Tag Archive: chrześcijańskie recenzje filmowe

  1. Żeby nie było śladów

    Leave a Comment Sprawa zabójstwa w czasach PRL-u maturzysty Grzegorza Przemyka jest raczej szeroka znana polskiej opinii publicznej. Przypomnijmy jednak ją pokrótce: Grzegorz Przemyk był synem Barbary Sadowskiej, jednej z działaczek ówczesnej opozycji. Gdy w maju 1983 roku świętował razem ze swym przyjaciółmi korzystne zdanie matury, został zatrzymany przez patrol milicyjny, a następnie brutalnie pobity na jednym z warszawskich komisariatów. W dniu wczorajszym wszedł zaś na ekrany polskich kin nowy film fabularny w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego poświęcony właśnie tej sprawie. Produkcja ta oprócz ukazania samego śmiertelnego pobicia, którego ofiarą padł Grzegorz Przemyk, skupia się z jednej strony na staraniach jego przyjaciela Cezarego Filozofa (w filmie zobrazowanego jako Jurek Popiel) mających na celu doprowadzenie do ukarania sprawców tego czynu, z drugiej zaś strony widzom odmalowywana jest cała machina kłamstwa i manipulacji, jaką władze PRL-u zastosowały po to, by odpowiedzialni za śmierć młodego mężczyzny milicjanci uniknęli należnej im kary. I właśnie te dwa główne wątki tego obrazu stanowią o jego zasadniczo dobrej moralnie wymowie. Na przykładzie Jurka Popiela w filmie pokazany został bowiem wzór osoby uczciwej i odważnej, która wbrew licznych trudnościom oraz poważnym nieprzyjemnościom, jakie go spotykają, postanawia walczyć o prawdę i sprawiedliwość. Oczywiście, to nie znaczy, że wszystkie czyny i zachowania tego człowieka (np. brak szacunku wobec ojca, wulgarna mowa), które są tutaj pokazane zasługują na pochwałę – jednak jego zasadnicza postawa w omawianej kwestii, już za taki godny naśladowania wzór może być stawiana. Od strony zaś bardziej „negatywnej” twórcy filmu potrafili nam w sugestywny sposób odmalować moralną brzydotę postępowania władz (a raczej ich pokaźnej części) „Polski Ludowej” w odniesieniu do tej sprawy. Napisałem powyżej o złym postępowaniu „pokaźnej części” owych władz, gdyż w filmie zostało także pokazane, iż nie wszystkie osoby sprawujące wówczas ważne funkcje publiczne zgadzały się na kłamstwa i manipulacje popełniane w tej sprawie. Co prawda, ogrom tych nieprawości może sprawiać wrażenie przytłaczającego, ale z drugiej strony pamiętajmy, że pośród tych ciemności przebija się tu jasny promień szlachetnej postawy głównego bohatera. Tak czy inaczej zaś, bardzo niedobrze jest, gdy władze cywilne, zamiast używać dany sobie przez Boga „miecz” do karania „zła i złych” (por. List do Rzymian 13, 1-4), stosują go w celu ochrony złoczyńców. Tym bardziej warto w owym miejscu przypomnieć biblijne napomnienia skierowane do osób sprawujących rządy: Słuchajcie więc, królowie, i zrozumiejcie, nauczcie się, sędziowie ziemskich rubieży! Nakłońcie ucha, wy, co nad wieloma panujecie i chlubicie się mnogością narodów, bo od Pana otrzymaliście władzę, od Najwyższego panowanie: On zbada uczynki wasze i zamysły wasze rozsądzi. Będąc bowiem sługami Jego królestwa, nie sądziliście uczciwie aniście prawa nie przestrzegali, aniście poszli za wolą Boga, przeto groźnie i rychło natrze On na was, będzie bowiem sąd surowy nad panującymi. Najmniejszy znajdzie litościwe przebaczenie, ale mocnych czeka mocna kara. Władca wszechrzeczy nie ulęknie się osoby ani nie będzie zważał na wielkość. On bowiem stworzył małego i wielkiego i jednakowo o wszystkich się troszczy, ale możnym grozi surowe badanie (Księga Mądrości 6, 1-8). Co do zaś wad i ułomności tego filmu, to tradycyjnie już dla nas, wskazujemy, iż za takową postrzegamy nadmiar wulgarnej mowy. Mimo wszystko myślimy, że – w pewnym sensie – brutalna tematyka – tym podobnych produkcji, nie musi w sposób konieczny prowadzić do eksponowania wulgaryzmów. Dobrze jednak, że twórcy filmu nie eksponowali w nim takich rzeczy jak seks, obsceniczność czy nieskromność. Mirosław Salwowski /.../
  2. Pretty Woman

    Leave a Comment Nowojorski multimilioner Edward Lewis przyjeżdża do Los Angeles w interesach. W mieście tym jest również gościem na przyjęciu u swego prawnika. Znudzony jednak imprezą, szybko opuszcza dom gospodarza, w dodatku jego autem, gubi się jednak w Hollywood i nie wie, jak trafić do hotelu. O drogę pyta jedną z prostytutek z Alei Gwiazd. Dziewczyna, o imieniu Vivian, zgadza się za opłatą pomóc nieznajomemu. Jak można się łatwo domyślać, ta przypadkowa znajomość nie kończy się na niewinnej usłudze wskazania drogi. Edward zaprasza Vivian do hotelu, płaci jej za całą noc, a później wynajmuje na tydzień za 3000 dolarów. Mężczyzna jednakże oprócz usług seksualnych oczekuje od Vivian, że będzie odgrywać rolę jego „dziewczyny” w towarzystwie. By dobrze wypaść w tej roli, Vivian