i początku lat 90-tych XX wieku. Beztroska i skrajna rozwiązłość przez nich praktykowana zaczyna być coraz bardziej zaburzana przez doniesienia o śmiertelnej oraz nieuleczalnej chorobie, jaką jest AIDS, która zbiera krwawe żniwo zwłaszcza pośród męskich sodomitów. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej produkcja ta jest wręcz skrajnie beznadziejna, gdyż w życzliwy, a zarazem nachalny sposób, przedstawia widzom aktywność homoseksualną jako samą w sobie dobrą i budującą. Oczywiście, przy tym wszystkim próbuje się obrzydzić oglądającym tzw. homofobię, przez co twórców tego serialu można śmiało zaliczyć do tych ludzi, przed którymi ostrzegał biblijny prorok Izajasz mówiący: Biada tym, którzy zło nazywają dobrem, a dobro złem, którzy zamieniają ciemności na światło, a światło na ciemności, którzy przemieniają gorycz na słodycz, a słodycz na gorycz! (Izajasz 5, 20). Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze mnogość obrzydliwych scen pokazujących gejowski seks, która wręcz przelewa czarę nieprawości eksponowanych w tym serialu. L-R Richie and Jill Gdyby szukać już jakichś pozytywów w tej produkcji to owszem można by wskazać, iż przypadkowy seks w wykonaniu tzw. gejów jest tam ukazany dość krytycznie, jako będącym główną przyczyną wybuchu epidemii AIDS w tym środowisku. To krytyczne spojrzenie jest jednak utrzymane w duchu wsparcia dla aktywności sodomskiej jako takiej. Twórcom filmu chodziło więc raczej o wyrażenie wsparcia dla tezy: „Geje powinni być bardziej stali w swych relacjach erotycznych” aniżeli poparcie dla biblijnego i tradycyjnie chrześcijańskiego spojrzenia na te czyny, które można wyrazić w słowach: „Czyny homoseksualne są zawsze i wszędzie moralnie złe oraz niedozwolone„. Za inny z jaśniejszych punktów omawianego serialu można by uznać to, iż w życzliwy sposób przedstawia on takie rzeczy jak: pielęgnowanie chorych czy wzajemna pomoc. Ale i w tym wypadku te dobre rzeczy są tu sprzęgnięte na służbę ohydnego, diabelskiego zła, jakim jest promocja ideologii LGBT. Oczywiście, nie przeczymy temu, że również sodomici i lesbijki mogą czynić pewne dobre rzeczy – nawet w ramach swych dewiacyjnych związków – jednak fakt ten i tak nie sprawi, że same akty i czynności o charakterze homoseksualnym, staną się przez to dobre i cnotliwe. Tytułem analogii: jeśli zdarzało się, że prostytutki w czasie II wojny światowej ukrywały w swych lokalach niesprawiedliwie prześladowane żydowskie dzieci, to choć ten konkretny czyn był dobry i godny pochwały, okoliczność ta nie sprawiała, iż sama sedno ich „zawodowej” aktywności stawało się przez to moralnie dobre. Mirosław Salwowski /.../
  3. 47 roninów

    Leave a Comment Film fantasy, oparty jednak na prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce w XVIII-wiecznej Japonii. Zarówno prawdziwa jak i filmowa historia opowiada o zemście „bezpańskich” samurajów (roninów) za śmierć swojego pana. Zemsta ta dokonana jest na wysoko postawionym urzędniku shoguna – Kirze. W obu przypadkach pomysłodawcą i organizatorem aktu zemsty jest Oishi, a jej sprawcy zostają skazani na śmierć. Chociaż tego rodzaju czyn powinien zostać ukarany powieszeniem, to otrzymują oni prawo do popełnienia rytualnego samobójstwa – seppuku. Elementem dodanym do tej prawdziwej historii, oprócz oczywiście całej fantastyczno-baśniowej otoczki, jest natomiast postać Kaia, wychowanka księcia Asano (za którego śmierć i on będzie się mścił wraz z roninami). Jest to tajemniczy znajda o mieszanym pochodzeniu (pół Japończyk, pół Brytyjczyk), zakochany z wzajemnością w córce Asano. Pogardzany z racji swego pochodzenia przez samurajów Kai jest nie tylko świetnym wojownikiem, ale pomaga też zdobyć roninom broń od tajemniczych leśnych istot, wśród których wychowywał się w dzieciństwie. Film ten jest dość wątpliwy w swoim przekazie, gdyż w wyraźnie pozytywnym świetle pokazuje takie negatywne aspekty feudalnej Japonii jak obowiązek szukania zemsty za śmierć zwierzchnika oraz honorowe samobójstwa. Są tutaj także przychylne nawiązania do fałszywych religii, zwłaszcza koncepcji reinkarnacji. Wyraźny jest również wątek całkowitego oraz bezwzględnego podporządkowania jednostki systemowi i tradycji. Jednakże te właśnie aspekty japońskiej kultury, zwłaszcza z epoki samurajów, które są tak podziwiane w tym filmie, pozostają w jawnej sprzeczności z chrześcijaństwem i nie powinny być widzom stawiane za wzorzec. Jeśli chodzi o zemstę, to wystarczy przypomnieć chociażby słowa z Listu do Rzymian 12,19: Umiłowani, nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście [Bożej]! Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta. Ja wymierzę zapłatę – mówi Pan. Oczywiście nie wyklucza to szukania sprawiedliwości i dążenia do tego, by zbrodniarze zostali ukarani, jednakże powinno mieć to miejsce w ramach prawa. W filmie zaś mamy chwalony postępek, który zakłada prywatną zemstę, nakazaną tradycją, ale zakazaną już przez obowiązujące prawo i legalnego władcę. Nie do przyjęcia jest też dla nas pochwalanie samobójstwa jako godnej i honorowej śmierci. Bowiem zachwalanie czegoś takiego wydaje się nie tylko pogwałceniem przykazania Nie zabijaj ale także wywyższaniem czegoś po prostu głupiego i śmiesznego – zwyczaju który wynikał z lekceważenia ludzkiego życia. To jakby kpina ze wzorcowej chrześcijańskiej postawy, która wyraża się w słowach Lepiej umrzeć niż zgrzeszyć, gdyż samuraj zobowiązany był raczej umrzeć z własnej ręki niż stracić honor. Można się