Tag Archive: chrześcijańska strona filmowa

  1. Gladiator 2

    Możliwość komentowania Gladiator 2 została wyłączona Minęło 16 lat od wydarzeń z pierwszej części „Gladiatora”. Jak można się było spodziewać, Republika jednak nie została wskrzeszona, a Rzymem rządzą teraz dwaj okrutni bracia bliźniacy: Caracalla i Geta. Natomiast w północnoafrykańskim królestwie Numidii życie wiedzie Hanno (w rzeczywistości Lucjusz Verus, syn Lucilli i Maximusa) wraz ze swoją żoną Arishat. Ich świat burzy jednak rzymska armia, która pod dowództwem generała Marka Akacjusza wkracza do tej afrykańskiej krainy. W trakcie ataku ginie żona Lucjusza, a on sam wraz z innymi ocalałymi trafia do niewoli. Jeńców przewożą do Ostii, gdzie ich pierwszym zadaniem i niejako testem jest walka z dzikimi zwierzętami. Lucjusz radzi sobie w tym starciu tak dobrze, że zwraca uwagę bogacza Macrinusa — byłego niewolnika, którego ambicje bynajmniej nie ograniczają się do dalszego gromadzenia majątku. Macrinus dostrzegając w Lucjuszu wielki potencjał, obiecuje mu szansę na zemstę na generale Akacjuszu, jeśli ten będzie dla niego walczył i wygrywał w rzymskich arenach. Lucjusz trafia do Koloseum, gdzie szybko staje się sławnym gladiatorem. Mierzy się jednak nie tylko z przeciwnikami na arenie, ale także z intrygami dworu cesarskiego, swoją przeszłością (w tym relacją z matką Lucillą) oraz gniewem i pragnieniem zemsty. Stopniowo jednak zaczyna dostrzegać szerszą perspektywę i stawiać sobie pytania o dobro całego Rzymu, istotę władzy i wreszcie własną rolę oraz odpowiedzialność wobec swojej ojczyzny i ludu. Główną zaletą tego filmu, dla której oceniamy go jednak pozytywnie, jest refleksja nad naturą władzy, i ciężarem odpowiedzialności, jaka spoczywa na tych, którzy aspirują do kierowania losami innych. Opowieść ta podkreśla bowiem, że władza nie jest czymś, co ma służyć tym, którzy ją dzierżą, a wręcz przeciwnie „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie […]”(Łk 12,48) i „kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym […]” (ŁK 12,41). Wprawdzie główny bohater „Gladiatora II” prawdopodobnie nie zna tych słów Pana Jezusa, ale w jakiś sposób innymi drogami ta prawda do niego dociera i wybrzmiewa na ekranie. Opowieść ta przypomina, iż prawdziwa wolność i wielkość rodzą się nie z panowania nad innymi, lecz z panowania nad sobą i odpowiedzialnego sprawowania władzy. Film ten pokazuje plastycznie, że dobrze rządzić nie może bowiem ani ten, kto we władzy widzi okazję do zaspakajania swoich żądz i zachcianek, ani ten, kto ma mentalność niewolnika, gdyż „Niewolnik nie marzy o wolności, lecz o własnych niewolnikach” (cytat przypisywany Cyceronowi). Co do kwestii władzy, to można by się wprawdzie jeszcze zastanowić, czy produkcja ta zbyt łatwo „nie rozgrzesza” buntu przeciw władzy. Jednakże w tym przypadku mamy zbieg dwóch rzeczy, które mogą, również w świetle nauki katolickiej, usprawiedliwiać działanie głównego bohatera. Otóż po pierwsze, jest tu mowa o realnej tyranii rządzących, poza tym pretendujący do przejęcia władzy w Rzymie Lucjusz ma dość wyraźne prawa do tronu, niejako z urodzenia i również woli Senatu. Poza tym zasadniczo pozytywnym roztrząsaniem zagadnienia władzy i odpowiedzialności rządzących, z pierwszą częścią Gladiatora łączą tę kontynuację również takie zalety jak: 1. Przedstawienie z sympatią cnót takich jak: mądrość, sprawiedliwość, męstwo i umiarkowanie, które zakorzenione są tu głównie w naukach stoickich (nieodległych zresztą od moralności chrześcijańskiej).2. Walki gladiatorów ponownie zostają tu zobrazowane z niechęcią jako objaw degeneracji i zepsucia Rzymian.3. Film z sympatią rysuje obraz więzów rodzinnych (np. Lucjusza i jego matki), a zwłaszcza tradycyjnego monogamicznego małżeństwa przedstawionych na przykładzie małżeństwa samego głównego bohatera, a także jego matki z generałem Akacjuszem. Te pozytywne wzorce kontrastują tu natomiast z zachowaniami przeciwnymi naturze – negatywny bohater żartuje sobie z tego, że utrzymuje relacje seksualne z obiema płciami, źli cesarze ubierają się w zniewieściały sposób. Przejdźmy teraz do bardziej wątpliwych, lub wyraźnie złych aspektów tego filmu. A zatem wadą tej produkcji jest nie tylko to, co w niej jest, ale w równym stopniu, to co zostało pominięte. Choć bowiem film osadzony jest w epoce po Chrystusie, kiedy już w Imperium Rzymskim żyją liczni uczniowie Jezusa, to spotykamy się tu z tylko jedną i to pogardliwą wzmianką o chrześcijaństwie (o tym, iż ukrzyżowanie jest karą zarezerwowaną dla „złodziei i chrześcijan”). Takie podejście jest tym bardziej przykre i niepokojące, że, podobnie jak poprzednia część „Gladiatora”, film ten gloryfikuje cesarza Marka Aureliusza jako wzór wszelkich cnót i ideał władcy. Nie ujmując nic z wartości filozoficznego dorobku tego cesarza oraz jego osiągnięć politycznych, to warto przypomnieć, że historycznie za rządów tego filozofa na tronie liczni chrześcijanie ponieśli śmierć męczeńską z jego woli, a co najmniej przyzwolenia. Wydaje się wiec, że skoro twórcy tej produkcji całkowicie pominęli ten fakt, jednocześnie wspominając o krzyżowaniu chrześcijan, to nie stanowiło to w ich oczach jakiejś skazy na wizerunku Marka Aureliusza. Z drugiej strony jest tu pewna pozytywna postać, byłego gladiatora lekarza, który zdaje się być chrześcijaninem, choć nie jest to wprost powiedziane. Domyślamy się jednak tego z jego ogólnikowych słów o przebaczeniu i zbawieniu, połączonych z wyraźną przemianą życia. Wprowadzenie takiej postaci można więc uznać za postęp wobec pierwszej części Gladiatora, w której rosnący wpływ chrześcijaństwa na Imperium Rzymskie został całkowicie zignorowany. Niestety mimo wszystko widz pozostaje tu z wizją świata właściwie całkiem pogańskiego. Po części jest to uzasadnione, bo taki był rzeczywiście dominujący element ówczesnego Rzymu. Jednakże jest w tym filmie scena, która wykracza poza zwykłe pokazywanie świata, w którym żyli i którym żyli bohaterowie. Otóż są tu ukazane wizje zaświatów, które mają całkowicie pogański charakter. Wizje te są niejako uwiarygadniane tym, że bohater przeżywa je w chwilach, kiedy znajduje się na pograniczu życia i śmierci. To trochę tak, jakby twórcy tego filmu chcieli powiedzieć, że każdy ma taką wieczność, w jaką wierzył na ziemi. Tak że film ten dla mniej dojrzałych, bądź niepewnych w chrześcijańskiej wierze osób, może być pewnym zagrożeniem. Z pierwszą częścią Gladiatora, Gladiator II dzieli jeszcze inną wadę. A mianowicie, mimo że film pokazuje zamiłowanie mieszkańców Rzymu do walk gladiatorów jako wątpliwą rozrywkę jednocześnie jednak wyrazistość i wizualna efektowność, z jaką ta „zabawa” jest tu pokazana, sprawia, iż trudno oprzeć się wrażeniu, że jednocześnie owe krwawe sceny mają zabawiać widzów i czynić produkcję bardziej atrakcyjną w odbiorze. Podsumowując: „Gladiator II” z pewnością ma swe silne moralnie punkty, jednak ich dobrą wymowę znacznie osłabiają jego dwuznaczne i wątpliwe elementy. Odradzamy go osobom młodszym (poza kwestiami moralnymi i światopoglądowymi, jego bardzo luźny stosunek do historii może im najbardziej, mówiąc kolokwialnie, namieszać w głowach). W miarę akceptowalny wydaje się jednak dla osób dorosłych i w miarę dojrzałych. Marzena Salwowska /.../
  2. Eden