kupuje (na koszt klienta) stosowne ubrania, a nawet pobiera coś w rodzaju lekcji etykiety od życzliwego jej właściciela hotelu. Mamy tu więc czytelny schemat uwspółcześnionej wersji o Kopciuszku. Rzecz zatem kończy się zgodnie z przewidywaniami – „książę” zakochuje się w pogardzanej dziewczynie i, jak sugeruje zakończenie, będą żyć razem długo i szczęśliwie … Film ten jest niestety prawdopodobnie jednym z bardziej szkodliwych w historii kina, choć szkodzenie umysłom młodych kobiet nie było raczej celowym zamiarem jego twórców. Raczej zawinił tutaj brak wyobraźni, połączony z chęcią stworzenia historyjki, która się łatwo sprzeda. W czym leży problem chyba najlepiej ujęła pani Irena Dawid-Olczyk, prezes Fundacji La Strada na spotkaniu z Richardem Gere (filmowy Edward Lewis), który odwiedził Polskę w roku 2019. W rozmowie z aktorem stwierdziła ona, że film ten ma negatywny wpływ na wybory młodych kobiet, które wierzą, że prostytucja jest drogą do sukcesu. Trudno się nie zgodzić z takim stwierdzeniem, kiedy spojrzy się choć przez chwilę uważniej na sposób ukazania prostytucji w tym filmie. Zarabianie na seksie okazuje się dla Vivian istną trampoliną sukcesu – na początku pozwala jej spłacać czynsz (na co rzekomo nie pozwalała praca kelnerki), uniezależnić się finansowo, by w końcu zdobyć „mężczyznę swego życia” i mimochodem też ogromne pieniądze. A wszystko to dzięki prostytucji. Oczywiście zdarza się również w prawdziwym życiu, że nawet bardzo złe moralnie rzeczy mają jakieś dobre skutki, jednakże tu raczej prostytucja nie jest pokazana w tym duchu. To znaczy nie jest ona pokazana jako zła sama w sobie. Widzimy raczej, jak główni bohaterowie w trakcie realizacji „kontraktu” dobrze się bawią, zapewne też szybciej niż w normalnych warunkach zaczynają się wzajemnie poznawać i lubić. Prostytucja więc sama w sobie może jawić się nie jako aż tak zła. Z drugiej zaś strony brak przeciwwagi dla tego obrazka w filmie, niewiele się w nim mówi o mrocznej stronie tego procederu. Nietrudno więc wyobrazić sobie negatywny wpływ tej komedii na jakąś młodą dziewczynę, która ma jeszcze przysłowiowe „siano w głowie” i nie dość „ugruntowane cnoty niewieście”. Gwoli sprawiedliwości film ten poza ewidentnymi wadami ma też pewne zalety, które nieco łagodzą jego negatywną ocenę. Po pierwsze mimo wszystko Vivian ostatecznie decyduje się zerwać z prostytucją. Po drugie słusznie napiętnowany zostaje tu sposób zarobkowania Edwarda, który bezwzględnie wykorzystuje problemy finansowe różnych przedsiębiorstw, przejmując je (nie zawsze uczciwie) po to, by z zyskiem sprzedać te firmy „po kawałku”. W ten sposób zbija on ogromny majątek na ludzkich problemach, niczego nie budując, nie tworząc, nie wnosząc nic pożytecznego do życia innych ludzi. Film ten słusznie więc piętnuje ludzką chciwość i pokazuje pewne zagrożenia kapitalizmu. Pod wpływem Vivian Edward postanawia zmienić ten sposób prowadzenia swoich interesów, co jest oczywiście przykładem pozytywnej zmiany moralnej. W mniejszym stopniu docenić też można fakt, że twórcy filmu aż tak bardzo nie wykorzystywali okazji, jakie stwarzała im tematyka filmu, by zasypywać widza różnymi obscenicznymi scenami czy dialogami. Można powiedzieć, że takich rzeczy jest tutaj – w stosunku do tematu – relatywnie niewiele. Trudno natomiast jednoznacznie pozytywnie ocenić sam „happy end” tego filmu, bo trzeba pamiętać, że Edward jest człowiekiem rozwiedzionym i nie mamy tu bliższych informacji na temat jego małżeństwa (np. czy był to związek cywilny czy kościelny?). Jest więc możliwe, że po wyjściu z prostytucji główna bohaterka wplątuje się tu w stały związek z żonatym mężczyzną, co trudno uznać za naprawdę szczęśliwe zakończenie. Marzena Salwowska /.../
  3. Percy

    Leave a Comment Ogólnie rzecz biorąc, lubimy tego rodzaju filmy co oparty na prawdziwych wydarzeniach „Percy”. Nie dość bowiem, że odwołują się one do klasycznego motywu starcia potężnych „złych” z maluczkim „dobrym” to fakt, iż są one oparte na prawdziwych historiach, dodaje nam iskry nadziei, że i w realnym życiu reprezentowane przez „maluczkich” tego świata dobro może wygrać ze „złem”, za którym stoją wielcy tego świata (a więc np. korporacje, politycy, wpływowe mass media). A nawet, gdy „dobrzy” nie do końca wygrywają w takich filmach, to sama ich niezłomna walka dodaje nam otuchy i być może w jakiejś tam choćby bardzo małej cząstce inspiruje nas, by przynajmniej czasami być w swym życiu trochę bardziej odważnymi, uczciwymi i walecznymi. W filmie „Percy” widzimy więc prawdziwą historię kanadyjskiego farmera (Percy Schmeisera), który wdał się w spór z korporacją Monsanto zajmującą się patentowaniem nasion genetycznie modyfikowanych (tzw. GMO). Rzecz tyczyła