tylko cieszyć, że podobna mentalność nie wykształciła się u starożytnych Żydów, gdyż po śmierci Mistrza św. Piotr musiałby popełnić samobójstwo jak Judasz. W filmie są też oczywiście pewne pozytywne treści. Na przykładzie Kaia pokazuje się tu np. że rasizm i niesprawiedliwe traktowanie ze względu na samo pochodzenie nie są i nigdy nie były bynajmniej jakąś wyłączną domeną białych. Zaletą tego obrazu jest też przedstawianie magii i okultyzmu w złym świetle, zwłaszcza że najbardziej czarnym charakterem jest tu wiedźma. Na przykładzie owej czarownicy i jej pana są też negatywnie pokazane takie złe rzeczy jak pożądanie władzy za wszelką cenę, pycha i okrucieństwo. Nie mniej film ten ze względu na pozytywne ukazywanie wielu negatywnych aspektów tradycyjnej kultury japońskich samurajów nie jest godny polecenia, zwłaszcza młodszym widzom. Choć można zauważyć, że siłę przekazu w odniesieniu do dorosłych widzów osłabia tu fantastyczno-komiksowa forma filmu. Prawdopodobnie, gdyby twórcy tego obrazu bardziej skupili się na rzeczywistej historii i zrezygnowali z ozdobników, przekaz ten mógłby mieć silniejszą wymowę, przez co jego ocena byłaby jeszcze niższa. Marzena Salwowska /.../
  4. Ścieżki chwały

    Leave a Comment Film opowiada historię z frontu zachodniego I wojny światowej. Francuski generał Mireau dostaje od swego przełożonego rozkaz zdobycia obsadzonego przez Niemców wzgórza zwanego Ant Hill. Początkowo opiera się zwierzchnikowi wiedząc, że to niemożliwe, ale skuszony obietnicą awansu zgadza się przeprowadzić atak, nawet za cenę śmierci ponad połowy podwładnych. Natarcie załamuje się. Generał o niepowodzenie obwinia oddziały, które nie opuściły okopów (choć de facto rozkazy im wydane były niewykonalne z powodu silnego ostrzału nieprzyjacielskiego). Na trzech losowych żołnierzach z tych oddziałów ma być, dla dania nauczki reszcie, wykonana kara śmierci; obrony oskarżonych podejmuje się ich dowódca, „w cywilu” prawnik, pułkownik Dax. Przesłanie tego dzieła jest niezwykle proste, omawianemu filmowi (porównując go z innymi produkcjami nakręconymi przez tego samego reżysera) daleko pod względem złożoności do recenzowanego tu kiedyś bardzo zniuansowanego „Barry’ego Lyndona”, nie mówiąc o niełatwych w odbiorze i poddających się wielorakim interpretacjom „2001: Odysei kosmicznej”, „Mechanicznej pomarańczy”, „Lśnieniu” czy „Oczach szeroko zamkniętych”. Jednak wielka prostota przesłania „Ścieżek chwały” bynajmniej nie jest ich wadą, stanowi walor filmu, sprawia że płynąca z niego nauka moralna jest bardzo czytelna, jasna, dostępna dla szerokiej publiczności. Dzieło zaś jest tym bardziej przyswajalne, że nie jest ono mimo braku skomplikowania toporne ani naiwne; aktorzy dają swoim postaciom prawdziwe życie, przez kilkadziesiąt minut dają się widzowi szczerze podziwiać, autentycznie znienawidzić lub naprawdę litować nad ich losem. Nie należy obawiać się tu obecności przerysowanych, wręcz nieludzko podłych lub karykaturalnie kryształowych bohaterów, budzących raczej śmiech niż uczucia zamierzone przez twórców. Ponadto mamy tu dobre dialogi, wartką i trzymającą w napięciu akcję oraz budzące uznanie odtworzenie frontowych krajobrazów z czasów I wojny światowej (coś podobnego chwalone było na portalu przy okazji recenzji filmu „1917”, w którego przypadku scenografie robią zapewne jeszcze większe wrażenie, ale pamiętajmy, że omawiany film powstał kilkadziesiąt lat wcześniej, gdy twórcy nie dysponowali zbliżonymi środkami, przez co tym bardziej należy im się pochwała). Pod względem moralnym mamy w „Ścieżkach chwały” ostry podział na dobro i zło i jednoznaczne opowiedzenie się za pierwszym. Złem, które zohydzają twórcy jest karierowiczostwo; jego ucieleśnieniem jest generał Mireau.  Na przykładzie losów tej postaci widać zatrute owoce owej postawy. Żądza osobistych sukcesów przesłania mu trzeźwy osąd sytuacji (generał zaczyna sobie wmawiać, że rozkazy są wykonalne, mimo że doskonale wie, iż tak nie jest), skłania go do bezsensownego szafowania życiem żołnierzy, uzdalnia go do zbrodni (wydaje on rozkaz bombardowania pozycji własnej armii, by zmusić żołnierzy do ruszenia się z nich), wreszcie doprowadza wojskowego do fałszywego oskarżania niewinnych o tchórzostwo w obliczu wroga w celu ukrycia kompromitującego go faktu organizowania nietrafnych, skazanych na porażkę, działań wojennych. Tak obrazowe i obszerne odmalowanie zgubnych skutków pogoni za karierą, dochodzenia po trupach (w tym przypadku nawet nie w przenośni) do celu, nie pozostawia wątpliwości co do łajdackiego charakteru takiej postawy i potrzeby trzymania się od niej z daleka. Innym negatywnym bohaterem jest porucznik Roget, wykazujący się, odmalowanym jako żenujące, tchórzostwem, jak również brakiem dbałości o ludzkie życie oraz, co łączy go z generałem Mireau, nieumiejętnością wzięcia odpowiedzialności za swe czyny połączoną z gotowością popełnienia zbrodni, by je ukryć. W czasie zwiadu, bojąc się wroga, jest on gotów zostawić na pastwę losu towarzyszącego mu żołnierza, który zniknął z pola widzenia. Nadto bezmyślnie rzuca granat w rzekomego przeciwnika uśmiercając właśnie wspomnianego żołnierza. Potem zaś, by zachować twarz i pozycję, kłamie w raporcie ze zwiadu i wskazuje podwładnego, będącego świadkiem jego przestępstwa, jako jedną z osób mających niesłusznie ponieść śmierć za tchórzostwo w ramach wspomnianej akcji z inicjatywy generała Mireau. Skontrastowanie go ze wspomnianym podwładnym, Parisem, który, uczestnicząc