    Możliwość komentowania Eden została wyłączona Film ten inspirowany jest prawdziwymi wydarzeniami. Cała historia zaczyna się od pary niemieckich kochanków Friedricha Rittera i Dore Strauch, którzy w 1931 uciekają od świata burżuazyjnych, a także chrześcijańskich wartości na bezludną wyspę Floreana na Wyspach Galapagos. Tu owi dobrowolni „Robinsonowie” zamierzają stworzyć swój nietzscheański raj. Mózgiem całej operacji jest Friedrich – były lekarz, obecnie zaś myśliciel i literat. Jego główne zadanie na wyspie to pisanie manifestu, który ma ocucić pozostałą ludzkość i sprawić, że również ona wyzwoli się z okowów tradycyjnej moralności. Towarzyszką, i rzec można, wyznawczynią doktora Rittera jest Dore, dla której wyspa jest również miejscem specyficznej terapii. Kochanka doktora cierpi bowiem na stwardnienie rozsiane, które ten zamierza wyleczyć za pomocą medytacji i ćwiczeń. Mimo swojej kondycji pani Strauch ciężko pracuje fizycznie, zamieniając wraz ze swoim „partnerem” dziki i nieprzyjazny teren w samowystarczalne gospodarstwo. Trudną, ale na swój sposób spokojną i przewidywalną egzystencję pary kochanków zakłóca jednak niespodziewanie przybycie nowych osadników. „Intruzi” to inna niemiecka para (tym razem małżeństwo – Margaret i Heinz Wittmer). Osiedlają się oni wraz z młodym synem Heinza Harrym (klimat wyspy może być korzystny dla chłopca cierpiącego na gruźlicę). Ironią losu jest, iż owi przybysze zostali zwabieni listami samego doktora Rittera, opisującymi wyspę, które chętnie drukowały europejskie gazety. Witmmerowie, wbrew nadziejom pierwszych gospodarzy wyspy, okazują się pracowitymi i zdolnymi osadnikami i nie zamierzają uciekać z Floreany po pierwszych niepowodzeniach. Tą determinacją zyskują sobie w końcu nawet pewną akceptację ze strony Friedricha i Dore. W miarę układające się już relacje sąsiedzkie gwałtownie narusza jednak przybycie Eloise Bosquet de Wagner Wehrhorn. Ta uwodzicielska samozwańcza baronowa, w towarzystwie dwóch oddanych kochanków zamierza zbudować na wyspie luksusowy hotel. Pomysł ten nie podoba się wcześniejszym osadnikom, którzy przybyli na tę wyspę, żeby uciec od cywilizacji. Na Floreanie szybko dochodzi do pierwszych konfliktów, które eskalują, zawiązują się także zmienne sojusze, aż w końcu poleje się krew… . Film ten miał spory potencjał na dobry moralitet w dość klasycznym już temacie, a mianowicie – jak próby tworzenia przez ludzi raju bez Boga, w nieuchronny sposób kończą się budowaniem piekła na Ziemi. Obraz ten dość trafnie pokazuje bowiem kruchość ludzkich prób stworzenia nowego tytułowego Edenu. Mamy tu unaocznione, że kiedy człowiek odrzuca porządek moralny i boskie przykazania, a zamiast tego stawia na własne ego, ideologie (tu m.in. elementy nietzscheańskie u Rittera) czy hedonizm, szybko schodzi na drogę wzajemnego zniszczenia. Fiasko takich pomysłów podkreśla dodatkowo to, że opowieść ta jest oparta na faktach oraz jej mikroskala (widzimy, że nawet w tak małej grupie odrzucenie Boga i Jego ładu szybko prowadzi do destrukcyjnych zachowań). Film ciekawie także obrazuje, jak świat przyrody (wbrew różnym idyllicznym wyobrażeniom „pięknoduchów”) po grzechu pierworodnym nie jest człowiekowi przyjazny. Najbardziej drastycznie widzimy to w scenie, gdy dzikie psy dosłownie czyhają, by pożreć dziecko rodzącej matki. Nie tylko jednak zwierzęta są tu wrogie człowiekowi, nawet sama ziemia Floreany bynajmniej nie jest dla osadników sielanką. Ażeby w niej przetrwać muszą tę ziemię czynić sobie poddaną, czy wręcz ją ujarzmiać. Co ciekawe, w starciu z rzeczywistością wyspy osadnicy zachowują się wobec tych wyzwań natury nieraz z rozsądkiem, który sami chwilę wcześniej zapewne potępiliby z ideologicznych powodów (np. Ritter dla przetrwania szybko porzuca