się tego, iż ów koncern miał oskarżyć Schmeisera o to, że miał on do swych upraw używać opatentowanych przez tę firmę nasion. Sam Schmeiser z kolei twierdził, iż nie używał owych nasion w sposób świadomy i że takowe miały znaleźć się na jego uprawach przywiane przez wiatr z sąsiednich pól, albo też miały one wypaść z ciężarówek je przewożących. Z biegiem czasu Percy staje się ikoną rolników sprzeciwiających się GMO. Niemal wszystko byłoby więc z tym filmem w porządku, gdyby nie nasz brak pewności, iż jego twórcy nie byli zbyt jednostronni w pokazaniu tej historii. Chociaż bowiem mamy naturalną sympatię do stawania po stronie mniejszych i słabszych w ich starciu z większymi i silniejszymi, to nie zawsze musi być tak, że ci pierwsi mają w automatyczny sposób 100 procent racji. W przypadku zaś Percy Schmeisera można zastanawiać się, czy aby na pewno cała słuszność była po jego stronie. Jak bowiem pisze na łamach tygodnika „Polityka” p. Marcin Rotkiewicz: Percy Schmeiser bronił się, że odmiana GMO dostała się na jego pole bez czyjejkolwiek wiedzy i skaziła niemal całą uprawę. Zatem to on, a nie koncern, jest prawdziwą ofiarą. Zeznający przed sądem eksperci stwierdzili jednak ponad wszelką wątpliwość, że aż 97 proc. wysianego przez rolnika rzepaku było odmianą zmodyfikowaną genetycznie. Takiej koncentracji nie da się wytłumaczyć ani przypadkowym zapyleniem (bo i taką wersję prezentował Schmeiser), ani wywrotką nawet całej ciężarówki z transgenicznymi nasionami. Poza tym dowiedziono, że celowo selekcjonował rzepak GMO za pomocą środka chwastobójczego i zachował go do zasiewu. Podsumowując, sporo kombinował, jak użyć nasion Monsanto bez płacenia za nie. Ponadto, omawiany film zdaje się wpisywać w nurt przedstawiający GMO w kategoriach „samego zła”, ale czy tego rodzaju podejście jest prawidłowe, trudno jest nam ocenić. Oczywiście, samo nazewnictwo tejże praktyki, czyli „genetyczne modyfikowane” nie brzmi zachęcająco, ale nasz Pan Jezus Chrystus mówił: „Nie sądźcie z zewnętrznych pozorów, ale wydajcie wyrok sprawiedliwy” (J 7, 24), dlatego też nie powinniśmy się w wydawaniu bardziej kategorycznych opinii zatrzymywać na takich zewnętrznie zniechęcających oznakach. Niżej zaś podpisany, nigdy nie interesował się bliżej kwestią GMO, więc tym bardziej trudno jest mi oceniać moralną i światopoglądową słuszność omawianego filmu w tym konkretnym aspekcie. Zbliżając się powoli do końca tej recenzji, film ten można pochwalić za brak wulgarności, seksu, obsceniczności i zbyt wyrazistej przemocy, choć akurat jego tematyka i tak nie stwarzała większego pola do popisu w eksponowaniu tym podobnych scen. Za plus można tutaj uznać też, ukazanie, iż główny bohater jest wierzącym chrześcijaninem (którego jednak podejście do świętowania niedzieli jawi się w jednej scenie jako dość dwuznaczne). W jednym z wątków Percy Schmeiser odwiedza z kolei Indie, gdzie styka się z fałszywym, bałwochwalczym wierzeniem o świętości krów – nie zostaje to przez niego krytycznie skomentowane, co może część widzów utwierdzać -w i tak już mocno rozpowszechnionej -herezji obojętności i pluralizmu religijnego. Podsumowując: tak jak lubimy filmy z tradycyjnym motywem -starcie – pozornie słabszego – dobra, z – pozornie silniejszym złem, to nie mamy pewności, czy aby na pewno historia tu pokazana w 100 czy choćby powiedzmy 90 procentach w rzetelny sposób pokazuje przykład takiego zderzania. Mirosław Salwowski /.../
  4. Śniadanie u Tiffany’ego

    Leave a Comment Do pewnej eleganckiej kamienicy w Nowym Jorku wprowadza się początkujący pisarz Paul Varjak. W miejscu tym szybko zaprzyjaźnia się ze swoją sąsiadką mieszkającą z bezimiennym kotem – uroczą i ekscentryczną Holly Golightly. Młody mężczyzna, mimo że jest utrzymankiem pewnej zamożnej kobiety, szybko ulega urokowi nowo poznanej dziewczyny i pragnie się z nią związać. Ta jednak zdaje się marzyć raczej o poślubieniu któregoś ze swoich licznych bogatych adoratorów … Scenariusz tej może najbardziej rozpoznawalnej i jednej z najciekawszych komedii romantycznych w historii kina oparty został na opowiadaniu Trumana Capote’a z 1958 roku pod tym samym tytułem. Jednakże twórcy filmu na tyle odeszli od pierwowzoru, że produkcję tę można rozpatrywać w zasadzie niezależnie od niego. Film ów pomimo poważnych zastrzeżeń ocenić można pozytywnie, gdyż rozwój głównych bohaterów pod wpływem przyjaźni i miłości prowadzi do tego, że zmieniają się obydwoje na lepsze i przynajmniej po części zrywają ze swoim próżniaczym i niemoralnym życiem. Obraz ten w jakiś sposób pokazuje pozytywny wpływ jaki, zgodnie z Bożym zamysłem, mogą wywierać wzajemnie na siebie zakochany mężczyzna i niewiasta, jeśli nie dominuje w ich relacji egoizm. W przypadku Paula