w tym samym co Roget zwiadzie, nie daje się ponieść strachowi uwypukla prawdę o tym, iż nawet wojenne warunki nie usprawiedliwiają wszystkiego, a człowiek nigdy nie musi postępować niegodziwie oraz nie może być łatwo zwolniony z obowiązku zachowania zimnej krwi i rozważnego postępowania, zwłaszcza gdy służy ojczyźnie i jest odpowiedzialny za cudze życie. Podkreślenie zaś niegodziwości posłania bliźniego na śmierć dla ratowania własnej skóry (i to przecież bliźniego niewinnego i przykładnie pełniącego służbę, co w ogóle jawi się jako ewidentna niesprawiedliwość) tylko wzmacnia obecne już w wątku generała, potępienie zasady „cel uświęca środki” i przynagla do opierania swych działań na prawdzie, nawet za cenę osobistych strat. Inną wadą ludzką krytykowaną przez twórców (ustami Parisa) jest pijaństwo, jakiego dopuszcza się Roget, a jakie mogło mieć wpływ na jego nieodpowiedzialne zachowanie podczas zwiadu. Można rzec też, że film ukazuje, iż zło tkwić może nie tylko w pojedynczych ludziach, ale w całych systemach, nawet tych uważanych za nieszkodliwe. Odkrywa czarne karty z historii bynajmniej nie sowieckiego bolszewizmu lub nazizmu, lecz „wielkiej demokracji Zachodu”. Chodzi konkretnie o uprzedmiotowienie żołnierzy, czynienie z nich zwykłych narzędzi do odstraszania innych. Ukazuje, że zwyczajów takich jak arbitralne (poprzez losowanie lub wskazanie przez dowódcę) wyłanianie skazańców z szeregów oddziałów, które zawiodły, po to by ich śmierć (niejednokrotnie będąca nawiasem mówiąc znacznie przesadzoną karą, o ile na jakąś w ogóle zasługiwali) posłużyła za odstraszający przykład, nie da się usprawiedliwić. Powodowały one bowiem oderwanie kary od rzeczywistej winy i stwarzały niesprawiedliwą nierówność między tymi, którym (ze względów czysto praktycznych, tj. by nie „marnować” zasobów ludzkich) pozwalano łaskawie przeżyć a tymi, którzy, nie różniąc się od tych pierwszych, byli rozstrzeliwani, gdyż wyciągnęli pechowy los albo zostali wskazani przez przełożonego np. na podstawie niskiego pochodzenia bądź co gorsza, o czym była wyżej mowa, osobistych z nim porachunków. Co więcej wytknięto tu łamanie prawa poprzez rażące uchybienia w procedurze sądowej, jakich dopuszczano się, by maksymalnie przyspieszyć wymierzenie „sprawiedliwości”. Warto docenić twórców za przypomnienie o takich niewygodnych faktach, gdyż nie dopuścili się oni oszczerstwa (historycy wykazali, że wbrew zapewnieniom francuskiej armii co najmniej raz miało miejsce podobne do ukazanego w filmie popisowe, demonstracyjne uśmiercenie francuskich żołnierzy, którzy zostali potem zrehabilitowani). Ponadto ponieśli pewne ofiary za swą szczerość – filmu aż do lat 70. nie wolno było wyświetlać we Francji, a w utrzymującej z nią dobre stosunki RFN był on przyjmowany bardzo niechętnie.  Przeciwwagą dla wspomnianych niegodziwości jest w tym dziele postawa pułkownika Daxa. Jawi się on jako rozważny dowódca niechętny bezsensownemu rozlewowi krwi. Daleko mu do jakiejś obsesyjnej chęci zostania bohaterem wojennym. Jednak nie brak mu odwagi i rozkazy dowódców dotyczące działań wojennych wypełnia z poświęceniem, co widać, gdy naraża swe życie prowadząc szturm na pozycje wroga. Co jednak chyba jeszcze ważniejsze potrafi się on też, gdy sprawiedliwość tego wymaga sprzeciwiać się oczekiwaniom dowódców i słusznie ich krytykować. Podejmuje się obrony swoich podwładnych przed sądem polowym i wytyka mu uchybienia mimo ewidentnej niechęci ze strony generała Mireau, patronującego pokazowemu procesowi. Dostarcza władzom wojskowym dowody wydania przez tego generała zbrodniczego rozkazu bombardowania własnych pozycji. Zwierzchnikowi Mireau, generałowi Broulardowi bezpardonowo wytyka obojętność wobec niesprawiedliwych egzekucji. O ile dobre rzeczy można czynić także dla bardziej przyziemnych korzyści i nie czyni ich to od razu złymi, o tyle w przypadku pułkownika Daxa mamy do czynienia z kierowaniem się jedynie szczerym pragnieniem sprawiedliwości, idealizmem (wściekłością reaguje na sugestie, iż dążył do zdyskredytowania Mireau, by samemu zająć jego miejsce). To czyni go przykładem niezwykle szlachetnego człowieka i wskazuje na ideał, do którego widz powinien konsekwentnie dążyć. Innymi wartościowymi wzorami obecnymi w filmie są kapitan Rousseau odmawiający wykonania wspomnianego rozkazu ostrzelania swoich (świadomy jak widać, że posłuszeństwo też musi mieć swoje granice) i kapitan Nichols, odważnie świadczący razem z Rousseau przeciw generałowi Mireau.  Film jak przystało na dzieło z czasów Kodeksu Haysa nie epatuje widzów wulgaryzmami, krwawą przemocą, nie ma w nim seksu, nagości czy obscenicznych aluzji. Można stawiać pytanie o zasadność sceny, gdy Dax niezbyt przychylnie mówi o patriotyzmie, ale z kontekstu wynika raczej, że chodzi mu o instrumentalne wykorzystywanie patriotyzmu przez różne kręgi, a nie o tę szlachetną postawę jako taką. Niektórych może zastanawiać też scena, gdy jeden ze skazanych w czasie wizyty duszpasterza wyraża spory, płynący z rozpaczy, sceptycyzm dla wszelkiej religii, ale z drugiej strony mamy tu też przykład skazanego przystępującego do spowiedzi, mimo że nie był zbyt religijny. Można więc uznać, że odmalowano tu po prostu zróżnicowanie ludzkich postaw.  Wobec tego bez wahania polecam ten film będący wyraźną przestrogą przed niepohamowaną żądzą sukcesu i uciekaniem od odpowiedzialności za swe czyny, a jednocześnie stanowiący piękną opowieść o stawaniu w obronie niesłusznie oskarżonych oraz walce o sprawiedliwość.  Michał Jedynak /.../