wegetarianizm). Jak widać, film ten miał rzeczywiście spory potencjał na dobry, antyutopijny obraz, i to z wręcz tradycyjnie chrześcijańskim przekazem. Co zepsuło ten potencjał? Otóż głównie jego zakończenie. Mamy tu bowiem tryumf przetrwania „prostego człowieka” (czy w wersji feministycznej „prostej kobiety”), jednakże w bardzo niepokojącym czy wręcz złowieszczym duchu. A mianowicie Margaret – młoda pani Heinz, która w innych okolicznościach byłaby zapewne typową gospodynią domową, okazuje się tutaj głównym zwycięzca „wyspiarskiej rozgrywki”. Nie dzieje się jednak tak jedynie za sprawą jej ukrytej i niedocenianej przez resztę osadników siły woli, ale osiąga to manipulując inną osobą i skłaniając ją do zbrodni, oraz za pomocą kłamstwa. I niestety czuć, iż ta jej postawa bynajmniej nie ma widza zasmucić czy rozczarować, a raczej pozytywnie zaskoczyć. Twórcy filmu zdają się nam tu mówić coś takiego: Zobaczcie, ta „szara myszka” wyszła z cienia swojego męża i przechytrzyła wszystkich, którzy pewnie uważali się za lepszych. Takie docenienie skromnej niewiasty byłoby oczywiście dobre, gdyby nie było docenieniem jej w zbrodni. A tak jest elementem bardzo złym, który ostatecznie pogrąża film. Poza tym głównym zarzutem „Eden” jest też niestety produkcją niewolną od innych złych czy niebezpiecznych elementów. Jest tutaj sporo scen przemocy (w tym brutalne i krwawe), erotyzm, sugestywne sceny seksualne, całkowita męska nagość oraz częściowo kobieca, a także wulgarny język. Twórcy nie stronią niestety od ukazywania upadku moralnego w sposób dość bezpośredni. Jednakże gdyby nie powyżej opisane zakończenie, przyznalibyśmy temu filmowi najniższą pozytywną ocenę, a tak musimy ocenić go negatywnie i odradzać jego oglądanie. Marzena Salwowska /.../
  3. Radioaktywny kryzys (serial TV)

    Możliwość komentowania Radioaktywny kryzys (serial TV) została wyłączona Ten oparty na faktach, 5-odcinkowy serial brazylijski opowiada historię jednego z najgroźniejszych incydentów promieniotwórczych w historii. Głównym bohaterem jest tu młody fizyk jądrowy, który w 1987 roku przyjeżdża wraz z żoną na urodziny ojca do swojego rodzinnego miasta Goianii. Tu niespodziewanie wpada w wir przedziwnych wydarzeń, gdy okazuje się, że jego rzadka profesja jest w tej chwili niezbędna mieszkańcom. W Goianii doszło bowiem do skażania cezem-137. Sytuacja już jest bardzo poważna, a brak właściwych działań ze strony władz miasta i odpowiednich służb skutkować może dalszym rozszerzeniem skażenia i ogromną liczbą ofiar. W serialu śledzić będziemy więc wielki wysiłek głównego bohatera i jego współpracowników, a także różnych służb medycznych (zwłaszcza medycznych), by opanować sytuację i uratować jak najwięcej osób. Równie ważna będzie jednak też perspektywa najbardziej poszkodowanych – ludzi, którzy najszybciej zetknęli się ze źródłem promieniotwórczego skażenia i mieli z nim największy kontakt. Jeśli chodzi o te postaci, to są one nie tylko wzorowane na rzeczywistych, ale właściwie w dużej mierze odpowiadają realnym bohaterom tej historii. Są to albo bardzo biedni ludzie, albo aspirujący do brazylijskiej niższej klasy średniej. W każdym razie słabo bądź prawie niewykształceni i żyjący w bardzo trudnych warunkach; co ma duże znaczenie dla rozwoju zdarzeń. To jak doszło do owego incydentu jest w serialu pokazane chyba dość zgodnie z rzeczywistością. Ten łańcuch wydarzeń i ludzkich decyzji, mniej lub bardziej świadomych, które do niego doprowadziły, jest jedną z ciekawszych rzeczy w tej produkcji filmowej, dlatego postaram się nie zdradzać zbyt wiele czytelnikom, którzy, być może, jeszcze nie zetknęli się z tą historią. Choć serial ten pod względem