jest to pokazane w prosty i jednoznaczny sposób – zmiana stylu życia jest u niego szybka i oczywista, tak samo jak jego przyjaźń wobec Holy, pragnienie opiekowania się nią i jej dobra. Pod wpływem swojej znajomości z panną Golightly ów młody mężczyzna dość szybko i zdecydowanie porzuca wygodne życie utrzymanka zamężnej kobiety, postanawiając zarabiać na życie w bardziej godziwy sposób. Do pozytywnej zmiany swojego próżniaczego i ryzykownego stylu życia (przez kontakty z półświatkiem dziewczyna ociera się o więzienie) zmierza również Holy, chociaż bardziej niepewną i okrężną drogą. Ta „okrężność” wynika nie tyle z (pozornego raczej) wyrachowania tej bohaterki, co głównie z jej emocjonalnego rozchwiania, rozmaitych lęków i fiksacji. Film więc pokazuje też pozytywną możliwość przełamania takich nawet głęboko zakorzenionych lęków, uprzedzeń czy zranień poprzez decyzję „wyjścia ze swojej klatki”. Jakie są natomiast negatywne aspekty tego filmu? Zacznijmy od bardzo niejasnego przedstawienia sposobu życia i zarobkowania głównej bohaterki. O ile jeśli chodzi o Paula sprawa pokazana jest wprost, to znaczy, jest on utrzymankiem zamożnej kobiety, to kwestia zarobkowania Holy jest mocno zawikłana. Nie wiadomo, czy twórcy filmu „puszczają do widza oko”, czy rzeczywiście sami wierzą, że samotna dziewczyna z ubogiej rodziny jest w stanie utrzymać elegancki apartament w Nowym Jorku z napiwków od adoratorów, które otrzymuje „na toaletę”. Panna Golightly jest tutaj więc rodzajem „amerykańskiej gejszy” (zgodnie ze słowami samego Trumana Capote). Co znaczy właściwie, że trudno określić, czy zajmuje się ona prostytucją, czy jest to coś z pogranicza. Z pewnością nie ma ona określonego „cennika usług” i nie czuje się zobowiązana, by za każdym razem „odwdzięczać się” za napiwki na toaletę czy drogie prezenty, jednakże widz może się domyślać, że Holy potrzebuje też bardziej hojnych i stałych adoratorów, by utrzymać się na takim poziomie, mieszkając w drogiej dzielnicy i urządzając huczne imprezy. Z jednej strony można by powiedzieć, że to dobrze, iż sposób życia panny Golightly został pokazany w tak oględny sposób, z pełną dyskrecją; z drugiej jej nadmiernie wystylizowany wizerunek głównej bohaterki może być pociągający dla młodych i naiwnych dziewczyn, które mogą sądzić, że bogaci mężczyźni będą obsypywać je prezentami i pieniędzmi, nie oczekując od nich prędzej czy później „świadczeń seksualnych.” Poważną i jednoznaczną wadą filmu jest natomiast to, że pokazuje z pewną sympatią, a co najmniej pobłażliwością różne złe zachowania takie jak kradzieże w sklepach („dla sportu”), okazjonalne upijanie się, zakłócanie spokoju sąsiadom, nazbyt poufałe tańce, niezbyt skromne ubiory czy nawet odwiedzanie klubów ze striptizem. Inna rzecz, że takie zachowania są pokazywane raczej bez epatowania nimi i po części jako przejaw pustego i niezbyt chwalebnego życia śmietanki towarzyskiej Nowego Jorku. Z niewątpliwą jednakże sympatią, którą trudno wytłumaczyć, pokazany tu został grzech kradzieży i to na dodatek popełniony dla czczej rozrywki. Podsumowując, film ten pomimo poważniejszych zastrzeżeń, zdaje się prezentować jednak co do głównego wątku pozytywne moralnie przesłanie, nadto większość złych rzeczy pokazuje on raczej oględnie, w sposób który nie powinien zgorszyć dorosłego widza. Marzena Salwowska /.../
  5. Siedem sióstr

    Leave a Comment Koniec XXI wieku. Walcząc z przeludnieniem, rząd USA wprowadza „politykę jednego dziecka”, która jest drastycznie egzekwowana. „Nadprogramowe” dzieci są wyłapywane, odbierane rodzicom przez służby bezpieczeństwa i przewożone do tzw. ośrodków dziecięcej alokacji, w której rzekomo są hibernowane, do czasu kiedy sytuacja na świecie zmieni się na lepsze. Tymczasem w rodzinie Settmanów młoda kobieta, Karen, rodzi siedem dziewczynek. Wyczerpana porodem samotna matka umiera zaraz po wydaniu na świat dzieci w podziemnej klinice. Opiekę nad bliźniaczkami przejmuje ich dziadek, który rejestruje tylko jedną z dziewczynek, jednak wychowuje wszystkie w swoim mieszkaniu. Po to by zapewnić wnuczkom odrobinę normalności, mężczyzna wymaga od nich, by, zachowując swoją indywidualność w czterech ścianach domu, na zewnątrz dzieliły jedną wspólną tożsamość – Karen Settman. Tylko bowiem jako oficjalnie zarejestrowana Karen każda z nich może wychodzić na zewnątrz w dzień tygodnia, który jednocześnie jest jej imieniem (Poniedziałek wychodzi w poniedziałki, Wtorek we wtorki, itd.). Panny Settman uczone są od małego, jak ważne jest, by trzymały się tego systemu. Tym większym szokiem jest dla nich, gdy pewnego dnia „Poniedziałek” nie wraca do domu po pracy w korporacji. Świadome, że to zniknięcie zagraża bezpieczeństwu całej rodziny, kobiety robią