  5. Płonący wieżowiec

    Leave a Comment W San Francisco trwają właśnie przygotowania do uroczystego otwarcia najwyższego budynku na świecie, tak zwanej Szklanej Wieży. Z tej okazji na 135 piętrze tego drapacza chmur ma się odbyć bal z udziałem wielu znamienitych gości. Na imprezie bawić się zamierzają między innymi sam architekt Wieży – Doug Roberts, wraz z niewiastą, którą pragnąłby poślubić oraz właściciel budynku razem ze swą córką i zięciem. Tymczasem podczas pierwszych testów dochodzi do spięcia przewodów elektrycznych. W sumie dość szybko udaje się ustalić przyczynę tego problemu – Roberts odkrywa, że zamiast kabli, które miały być użyte zgodnie z jego wymaganiami, zastosowano w instalacji tańsze zamienniki. Architekt uważa, że taka zmiana, przy tego rodzaju konstrukcji może doprowadzić nawet do pożaru i nalega na właściciela budynku, żeby przełożył otwarcie. Ten jednak odmawia. Szklana Wieża staje się zatem dla zgromadzonych gości śmiertelną pułapką, z której ocalić będą próbować ich strażacy na czele ze swoim komendantem, wspierani przez architekta budynku. Film ten wytrzymuje próbę czasu i wiele jego scen może robić wrażenie i dziś. Akcja jest wciągająca, zwłaszcza że twórcy tej katastroficznej opowieści nie traktują swoich bohaterów jak marionetki, które są tu tylko po to, by ginąć od ognia, czy w jakiś inny efektowny sposób. Pierwszą więc rzeczą, za jaką można pochwalić ten film, jest taki sposób prowadzenia narracji, by widz współczuł bohaterom i żywił nadzieję, że ocaleją. Warto to docenić, gdyż przyjazne nastawienie wobec ofiar i budowanie u widzów empatii wcale nie jest we współczesnym kinie oczywiste. Obraz ten słusznie również piętnuje chciwość i ludzką pychę, które często stoją za tego rodzaju katastrofami. Zwłaszcza to pierwsze jest tutaj uwypuklone, przywodząc na myśl stwierdzenie Pisma świętego, iż korzeniem wszelkiego zła jest miłość pieniędzy (1 Tm 6, 10). Widzimy to zwłaszcza na przykładzie zięcia właściciela Szklanej Wieży, Rogera Simmonsa, który instaluje w budynku gorsze niż zalecał architekt, ale tańsze kable, dzięki czemu zarabia dodatkowo na łapówkach oraz oszczędza budżet inwestycji. Jako że te tańsze materiały i tak spełniają obowiązujące normy budowlane, a oszczędności cieszyły wymagającego teścia, Simmons twierdzi, że nie ma sobie nic do zarzucenia. Jeśli chodzi o pychę, to można mówić o czymś takim, co od czasów Wieży Babel skłania ludzkość do przeceniania swoich aktualnych możliwości. A co za tym idzie wznoszenia jak największych i najokazalszych budowli, właściwie dla popisu, gdy mniejsze, ale za to pewniejsze konstrukcje, równie dobrze spełniałyby te same praktyczne i estetyczne funkcje. Chodzi o ten rodzaj pychy, który każe nam wierzyć, że człowiek jest w stanie stworzyć coś naprawdę niezniszczalnego, na przykład statek, którego „sam Chrystus nie zatopi”. Inną ważną zaletą filmu, właściwie wybijającą się w nim na pierwszy plan, jest podkreślanie, jak ważne jest (zwłaszcza w przypadku mężczyzn) branie odpowiedzialności za własne czyny i dzieła. Brak podjęcia takiej odpowiedzialności zostaje tu nawet wyraźnie ukarany. Z pozytywnych przykładów zaś na pierwszy plan wysuwa się oczywiście postawa architekta budynku – Douga Robertsa. Mężczyzna ten, chociaż mógłby czuć się zwolniony z odpowiedzialności, gdyż przy budowie zignorowano jego zalecenia co do instalacji elektrycznej, uznaje się sam za winnego, gdyż wcześniej nie zainteresował się, czy nie dochodzi przy budowie do takich nieprawidłowości. Trudno powiedzieć, w jakim stopniu rzeczywiście było to z jego strony niedopatrzeniem, w każdym razie przez większą część filmu widzimy tego bohatera, jak ciągle naraża swoje życie, by ratować ludzi uwięzionych w budynku i służy swoją wiedzą strażakom. Innym dość pozytywnym przykładem jest postawa właściciela budynku. Człowiek ten wprawdzie przez swoją pychę, skutkującą odmową odwołania balu, przyczynia się do zwiększenia rozmiarów tragedii, jednakże, kiedy uświadamia sobie grozę sytuacji, również stara się zrobić, co w jego mocy, żeby ocalić jak największą liczbę ludzi. Nadto, mogąc ratować się wcześniej, postanawia opuścić budynek jako ostatni, dopiero kiedy inni wyjdą bezpiecznie. W filmie tym poświęcone jest oczywiście dużo miejsca na pochwałę bohaterskiego ratowania życia bliźnim, szczególne jednak uznanie oddaje się tu pracy strażaków, o czym wprost jest już mowa w napisach początkowych. Jest to tym bardziej słuszne, że dobrze wykonywany zawód strażaka w szczególny sposób kojarzy się z wypełnianiem miłości bliźniego w praktyce i szczególnie trudnych okolicznościach. Z innych zalet tego obrazu wymienić też można fakt, że niektóre z pokazanych w nim postaci w obliczu zagrożenia śmiercią dokonują pewnego rozrachunku swojego życia. W wyniku czego dochodzą nawet do wniosku, że pewne rzeczy, które czyniły były złe, a inne należałoby może przewartościować. Jeśli chodzi o negatywne aspekty filmu, to dotyczą one wątków pobocznych. Mamy tu więc bezkrytycznie sugerowane (choć nie pokazane) współżycie niezaślubionych par. W przypadku pierwszej z par wszystko wskazuje na to, że są to osoby wolne, jeśli chodzi o drugą, to sytuacja przedstawia się jeszcze gorzej, gdyż para ta najwyraźniej ukrywa się przed światem, co sugeruje, że jedno z partnerów (lub oboje) ma jakiegoś współmałżonka, którego właśnie zdradza. Na domiar złego ten wątek jest dość wyraźnie romantyzowany, a nie potępiany przez twórców