siły wyrazu zdaje się nie dorównywać innej produkcji o podobnej tematyce – „Czarnobyl” (https://kulturadobra.pl/czarnobyl-serial/), jest za to bardziej przystępny i stosowny do rodzinnego oglądania. Serial ten bowiem ma mniej przytłaczający i trochę bardziej optymistyczny charakter. Nadto rzeczy najbardziej drastyczne zostały tutaj ograniczone do niezbędnego minimum. W zestawieniu z „Czarnobylem” dużo jest również elementów zdrowego życia społecznego, np. młode małżeństwo z radością oczekuje dziecka, sąsiedzi troszczą się o siebie nawzajem, pacjenci motywują się do walki o życie, itp. „Radioaktywny kryzys” to zatem, może nie tak wybitny jak wspomniany „Czarnobyl”, jednak solidny, wciągający miniserial, który warto obejrzeć także ze względu na możliwie wiernie przedstawioną dramatyczną, a zarazem jakby trywialną historię. To drugie, czyli trywialność tej opowieści wynika stąd, że tragedia nie jest tu skutkiem jakichś rzeczy wielkich i nieuniknionych, a raczej tak drobnych i banalnych, jak chęć niewielkiego zysku, ignorancja, niekompetencja urzędników (brak wyobraźni i odpowiedzialności ze strony tych, którzy wiedzieli o porzuconym urządzeniu medycznym z radioaktywnym izotopem wewnątrz). Opowieść ta przypomina też, jak ważna jest odpowiedzialność – za siebie, za rodzinę, za bliźnich i za wspólnotę. Dużą zaletą serialu jest także wyraźna empatia wobec bezpośrednich sprawców (a jednocześnie ofiar) tej tragedii. Twórcy tej produkcji zdają się mówić, iż wina tych ludzi jest w tej sytuacji najmniejsza, gdyż ich działania w dużej mierze podyktowane były biedą i ignorancją. I rzeczywiście, choć niepiśmienni (czy też prawie analfabeci) bezdomni zbieracze złomu naruszyli prawo, wchodząc na obszar zamkniętej kliniki, to ewidentnie nie mieli pojęcia, że zabierają stamtąd coś niebezpiecznego, a raczej po prostu coś, co zostało porzucone i zapomniane przez właścicieli jako niepotrzebne. Trudno więc obarczać ich taką winą, jak np. ludzi, którzy demontują części torów kolejowych (nie trzeba wszak nawet umieć czytać i pisać, by wiedzieć, do czego to może doprowadzić). Serial ten nie skłania zatem widza do szydzenia z tych osób, czy patrzenia na nie z góry w przeświadczeniu (prawdopodobnie nieraz błędnym), że samemu w podobnej sytuacji nie zrobiłoby się takiej głupoty. Przechodzimy tu do, najprawdopodobniej niezamierzonej przez twórców serialu, acz pożytecznej lekcji, jaka może być wysnuta z tej opowieści. Historia ta może być bowiem pomocna rodzicom do tłumaczenia dzieciom pewnego aspektu grzechu pierworodnego (o ile zdecydują się go obejrzeć z nieco starszymi pociechami). Piękny błękitny proszek, który fascynuje i kusi naiwnych ludzi swoim blaskiem przywodzi bowiem na myśl zakazany owoc. Tak też skutki jego spożycia – choroby, śmierć, lęk, drastyczne pogorszenie warunków życia, zniszczenie dobrych relacji między ludźmi (ludzie z Goianii spotykają się z różnymi formami ostracyzmu w Brazylii przez lata) mogą w mniejszej skali odzwierciedlać katastrofę grzechu pierworodnego. Serial ten prezentuje także wiele odpowiedzialnych czy wręcz bohaterskich postaw i wzorców. Godną upamiętnienia postacią jest w pierwszej kolejności Maria Ferreira, która jako jedyna z kręgu, w którym znalazł się feralny proszek, „połączyła kropki” i zrozumiała, że to on jest właśnie przyczyną nie tylko jej fatalnego samopoczucia, ale także innych osób, które miały kontakt z ową substancją. Jej czujność, która z pewnością ocaliła wiele istnień, może być przykładem, iż nie zawsze potrzebna jest konkretna wiedza na temat jakiegoś zła, żeby je rozpoznać. Bardzo budujące postawy prezentują też oczywiście lekarze i pielęgniarki, którzy starają się ratować