wszystko, żeby dowiedzieć się, co stało z siostrą. Tego zadania nie ułatwia im fakt, że znalazły się na celowniku służb specjalnych, podległych w rzeczywistości niejakiej Nicolette Cayman, która jest głównym autorem planu „dziecięcej alokacji”. Istnienie aż siedmiu dorosłych sióstr w oczach pani Cayman ośmiesza cały jej plan i grozi jego ruiną, dlatego swoim poddanym zleca zabicie bliźniaczek. Gdyby brać pod uwagę jedynie tematykę i przesłanie tego filmu, to niewątpliwie zasługiwałby on na pozytywną uwagę i dobrą ocenę. Sam scenariusz tego obrazu wydaje się bowiem całkiem prawdopodobny, jeśli chodzi o oparte na chińskim wzorcu pomysły na walkę z prawdziwym czy rzekomym przeludnieniem za parę dekad. Zaletą tego filmu jest więc to, że stanowi dystopijne ostrzeżenie przed nader prawdopodobnym scenariuszem, tego co rzeczywiście może zdarzyć się w przyszłości. Docenić można też fakt, że tego rodzaju pomysły na kontrolę urodzin zostały tu pokazane w wyraźnie złym świetle, jako zbrodnicza działalność, która powinna spotkać się z należną karą. Z zakończenia filmu dowiadujemy się nawet, że Nicolette Cayman oczekuje za swoje czyny na egzekucję. Ważne jest pokazanie, iż pani Cayman, mimo iż w swoim mniemaniu jest dobroczyńcą ludzkości, to w istocie jest zadufaną w sobie zbrodniarką, która myśli, że ma prawo poświęcać niewinne ludzkie życia po to, by zbudować „nowy lepszy świat”. Jej przeciwieństwem jest tutaj, rzec można, dziadek siedmiu sióstr, który ceni jako dar życie każdej z nich i w naturalny sposób staje na straży życia oraz rodziny. Ostatecznie też to jego postawa wygrywa i okazuje się słuszna w całej tej historii. Niestety to zasadniczo dobre moralnie przesłanie i ważna tematyka filmu zostały utopione w rynsztoku różnych złych rzeczy. Przede wszystkim chodzi tu o nadmiar krwawych i często wyrafinowanych scen przemocy oraz scenę seksu o bardzo lubieżnym i perwersyjnym charakterze. Jeśli chodzi o przemoc, to wprawdzie akcja filmu po części ją uzasadnia, gdyż siostry muszą się jakoś bronić przed niesprawiedliwą napaścią, mimo to widać, że jest ona przede wszystkim nakierowana na szokowanie i przyciąganie widza do ekranu, a rozwój akcji jest tu raczej pretekstem do pokazywania przemocy niż przyczyną, dla której się ją pokazuje. Obleśność zaś sceny seksu dodatkowo podkreśla jeszcze jej kontekst – siostry namawiają jedną spośród siebie, żeby współżyła z narzeczonym zaginionej panny „Poniedziałek” (mężczyzna myśli, że współżyje ze swoją narzeczoną). Przy okazji dowiadujemy się, że „Poniedziałek” lubi być podduszana w trakcie współżycia, a dla siostry, która współżyje z jej narzeczonym, jest to pierwszy raz, choć przedtem lubiła się chełpić przed rodzeństwem swoimi rzekomymi licznymi „przygodami erotycznymi”. Jest tu więc nadto pokazana jako moralnie akceptowalna rzecz pozamałżeńskie współżycie, którego celem jest uzyskanie pewnych ważnych korzyści. Podsumowując, jest to jeden z tych filmów, aż proszących się o cenzurę obyczajową, która jest rzeczą dobrą i słuszną, gdyż jedynie nie pozwala na pokazywanie pewnych rzeczy w sposób, który jest sam w sobie grzeszny, gdyż łatwo może prowadzić widza do grzechu. Wystarczyłoby więc wyciąć jedną lubieżną scenę seksu i kilka zbyt drastycznych scen przemocy i film ten byłby moralnie całkiem wartościowym obrazem, nie tracąc zresztą na swojej dynamice. Marzena Salwowska /.../
  6. John Q

    Leave a Comment Film ten opowiada o zdesperowanym ojcu, który nie mogąc zapłacić za przeszczep serca dla swego ciężko chorego syna, postanawia wymusić ów zabieg poprzez wtargnięcie z bronią w ręku na szpitalną izbę przyjęć. John Archibald – bo tak nazywa się główny bohater tego obrazu – bierze więc zakładników i barykaduje się w izbie szpitalnej. Na płaszczyźnie moralnej oraz światopoglądowej film ów jest dwuznaczny, gdyż w przychylny sposób ukazuje niejednoznaczne moralnie zachowanie głównego bohatera. To zachowanie było wątpliwe etycznie, chociażby, dlatego że w realnym życiu straszenie niewinnych ludzi bronią w takim i tak już stresogennym miejscu, jakim jest szpitalna izba przyjęć, mogłoby się skończyć czymś znacznie gorszym, niż zostało to pokazane na ekranie. Poza tym, przeszczep serca który miał uratować syna Johna należy akurat do jednej z bardziej moralnie kontrowersyjnych operacji medycznych. Taki zabieg może być bowiem wykonany tylko na osobie, u której stwierdzono tzw. śmierć mózgową, a nie coś – co tradycyjnie uznawano za rzeczywisty kres ludzkiego życia – śmierć serca. Gdyby zaś przyjąć, iż kryterium śmierci mózgowej jest błędne, to oznaczałoby to, iż serca do przeszczepów pobiera się poprzez wcześniejsze zabijanie niewinnych ludzi. Oczywiście, byłoby to wtedy sprzeczne z tradycyjną moralnością chrześcijańską, która mówi, iż nie należy osiągać dobrych skutków (np. ratować życia) za pomocą złych ze swej natury czynów (np. bezpośredniego zabijania niewinnych osób). Mirosław Salwowski /.../