filmu. W obrazie tym zasadniczo nie ma nagości, nawet w przypadku wątku cudzołóstwa, postaci obojga płci są jednak w tych scenach dość nieskromnie ubrane (czy raczej rozebrane). Nieskromność ubioru występują też w scenach balowych, zwłaszcza ukochana architekta budynku nosi suknię, która miejscami więcej odsłania, niż zasłania. Pokazywane są tu też w pozytywnym kontekście namiętne pocałunki osób sobie niepoślubionych. Choć warto pochwalić film za to, że nie pokazuje intymnych zbliżeń między parami nawet przez krótką chwilę. Z wyraźnie złych rzeczy, które można tutaj zauważyć, trzeba też niestety wspomnieć o tym, że zostało w filmie użyte na daremno imię Boże. Kończąc, warto też zwrócić uwagę na jeszcze jedną zaletę filmu, podkreślaną przez użyte w oryginalnym tytule słowo „inferno”, w dosłownym znaczeniu określające piekło. Oglądanie bowiem przez niemal trzy godziny ludzi w obliczu śmierci, otoczonych szalejącym ogniem, nawet u najbardziej sceptycznych widzów może budzić pewne skojarzenia i myśli. Krótko mówiąc, można ten obraz uznać za, raczej niezamierzoną przez twórców, ale jednak katechezę, o tym, że istnieje też rodzaj ognia dla zatwardziałych grzeszników, którego jednak nie da się ugasić. Marzena Salwowska /.../
  6. Więzienny eksperyment

    Leave a Comment Film ten opowiada o słynnym eksperymencie doktora Philipa Zimbardo polegającym na tym, iż 24 studentów podjęło się odgrywania roli osadzonych w więzieniu skazańców i pilnujących ich strażników. Mimo że osobom, które miały grać rolę strażników stanowczo zakazano uderzania „więźniów” i znęcania się nad nimi, eksperyment ten szybko przerodził się w ciąg wydarzeń charakteryzujących się właśnie co najmniej psychicznym pastwieniem się tych pierwszych nad tymi drugimi. Na płaszczyźnie moralnej oraz światopoglądowej produkcja ta jest warta polecenia, gdyż w jasny sposób wskazuje na biblijną i tradycyjnie chrześcijańską prawdę o tym, że „wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej” (Rzymian 3, 23). Pokazuje ona bowiem, że zwyczajni i normalni ludzie wydający się na co dzień nie przejawiać sadystycznych czy psychopatycznych skłonności, są zdolni do popełnienia poważnych nieprawości w sprzyjających ku temu okolicznościach. Film ów mimo wszystko nie zostawia jednak widzów samych z sobą z tą konkluzją, która zdaje się pesymistyczna, ale pokazuje też budujące moralnie postawy, jak chociażby ta jednego z grających rolę „więźniów” studentów, który w obliczu niesprawiedliwości i nadużywania swych uprawnień przez „więziennych strażników” wybiera raczej dalsze cierpienie niż podporządkowanie się ich chorym zachciankom. Ponadto, sam doktor Zimbardo mimo że początkowo chce kontynuować swój eksperyment, chociaż widzi już, do jakiego zdziczenia doprowadza on „strażników”, w pewnym momencie jednak decyduje się na jego przerwanie, co najpewniej zostało spowodowane przez zdrowe odruchy jego sumienia. Chociaż omawiany obraz zasługuje, zasadniczo rzecz biorąc, na pochwałę doradzamy jednak ostrożność w zapoznawaniu się z nim z powodu dużej ilości wulgarnego języka oraz pewnego rodzaju grozy tam ukazanej polegającej na mnogości psychicznej przemocy. Nie jest to więc raczej film dla dzieci czy osób w wieku wczesnonastoletnim. Mirosław Salwowski /.../
  7. Gwiazda szeryfa

    Leave a Comment Do typowego miasteczka na Dzikim Zachodzie przybywa łowca nagród, Morgan „Morg” Hickman, by zainkasować sporą sumę za przestępcę, którego ciało przywiózł ze sobą. Wypłata wymaga jednak dopełnienia pewnych formalności, co zmusza Hickmana do zatrzymania się na kilka dni w tymże miejscu. Ponieważ w hotelu nie jest mile widziany, zatrzymuje się w wolnym pokoju u Nony Mayfield, białej wdowy po Indianinie, która samotnie wychowuje syna. Podczas tego przymusowego postoju Morg zostaje wciągnięty w konflikt między miejscowym szeryfem, Benem Owensem, a żądnym władzy w miasteczku rewolwerowcem, Bartem Bogardusem. Jako były szeryf zgadza się on nauczać młodego stróża prawa, dzieląc się swoją wiedzą i doświadczeniem. Tymczasem w miasteczku dochodzi do bandyckiego napadu i dwóch mordów. Sytuacja ta okaże się prawdziwym chrztem bojowym dla Bena, który nie tylko będzie musiał ująć sprawców zbrodni, ale także powstrzymać wzburzonych mieszkańców miasteczka, którym przewodzi Bogardus, przed dokonaniem linczu. Film ten pomimo upływu czasu i pewnej przewidywalności rozwoju akcji oraz wyborów, jakich dokonają poszczególni bohaterowie, zachowuje swoją świeżość i wciąż bardzo dobrze się ogląda. Jest to zasługą nie tylko niewątpliwych walorów artystycznych tej produkcji, ale też faktu, że film ten stara się przekazać widzom tylko to, co dobre, pożyteczne i budujące. Jest niezwykle klarowny i czysty w swoim moralnym przekazie i temu chyba zawdzięcza ciągłą świeżość. Ażeby jednak nie opowiadać zbyt wiele widzom, którzy jeszcze nie zetknęli się z tym westernem, wspomnę tylko o kilku mocno tutaj wyeksponowanych wartościach. Mamy tu więc przede wszystkim zarysowany ideał szeryfa – stróża prawa. Ideał ten wyłania się ciekawie z wzajemnych relacji i różnicy poglądów pomiędzy idealistycznym nowicjuszem a jego bardziej pragmatycznym, doświadczonym i pozornie cynicznym mentorem. I tak na przykład pokazane jest, że szeryf nie powinien być skory do używania przemocy, ale kiedy jest to niezbędne, nie powinien się wahać, by sięgnąć za broń. Zresztą jeśli chodzi o pokazanie właściwego sposobu stosowania przemocy przez stróżów prawa, to film ten jest wręcz wzorcowy. Zakłada