ofiary skażenia, samemu narażając się na napromieniowanie. Szczególnie godna pochwały jest też oczywiście postawa młodego fizyka jądrowego, który przyjechał do miasta tylko na wakacje, a jednak podejmuje się gorliwie wyzwania, jakie tu napotyka. Mamy tu również inne przykłady ludzkiej dobroci i solidarności, które zapewne nie umkną widzom… Zaletom serialu jest też to, że nie unika pokazywania ciemniejszych stron Brazylii, które ten kryzys wydobywa. Oprócz biedy i braku perspektyw dla najuboższych, widzimy tu na przykład niepokojący brak zaufania obywateli do władz (możemy się domyślać przyczyn, choć nie są one wprost podane) oraz pewien organizacyjny i prawny chaos. Serial pokazuje także, jak lęk wyzwala w ludziach mroczniejsze strony natury, zwłaszcza w scenie, kiedy protestujący tłum obrzuca kamieniami żałobników, nie chcąc dopuścić do pochowania na komunalnym cmentarzu kilkuletniej dziewczynki. A to ze strachu, że nawet jej ciało w zabezpieczonej trumnie, będzie źródłem skażenia. Jeśli chodzi o negatywne strony filmu, to w zasadzie warto chyba tylko wspomnieć o pewnej ilości wulgaryzmów. Mamy tu też scenę, w której główny bohater jest w samej bieliźnie, ale nie ma to żadnego charakteru erotycznego. Jeśli chodzi o nadmierne epatowanie grozą, to trudno o czymś taki mówić odnośnie do tego serialu. Przeciwnie, wydaje się, że jego twórcy unikają pokazywania najbardziej drastycznych objawów, które były udziałem ofiar tej tragedii. Podsumowując, zdecydowanie polecamy ten serial dorosłym widzom, być może nawet do wspólnego oglądania z dziećmi, choć może bardziej tymi nastoletnimi.Marzena Salwowska /.../
  4. Najświętsze Serce (film dokumentalny)

    Możliwość komentowania Najświętsze Serce (film dokumentalny) została wyłączona Film „Najświętsze Serce – Jego panowaniu nie będzie końca” to, jak wskazuje już sam tytuł, produkcja religijna na temat nabożeństwa ku czci Najświętszego Serca Jezusowego ustanowionego przez Kościół na podstawie objawień prywatnych, których udzielił Pan nasz Jezus Chrystus świętej Małgorzacie Marii Alacoque (w latach 1673-75). Jest to film zasadniczo dokumentalny, jednakże z historycznymi wstawkami fabularnymi, które to mają za zadanie oddać jak najwierniej wizje św. Małgorzaty dotyczące objawień zawarte w jej pamiętniku duchowym. Dokument ten łączy w sobie wiele aspektów: historyczny, teologiczny, ale też świadectwa współczesnych ludzi. W ten sposób pokazuje on, że nabożeństwo ku czci Najświętszego Serca Jezusowego nie jest jakimś przestarzałym dewocyjnym zwyczajem, ale czymś wciąż żywym i trafiającym do współczesnych ludzi, czymś, co może budzić bądź ożywiać wiarę u wielu. Film ten jest zatem narzędziem otwartej ewangelizacji, które zdaje się być skuteczne, sądząc po żywych reakcjach widzów. Jeśli chodzi o wątpliwe elementy filmu, to niestety nie można tutaj przemilczeć kilka scen, w których pojawiają się osoby dość nieskromnie odziane. Co gorsza, sceny te mogą być przyczyną pewnego zgorszenia, gdyż osoby tak ubrane prezentowane są tu w kontekście nawrócenia, żywej relacji z Bogiem, i, w domyśle, jako mogące być wzorem do naśladowania dla młodych katolików/katoliczek pragnących prowadzić święte życie. Chodzi tu głównie o migawki ze spotkań ze spotkań katolickiej, acz światowo dość odzianej, młodzieży, oraz o ubiór pani występującej na scenie muzycznej. O ile w tym pierwszym przypadku można jeszcze mówić o pewnej niefrasobliwości czy nawet nieświadomości młodych ludzi, to w drugim przypadku mamy do czynienia z dojrzałą niewiastą, dla której taki ubiór jest świadomym scenicznym wyborem. Ktoś może bronić twórców tego filmu, iż mamy tu do czynienia z dokumentem, który tylko odzwierciedla