  7. Droga powrotna

    Leave a Comment Film ten opowiada o byłym koszykarzu (Jacku), który w pewnym momencie zrezygnował z obiecująco rozwijającej się kariery sportowej. Jack, od tego czasu coraz bardziej pogrąża się w kłopotach: jego małżeństwo się rozpada, a on sam nadużywa alkoholu i cierpi na stany depresyjne. Gdy miejscowa szkoła katolicka szuka osoby, która mogłaby podjąć się roli trenera drużyny koszykarskiej, współpracujący z nią duchowny, zwraca się właśnie do Jacka z propozycją objęcia tej funkcji. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej film pt. „Droga powrotna” wydaje się nieść dość silne i pozytywne przesłanie. Główny bohater co prawda jest pijakiem używającym wulgarnej mowy, ale rzeczy te są w filmie karcone, a nadużywanie alkoholu przez Jacka jest ukazywane jako jedno z głównych źródeł jego życiowych problemów. Dodatkowo w produkcji tej została też podkreślona rola wiary chrześcijańskiej i modlitwy. Jeśli chodzi o zastrzeżenia, jakie można wysunąć wobec tego filmu, to jest nim nadmiar wulgarnej mowy. Tradycyjnie przy takich okazjach zwracamy uwagę na to, czy nie dałoby się ukazać pewnych choćby i bardzo ciężkich problemów życiowych bez epatowania widzów wulgaryzmami? Mimo wszystko sądzimy, że – bez większej straty dla dramatyzmu filmów – byłoby to możliwe, czego przykładem są filmy kręcone w USA za czasów panowania tam „Kodeksu Haysa”. Wówczas to bowiem udawało się twórcom filmowym połączyć obrazowanie powagi pewnych nieprawości oraz życiowych problemów z jednoczesnym unikaniem stosowania wulgarnej mowy. Lekką dwuznacznością jest tutaj też jedna wypowiedź padająca z ust Jacka, w której ten zdaje się kwestionować to, iż życie pośmiertne w Niebie jest lepsze od życia na Ziemi. Z drugiej strony co do tej ostatniej rzeczy, to rzeczona wypowiedź jest osadzona w kontekście całego pogmatwanego życia głównego bohatera, a zatem nie należy jej raczej traktować jako zbyt „autorytatywnej” jeśli chodzi o przesłanie, które chcieli nam przekazać twórcy tego filmu. Mirosław Salwowski /.../
  8. Krąg

    Leave a Comment Dwudziestoparoletnia Mae Holland, ambitna stażystka na niezbyt obiecującym stanowisku dostaje propozycję pracy w nowoczesnej korporacji. Firma ta, prowadzona przez charyzmatycznego Baileya nie skupia się wyłącznie na zarabianiu pieniędzy, ale stara się też kształtować przyszłość ludzkości, dzięki technologii zmieniając ją, w swoim przekonaniu, na lepsze. Mae jest zachwycona pracą i możliwościami, które się przed nią otwierają. Szybko staje się bardziej wyznawcą filozofii korporacji Baileya niż zwykłym pracownikiem. Dziewczyna ma zresztą również materialne powody do zadowolenia – jej potencjał zostaje szybko zauważony, ma nie tylko dobrze płatną pracę, ale firma pokrywa nawet koszty leczenia jej chorego na stwardnienie rozsiane ojca. Jednym zdaniem – praca marzeń. Kiedy więc kierownictwo firmy proponuje Mae „zadanie specjalne”, ta zgadza się bez wahania. Otóż ma być ona, dzięki najnowszej kamerze Baileya, pierwszą osobą na Ziemi, której życie będzie w pełni transparentne. Poza kilkuminutowymi przerwami na toaletę, życie May ma być bowiem widoczne w czasie rzeczywistym dla wszystkich użytkowników Kręgu. Jak się łatwo domyślić, takie upublicznianie prywatności przez pannę Holland, wkrótce narusza także prywatność bliskich jej osób – przyjaciół i rodziny. W końcu Krąg nie tylko zaszkodzi jej relacją z bliskimi, ale doprowadzi nawet do nieodwracalnej tragedii … Film ten, chociaż jako thriller wydaje się niezbyt udany i po obiecującym początku dość rozczarowujący, ma pewne istotne zalety, które warto docenić. W skrócie mówiąc: nigdy dość przestrzegania przed bezmyślnym czy nazbyt pochopnym oddawaniem swojej prywatności mediom społecznościowym za różnego rodzaju mniejsze bądź większe korzyści czy ułatwienia w życiu. Z pewnością warto przypominać, zwłaszcza młodym ludziom, że powinni się najpierw dobrze zastanowić, co i dlaczego ze swego prywatnego życia chcą upublicznić w sieci i czy na pewno warto to robić. Obraz ten pokazuje, że wbrew hasłu korporacji sekrety nie są równoznaczne z kłamstwami. Człowiek ma po prostu prawo, a czasem wręcz obowiązek, by nie ujawniać pewnych informacji osobom, które nie mają do nich prawa. Pismo św. nieraz wręcz nawołuje do zachowania poufności (o ile ujawnienie jakiejś informacji nie jest moralnym obowiązkiem). Przykładowo Biblia mówi: Kto zdradza tajemnicę, traci zaufanie i nie znajdzie sobie przyjaciela. (Syr 27, 16); Nie naradzaj się z głupim, bo nie potrafi rozmowy zachować w