się użycie jej wobec przestępców, wyłącznie w granicach prawa, spór występuje tylko na polu, czy w ogóle należy i, jeśli tak, to jak dalece można ryzykować własnym życiem po to, by pojmać stawiającego zbrojny opór bandytę żywcem. Wyraźnie też zostały tu zakreślone granice pomiędzy uprawnionym użyciem siły a samosądem, przy czym to drugie jest jasno potępione. Zwraca się uwagę, że lincze są złe między innymi dlatego, że kierują społeczność na drogę zdziczenia i nienawiści, a także pozbawiając przestępców sprawiedliwego procesu, mogą prowadzić do zastosowania „kary śmierci” niezależnie od stopnia winy poszczególnych sprawców. Film ten w dużym stopniu opowiada też o tym, jak ważne jest podejmowanie obowiązków przez młodych ludzi i dorastanie przez nich do swojego powołania. Mamy tutaj też na przykładzie niektórych szanowanych obywateli miasteczka potępiony pewien rodzaj faryzeizmu. Otóż owi miejscowi notable jawnie pokazują swoją pogardę wobec łowcy nagród, z którego usług jednak chętnie korzystają. Mimo że działa on w sposób uczciwy i praworządny wykonując bardzo ryzykowną pracę pogardzany jest jako człowiek od „brudnej roboty”, którą inni nie chcą pobrudzić sobie czystych dłoni, jednocześnie zakładając, że musi być ona, tak czy inaczej wykonana. Z ostracyzmem ze strony społeczności miasteczka spotyka się też wdowa po pewnym Indianinie, również jej syn z powodu mieszanego pochodzenia spotyka się z nieprzyjemnościami. Film ten bardzo wyraźnie piętnuje rasizm. Do tego stopnia, że dziś to może nawet trochę drażnić przez skojarzenia z polityczną poprawnością, gdyż, choć słusznie się tu krytykuję postawę wrogości czy wręcz nienawiści wobec Indian, to już w ogóle nie mówi się o tym, że lęk przed nimi nie wziął się u osadników znikąd. Jednakże jak na rok 1957 tego rodzaju podejście było chyba uzasadnione i dość śmiałe, zwłaszcza wątek małżeństwa białej kobiety z Indianinem, który w ogóle można odczytać jako słusznie krytyczny wobec utrudniania małżeństw pomiędzy różnymi rasami. Jak już wcześniej wspomniałam film ten oferuje widzowi masę pozytywnych treści (poza tu wymienionymi), których dokładne czy chociażby krótkie omówienie nie byłoby możliwe bez zdradzania szczegółów scenariusza. Dlatego zdecydowanie zachęcam do jego obejrzenia. Marzena Salwowska /.../
  8. Doktor Strangelove (1964)

    Leave a Comment Trwa zimna wojna. Amerykański generał Jack Ripper niespodziewanie postanawia przekształcić ją w krwawy konflikt między USA a ZSRR i jego satelitami. Samowolnie wydaje rozkaz lotniczego ataku na Sowietów, licząc że zagrożonym ich zemstą Amerykanom nie pozostanie nic innego jak tylko stanąć do walki. Z załogami wysłanych do boju samolotów nie można się skontaktować, gdyż wymaga to znajomości specjalnego kodu, który zna Ripper, a ten jest nieosiągalny, ukrył się bowiem w swej bazie, z której odpiera ataki rządowych wojsk, chcących go zmusić do posłuszeństwa. Towarzyszący mu pułkownik Lionel Mandrake usiłuje przekonać go do zmiany zdania. Tymczasem wychodzi na jaw, że Sowieci zbudowali potężną maszynę zagłady, która  po wykrytym ataku ma się uruchomić automatycznie, niszcząc cały świat. Ta czarna komedia zdążyła się już, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, doczekać statusu „kultowej”, jest wymieniana na różnych listach najlepszych filmów w historii i uważana za jedną z trafniejszych politycznych satyr. Istotnie ciężko nie docenić jej świetnego, pełnego ciekawych i zabawnych dialogów, scenariusza, w którym zachowano idealną wręcz równowagę między stale rosnącym napięciem a niewymuszonym humorem sytuacyjnym, który, nie rozładowując tego pierwszego i nie przesłaniając wagi podejmowanych przez bohaterów decyzji, jednocześnie śmieszy i pozwala się zrelaksować. Nie sposób też nie wyrazić uznania dla gry aktorów wydających się licytować o to, który zagra lepiej, na czele z Peterem Sellersem, grającym tu w różnych charakteryzacjach aż trzy zapadające w pamięć role (włącznie z tytułową). Wreszcie pochwalić trzeba pieczołowitość, z jaką (dysponując bardzo skąpymi danymi) ekipa filmowa odtworzyła sale narad polityków i wojskowych oraz wnętrze wojskowego samolotu do tego stopnia wiernie, iż zaczęto ją (jak się okazało bezpodstawnie) oskarżać o nielegalne pozyskiwanie informacji. Jeśli idzie o moralny i światopoglądowy wydźwięk filmu, trzeba przyznać, iż stanowić on może ciekawy głos w dyskusji na temat tak realiów zimnej wojny, jak i pewnych ogólnych prawidłowości w stosunkach międzynarodowych. Nie będąc jakąś pacyfistyczną propagandą, stawia on pod wielkim znakiem zapytania skrajny militaryzm. Choć bowiem z pewnością nie można rzec, że prewencyjne odstraszanie przeciwników za pomocą siły militarnej jest czymś wewnętrznie złym, to warto uważać, by nie popaść przy tym w przesadę, przekonująco odmalowaną w omawianym dziele w celu ostrzeżenia widzów. Prowadzenie zbyt intensywnego wyścigu zbrojeń ukazane jest tu jako, często motywowane jedynie obsesyjnym strachem, podążanie drogą na manowce. Doprowadza ono do stworzenia broni, której niebezpieczeństwo daleko przewyższa wszelkie zagrożenia widziane przez ludzkość, czyli wspomnianej radzieckiej maszyny zagłady. O jej powstaniu zadecydowano wyłącznie na podstawie pogłosek o tym, iż Amerykanie budują podobną broń, czyli innymi słowy w imię ochrony przed zagrożeniem wyimaginowanym stworzono realne. Widać tu też, iż podobne przesadne zbrojenie się uruchamia błędne koło – dowiedziawszy się o owej broni Rosjan, amerykański generał Turgidson wyraża pragnienie posiadania podobnej (co jak można się domyślać sprowokowałoby przeciwnika do dalszego gromadzenia środków zagłady itd.). Twórcy sceptycznie odnieśli się do prób bronienia takich postaw, na czele z tzw. doktryną wzajemnego zagwarantowanego zniszczenia, z pozoru bardzo racjonalną. Doktryna ta, popularna zwłaszcza w czasach powstawania filmu, mówiła, iż najlepszą (o ile nie jedyną) drogą do osiągnięcia pokoju na świecie jest zbudowanie tak wielkiego arsenału broni masowego rażenia, że w razie konfliktu obie strony (a może i cały świat) ulegną zagładzie wskutek jej użycia. Miało to odstraszać myślące racjonalnie rządy mocarstw przed rzucaniem się sobie do gardeł. Jak widać w omawianym filmie, myślenie takie ignoruje fakt, iż zawieść może czynnik ludzki (nie każdy działa racjonalnie i myśli o przyszłości ludzkości), jak również technika (której pewne cechy, nawet te uważane za największe zalety, mogą w krytycznym momencie okazać się zgubne). Generał Ripper bowiem nie kieruje się zdrowym „instynktem przetrwania”, lecz chcąc sobie zrekompensować niepowodzenia w życiu seksualnym wierzy w teorie spiskowe mówiące, iż za brak ejakulacji odpowiadają komuniści zatruwający wodę i żywność (co jest nawiązaniem do faktycznie pojawiających się kiedyś plotek) i tak zmotywowany wszczyna wojnę z Sowietami, będącą w zasadzie jego osobistą „foliarską” wendettą. Z kolei Sowieci zawodzą, przekładając ogłoszenie powstania swej broni do czasu nadchodzącego zjazdu Partii, na którym chcą zrobić niespodziankę swemu premierowi, przez co pozbawiają maszynę zagłady wszelkiego pożądanego odstraszającego działania, ośmielają atakujących Amerykanów i doprowadzają do tego, że ci „nacinają się” niespodziewanie na ich zasadzkę. Gwoździem do trumny okazuje się zaś sposób działania wspomnianej maszyny, całkowicie z kolei pozbawiony ludzkiej kontroli (przez co miała być ona bardziej „bezwzględna”), który pozbawia świat szans na uniknięcie kompletnego zniszczenia nawet w sytuacji, gdy zwaśnione strony dogadują się i próbują zapobiec katastrofie. Tak oto obnażona zostaje marność ludzkich wysiłków dążących do zapewnienia pokoju wyłącznie poprzez polityczny realizm i powiększanie swej wojskowej siły, co wydaje się potwierdzać biblijne ostrzeżenia, by nie polegać na swym rozsądku (patrz: Prz 3, 5-6) i nie pokładać ufności w potędze militarnej (patrz: Ps 33). Warto też zwrócić uwagę na takie pozytywy owej produkcji jak dość nieprzychylne i szydercze ukazanie wyrachowania posuwającego się do używania wewnętrznie złych środków w służbie narodowi, głównie na przykładzie generała Turgidsona, dla którego nie stanowi problemu potencjalna zagłada ok. 20 mln ludzi, w domyśle także niewinnych cywilów, jeśli tylko pozwala ona na uratowanie 150 mln. Film robi też wyraźne i cenne przytyki pod adresem amerykańskich władz, które wzięły pod swe skrzydła i ochroniły przed karą wielu zasłużonych dla nazizmu naukowców, po to by skorzystać z ich wiedzy, co jawi się jako niesprawiedliwość, a może nawet pozostawienie korzenia, z którego ta ideologia w sprzyjających warunkach może odrosnąć. Reprezentantem tej grupy naukowców jest właśnie doktor ukrywający się pod nazwiskiem Strangelove, doradca prezydenta USA, ewidentnie nie mogący się rozstać z przeszłością (np. nazywa głowę państwa Fuhrerem) i proponujący mu, by wobec garstki ocaleńców wdrożyć eugeniczne, przywodzące na myśl znane z III Rzeszy, metody. Z kolei, co trzeba docenić, najbardziej przychylnie przedstawioną postacią, jaśniejącym przykładem cnót, wydaje się w tym dziele być pułkownik Mandrake, wykazujący się rozwagą, odpowiedzialnością, łagodnością, ale i wielką determinacją, by odwieść Rippera od ataku na ZSRR i ocalić w ten sposób świat. Jeśli chodzi o wątpliwe elementy tego filmu, to należy tu wymienić pewne raczej nieskromne jego elementy, takie jak ukazanie przez chwilę żołnierza przeglądającego „Playboya” (wraz z zawartością tej gazety), zbyt długie ujęcie kobiety w samej bieliźnie oraz kilka wypowiedzi zawierających (dość jednak oględne) seksualne aluzje. Jakby się ktoś uparł może też temu dziełu nadawać na siłę wymowę pacyfistyczną (w potępionym znaczeniu), ale będzie to raczej myślenie życzeniowe, zwłaszcza, że sam Kubrick skrajnym pacyfistą (odrzucającym wojnę jako taką) nie był.  Wobec powyższego zachęcam do (nieco ostrożnego) obejrzenia tego filmu, który choć za oceanem jest niezwykle ceniony, u nas ciągle pozostaje trochę zapomnianym klasykiem kina.  Michał Jedynak /.../
  9. Nienawistna Ósemka

    Leave a Comment Kilka lat po wojnie secesyjnej dwóch łowców nagród – John Ruth, znany jako „Szubienica” i czarny major – Marquis Warren spotykają się na drodze do miasteczka Red Rock. Oboje transportują swoich więźniów, z tą różnicą, że major martwych, a John Ruth żywą przestępczynię, niejaką Daisy Domergue. Z powodu nadciągającej nawałnicy zmuszeni są oni jednak zaplanować postój w gospodzie o nazwie Pasmanteria Minnie. Zanim tam dotrą napotkają jeszcze Chrisa Mannixa, byłego żołnierza Konfederacji, który twierdzi, że jedzie do Red Rock, by objąć tam stanowisko szeryfa. Tak się składa, że sprawnym powozem dysponuje jedynie John Ruth, który po poważnych wahaniach zgadza się zabrać pozostałych bohaterów filmów do gospody Minnie, gdzie poznają następną czwórkę: Boba „Meksykanina”, Oswalda „Małego” Mobraya, Joego „Kowboja” Gage’a i byłego generała Sanforda „Konfederata” Smithersa. Nowo przybyli wkrótce orientują się, że