tajemnicy. Wobec obcego nie zdradzaj tajemnic, nie wiesz bowiem, co wymyśli. Nie otwieraj swego serca każdemu człowiekowi, abyś nie usunął od siebie szczęścia. (Syr 8, 17-19). Istnieją też oczywiście sfery w życiu człowieka, które ze względu na swoją intymność oraz z przyczyn moralnych nie powinny być upubliczniane. W filmie znalazł się tego bardzo dobry przykład, kiedy Mae przez nieuwagę pokazuje intymne pożycie swoich rodziców, co na pewien czas psuje jej relacje z matką i ojcem. Jako sferę, która niekoniecznie może powinna być upubliczniana, pokazuje się tu również przyjaźń. Można też powiedzieć, że w filmie tym w jakimś stopniu uchwycono problem ideologicznego zastępowania życia w rodzinie i wspólnotach naturalnych (typu wspólnota religijna, sąsiedzi, znani z „realu” przyjaciele) na rzecz czegoś, co można określić jako „cyber trybializm”. Chodzi mi o zjawisko, w którym uczestnicy różnego rodzaju mediów społeczności dają się dobrowolnie zredukować z poziomu przedstawicieli wysoko rozwiniętych cywilizacji do poziomu członków jakiegoś prymitywnego plemienia. I paradoksalnie to uwstecznienie dokonuje się za pomocą najnowocześniejszych technologii. Oczywiście nie pod każdym względem członkowie Kręgu muszą takie prymitywne plemię przypominać, ale skojarzeń nasuwa się naprawdę sporo. Po pierwsze ważniejsze od więzi rodzinnych są tu więzi z plemieniem, jego tradycjami i rytuałami. Granice wstydliwości i intymności są w Kręgu mocno przesunięte w stosunku do wyżej rozwiniętych cywilizacji, niechęć np. do upubliczniania małżeńskiego pożycia piętnowana jest przez plemię jako pruderia. Wspólnotą zarządza coś w rodzaju rady starszych i charyzmatycznego szamana. Łatwo jest skierować niechęć i agresję członków Kręgu przeciw jednostkom, które niezbyt pasują do wizji „szczęśliwego plemienia”. W plemieniu tym widać także zanik realnej wiedzy i samodzielnego myślenia, co jest pokazane w scenie, kiedy przyjaciel Mae, który tworzy żyrandole z poroża jeleni, zostaje oskarżony o zabijanie tych zwierząt (przed wynalezieniem Internetu w szkołach podstawowych uczono dzieci, że jelenie zrzucają co roku poroże i bynajmniej od tego nie umierają). Film jednak dość mgliście odpowiada na pytanie, czemu służy taka ściśle sterowana i najwyraźniej planowana „cybertrybializacja”. Ponieważ firma, w której pracuje Mae, jest przedsięwzięciem dochodowym możemy się tylko domyślać, że po części chodzi tutaj o pieniądze, gdyż takie przewidywalne w swoich zachowaniach plemię daje idealnie przewidywalnych konsumentów. Innym celem, który w jakiś sposób się tu ujawnia, jest tworzenie niezależnych i właściwie niekontrolowanych ośrodków władzy, które będą realizować sobie wiadome cele. Jeśli chodzi o wady filmu, to główną jest jego rozmyte i osłabiające wymowę całości zakończenie. Można je bowiem zrozumieć nawet tak, że w zasadzie nic takiego złego się nie stało. Ot, po prostu błędy się zdarzają, zwłaszcza na etapie testowania nowych wynalazków. W rezultacie wydaje się, że problemem jest bardziej hipokryzja i nadmierne ambicje kilku osób, niż to że nie powołane do tego firmy za pomocą tworzonych przez siebie atrakcyjnych i nowoczesnych narzędzi bezprawnie ograniczają ludzką wolność czy uprawiają daleko idącą inżynierię społeczną. Film więc niestety po części zmarnował szansę na bycie wyraźnym znakiem ostrzegawczym przed tym zjawiskiem, jednakże jakimś zamazanym wciąż jest. Marzena Salwowska /.../
  9. Brzemię (2018)

    Leave a Comment Film ten został oparty na prawdziwej historii Mike’a Burdena będącego adoptowanym synem jednego z lokalnych liderów Ku Klux Klanu (Toma Griffina), który w pewnym okresie swego życia zaczyna zmagać się z myślą o porzuceniu tej rasistowskiej organizacji. Decyzja przed jaką staje Burden nie jest dla niego łatwa, gdyż z jednej strony członkowie Ku Klux Klanu (dalej KKK) stanowili dla niego co prawda przybraną, ale jednak prawdziwą – bo potrafiącą go otoczyć miłością i opieką – rodzinę, z drugiej zaś strony pod wpływem kobiety, w której się zakochał, Burden zaczyna sobie uświadamiać zło i szkodliwość ideologii głoszonej przez KKK (oraz wynikającej z niej złych czynów). W tle zaś historii wewnętrznych zmagań Burdena widzimy również postać pewnego czarnego baptystycznego pastora, który postanawia wytoczyć pokojową walkę miejscowemu oddziałowi KKK, gdy ten tworzy w okolicy sklep oferujący różne rasistowskie pamiątki i gadżety. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej film ten na pewno ma do zaoferowania wiele dobrych, budujących i pożytecznych treści. Pomijając już bowiem nawet jeden z jego głównych wątków, którym jest potępienie rasizmu i działalności KKK, wskazuje on też na to, że dla prawdy oraz dobra nieraz trzeba być gotowym do znoszenia wielkiego cierpienia. Ponadto, w produkcji tej podkreślona została waga wybaczania oraz miłosierdzia okazywanego również tym, którzy niegdyś byli naszymi wrogami. Na przykładzie postawy czarnego pastora w pozytywny sposób przedstawiona zostaje walka ze złem unikająca popadania w takie niemoralne praktyki jak samosądy czy też inne bardziej gwałtowne formy łamania prawa. Nad tymi zaś wszystkimi dobrymi rzeczami w filmie unosi się głęboko chrześcijański duch w postaci odwołań do Boga, modlitwy i nawrócenia się. Jeśli chodzi o bardziej wątpliwe elementy tego filmu, to są nimi: 1. Nadmiar wulgarnej mowy; 2. Co najmniej dwuznaczne przedstawienie przedmałżeńskiego pożycia seksualnego w wykonaniu głównego bohatera; 3. Jedna z wypowiedzi pastora mogąca być w bardzo łatwy sposób interpretowana jako przejaw mentalności marcjonistycznej, a więc przeciwstawiającej sobie Nowy i Stary Testament. Przy wszystkich jednak powyższych zastrzeżeniach polecamy ten film, jako stanowiący piękną, a zarazem prawdziwą opowieść o nawróceniu się, miłości wobec nieprzyjaciół oraz chrześcijańskiej dobroczynności. Mirosław Salwowski /.../
  10. Oblężenie Waco

    Leave a Comment Film ten opowiada prawdziwą historię wydarzeń, które w 1993 roku doprowadziły do oblężenia siedziby jednej z post-adwentystycznych wspólnot („Gałąź Dawidowa”), a następnie tragicznej śmierci w płomieniach większości z jej członków. Wówczas to samozwańczy „prorok” i „mesjasz” Vernon Howell (który nazwał siebie Davidem Koreshem) przygotowując swych zwolenników do mającej nadejść apokalipsy zabarykadował się wraz z nimi w siedzibie swej grupy znajdującej się na Mount Karmel w Teksasie (USA). Uzbrojeni w karabiny i granaty członkowie „Gałęzi Dawidowej” stawiali opór amerykańskim służbom porządkowym (ATF oraz FBI), co ostatecznie doprowadziło do pożaru siedziby w której oni się znajdowali i śmierci ogromnej większości z nich. Na płaszczyźnie moralnej oraz światopoglądowej film ów można docenić, gdyż w dość przenikliwy sposób ukazuje zwodniczość jednego z fałszywych proroków, jakim był David Koresh, który wybrane przez siebie fragmenty z Pisma świętego używał w celu manipulowania swymi zwolennikami poprzez narzucanie im bezwzględnego posłuszeństwa wobec własnej osoby, a także wymaganie od ogółu żeńskiej części swej wspólnoty (również mężatek) świadczenia mu usług seksualnych. W tym drugim aspekcie swego działania Koresh posunął się nawet do takiej bezczelności twierdząc, iż „cudzołóstwem” będzie ze strony już zamężnych członkiń jego wspólnoty współżycie płciowe ze swymi prawowitymi mężami (gdyż od pewnego momentu miały to one czynić tylko i wyłącznie z nim). Przykład Koresha pokazuje zatem jak niebezpieczne może być okazywanie ślepego posłuszeństwa człowiekowi, nawet jeśli ten kreuje się na religijny autorytet. Warto zresztą wspomnieć, że na gruncie katolickim mieliśmy do czynienia z podobnymi przypadkami co Koresh, gdy niektórzy księża wykorzystując religijne zaufanie jakie mieli u swych wiernych, nakłaniali inne osoby do tych czy innych nieczystych uczynków wmawiając im, że w danych okolicznościach nie są one materią grzechu. Przy tej okazji można też pochwalić twórców filmu za to, że nie wykorzystali jego tematyki (której częścią była wszak rozwiązłość seksualna w wykonaniu Koresha) do epatowania widzów scenami seksu czy też obscenicznością. Grzechy przeciw czystości są tutaj bowiem bardziej sugerowane aniżeli plastycznie obrazowane – co powinno być normą w przemyśle filmowym, a co niestety coraz częściej normą nie jest. Co do nieco bardziej dwuznacznych elementów tego filmu go można wskazać na wątpliwą sugestię w nim zawartą jakoby członkowie „Gałęzi Dawidowej” sami podpalili swój budynek, by następnie zginąć samobójczą śmiercią. Co prawda, ta wersja wydarzeń w czasie realizacji omawianej produkcji (rok 1993) wydawała się być jedną z bardziej wiarygodnych, jednak wraz z upływem czasu dość mocno straciła na swej wiarygodności. W ogóle, w świetle tego co dziś wiemy o okolicznościach oblężenia „Mount Karmel” można śmiało powiedzieć, iż zbrojne działania ATF oraz FBI były tu jednak nadgorliwe oraz nie skorzystano z pojawiających się szans na bezkrwawe rozwiązanie tego konfliktu. Oczywiście, nie chcę przez to powiedzieć, iż sam Dawid Koresh nie zasłużył na surową doczesną karę, gdyż jako notoryczny cudzołożnik, religijny manipulator i osoba fałszywie podająca się za ponowne wcielenie Chrystusa na taką karę najpewniej sobie solidnie zapracował, jednak prawdopodobnie dałoby się uniknąć tragicznej śmierci jego wielu oszukanych zwolenników (w tym również małych dzieci). Więcej na temat tego konkretnego aspektu owej smutnej historii można przeczytać w tym artykule. Mirosław Salwowski /.../