coś w gospodzie nie gra. Między zamkniętą z powodu nawałnicy ósemką narasta wzajemna niechęć i podejrzliwość. Wkrótce też okaże się, że nie wszyscy są tym, za kogo się podają i że ktoś tu zamierza uwolnić Daisy Domergue, przy okazji eliminując każdego, kto stoi na drodze do tego celu. Film ten niestety jest dokładnie tym, czego widz spodziewać się może po produkcji, której scenarzystą i reżyserem jest Quentin Tarantino. Mamy tu więc po pierwszej, dość znośnej części, w której bohaterowie głównie ze sobą rozmawiają, drugą połowę. Ta druga część rozpoczyna się obrzydliwą (choć raczej zmyśloną) opowieścią czarnego majora o tym, jak rzekomo zmusił syna generała Smithersa (zanim go zastrzelił) do seksu oralnego. Major snuje tę odrażającą opowieść, by sprowokować tego zniedołężniałego starca, na którym pragnie się zemścić za mordowanie wziętych do niewoli w czasie Wojny Secesyjnej czarnych żołnierzy. Kiedy generał pierwszy sięga za broń, major może go bezkarnie zastrzelić. Wydarzenie to jest tylko wstępem do krwawej jatki, w której bohaterowie między innymi wymiotują krwią na drugich, odstrzeliwują głowy przeciwnikom czy dokonują „egzekucji” ciesząc się widokiem „tańca na linie”. Wszystko to pokazane jest po części w sposób przesadnie realistyczny, po części przerysowany i komiksowy, tak by balansując pomiędzy tymi dwoma metodami ukazywania przemocy ciągle zachowywać uwagę widza. Tak więc wcześniejsze elementy filmu, takie jak dość ciekawe dialogi czy zarys postaci służą tu raczej za przystawki przed daniem głównym, jakim jest krwawa przemoc, w której reżyser stara się rozsmakować widza. Już samo zabawianie widza perwersyjnie pokazywaną przemocą i odrażająco szczegółowy opis rzekomego wymuszonego aktu sodomii byłby wystarczający do bardzo negatywnej oceny tego filmu. Dochodzą tu jednak jeszcze takie elementy jak kpina z wymiaru sprawiedliwości. W pierwszej części mamy przykładowo postać rzekomego kata (który okazuje się później członkiem bandy Daisy Domergue). Człowiek ten całkiem rzeczowo tłumaczy różnicę pomiędzy uśmierceniem kogoś z wyroku sądu a samosądem. Cała intryga filmu opiera się też na tym, że jeden z łowców nagród – John Ruth nigdy nie ułatwia sobie pracy, zabijając poszukiwanych przestępców, ale zawsze dostarcza ich żywych przed oblicze sprawiedliwości, ze świadomością, że i tak za chwilę zawisną. W ostatnich scenach zaś mamy parodię sprawiedliwości, w której ostatni pozostali przy życiu bohaterowie wieszają Daisy Domergue niejako w hołdzie dla Johna Rutha, zwanego Szubienicą, a także żeby przed śmiercią poniżyć tę kobietę, na którą ich zdaniem „szkoda kulki”. Do tego dochodzi niszczenie pozytywnego etosu westernu, który kojarzy się przecież z gatunkiem, w którym granice między dobrem a złem są dość jasno określone. Istotą zaś tego rodzaju filmów było tradycyjnie pokazywanie procesu cywilizowania Dzikiego Zachodu, w którym dobrzy bohaterowie, często stróże prawa, walczyli z bandytami zmniejszając przez swoje działania zdziczenie tego obszaru. W filmie Tarantino mamy zaś sytuację zgoła inną, kiedy to domniemani stróże prawa – szeryf czy łowcy nagród, nie różnią się poziomem zdziczenia od bandytów, trudno więc żeby to właśnie oni wprowadzali w świat Dzikiego Zachodu jakiś ład czy porządek moralny. Co więcej, to właśnie o ich zbrodniach (z powodu których zdają się nie odczuwać żadnych wyrzutów sumienia) dowiadujemy się najszybciej. Dlatego już łatwiej jest chyba sympatyzować nawet z bandytką Daisy Domergue, która przez większość filmu może być postrzegana wręcz jako ofiara brutalnego Johna Rutha, przez co kojarzy się dość mocno z ofiarą domowej przemocy. Wątpliwa pod względem praworządności i odrażająca w swoim wykonaniu „kara śmierci” wykonana na tej przestępczyni prędzej zatem może zabijać w widzach miłość do sprawiedliwości niż ją pielęgnować. Marzena Salwowska /.../
  10. Skazani na siebie (2021)

    Leave a Comment Film ten opowiada o mieszkającej w Londynie niepoślubionej sobie parze (Lindzie i Paxtonie), która mimo zerwania ze sobą romantycznej relacji jest zmuszona – ze względu na trwający lockdown – wciąż przebywać ze sobą pod jednym dachem. Tak Linda, jak i Paxton nie czują się zbyt szczęśliwi w swym życiu. Lindzie uwiera praca w korporacji, zaś Paxton stracił dotychczasowe zatrudnienie i czuje się życiowym nieudacznikiem. Wskutek splotu różnych wydarzeń i okoliczności, para naszych bohaterów postanawia wpaść na pomysł kradzieży wartego przeszło 3 miliony dolarów diamentu. Na płaszczyźnie moralnej oraz światopoglądowej film pt. „Skazani na siebie” (2021) zasługuje na wyraźną krytykę przede wszystkim z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest to, iż w przychylny sposób ukazuje on takie grzechy jak kradzież, kłamstwo oraz oszustwo. Fabuła tej produkcji zmierza bowiem do tego, by widz w życzliwy sposób spojrzał na owe występki popełniane przez postacie tu pokazane. Dodajmy zaś, że te złe uczynki nie są nawet dokonywane w czymś, co moglibyśmy nazwać „ekstremalnymi okolicznościami”, a i tak są odmalowane tak, by widz miał trudność z ich jednoznacznym potępieniem. Drugim powodem, dla którego omawiany film nie zasługuje na pochwałę, jest to, iż wyczuwalny jest w nim sceptycyzm tak wobec chrześcijaństwa, jak i religii jako takiej. Linda i Paxton co prawda stawiają sobie pytania o charakterze egzystencjalnym, jednak nie widać, by odpowiedzi na nie zmierzały w biblijnym oraz tradycyjnie chrześcijańskim kierunku. Mirosław Salwowski /.../