pewną rzeczywistość, jednakże taka linia obrony nie wydaje się zasadna, gdyż dzięki popularności nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusa, producenci prawdopodobnie mogli wybierać z większej ilości świadectw i co za tym idzie filmowego materiału. Niemniej, uwzględniając powyższe zastrzeżenie, jest to film zdecydowanie godny polecenia, gdyż pokazuje, że fundament nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusa znajduje się w samym centrum Ewangelii. – w tym momencie, gdy „ jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda” (J 19, 34). Produkcja ta jest zatem zachętą to odkrycia prawdy o samej istocie wiary chrześcijańskiej – o miłości Boga, który tak kocha każdego człowieka, że pozwolił przebić swoje Serce na krzyżu.Marzena SalwowskaPs. Powyżej opisany film jest wciąż wyświetlany w sieci „Cinema City”: https://www.youtube.com/watch?v=6el6be7t4t8 /.../
  5. Heweliusz (serial TV)

    Możliwość komentowania Heweliusz (serial TV) została wyłączona Ten pięcioodcinkowy miniserial w reżyserii Jana Holoubka, inspirowany jest jedną z największych tragedii morskich w powojennej historii Polski – katastrofą promu „Jan Heweliusz”, która wydarzyła się w nocy z 13 na 14 stycznia 1993 roku na Bałtyku. Tragedię tę w mniej lub bardziej wyraźny sposób zapewne kojarzy jeszcze z ówczesnej telewizji, radia bądź doniesień prasowych gro Polaków ze średniego i starszego pokolenia. Można jednak przypuszczać, że dla większości młodszych widzów ta produkcja jest pierwszym zetknięciem z tym tematem. Klamrą tego serialu, który często przeskakuje czasem i miejscem akcji, jest jeden z kapitanów pływających na Heweliuszu, który feralnej nocy jednak nie miał służby na tym promie. Ów kapitan (postać fikcyjna, choć zapewne mająca swój mniej lub bardziej bliski pierwowzór w rzeczywistości) to Piotr Binter. Otrzymuje on propozycję, by jako ławnik brać udział w procesie przed Izbą Morską, mającym ustalić przyczyny katastrofy. Mężczyzna zgadza się, jednak szybko okazuje się, iż wyrok jest właściwie ustalony już z góry, a na głównego kozła ofiarnego wyznaczony został kapitan prowadzący Heweliusza w dniu zatonięcia, Andrzej Ułasiewicz. Binter jako zmiennik Ułasiewicza zdaje sobie jednak sprawę z nienajlepszego stanu technicznego promu oraz wielu innych okoliczności, które w decydującym stopniu mogły przyczynić się do katastrofy Heweliusza. Rozpoczyna więc jakby własne śledztwo, co nie jest na rękę ani ludziom z ministerstwa, którzy chcą wybielić armatora, ani funkcjonariuszom WSI, rzekomo przemycającym broń z pomocą tego promu… „Heweliusz” to przede wszystkim ambitna, dobrze zrealizowana produkcja, która może służyć jako okazja do refleksji nad odpowiedzialnością moralną i poszukiwaniem prawdy. Warto w tym miejscu zaznaczyć, iż oceniając ten serial pozytywnie, przyjmujemy, że jego twórcy przedstawili z rzetelnością najbardziej prawdopodobne przyczyny zaginięcia promu, okoliczności to poprzedzające, stan statku, a także działania różnych stron zainteresowanych, by główną odpowiedzialnością za tragedię obciążyć kapitana, a po części też załogę. Jako że widać w tej produkcji duży wysiłek włożony w zbadanie przyczyn, przebiegu i następstw katastrofy Heweliusza, to chyba można twórcom tego serialu dać spory kredyt zaufania. Zakładamy zatem, iż wszelkie dostępne im źródła zbadali rzetelnie i dogłębnie, a wnioski, jakie z nich wyciągnęli, są prawidłowe. W związku z czym jako główny atut serialu jawi się próba przywrócenia dobrego imienia kapitanowi Ułasiewiczowi oraz jego załodze, gdyż produkcja ta dowodzi, że kapitan był zmuszony do wykonania feralnego zwrotu i przejścia linii wiatru (i nie był to błąd z jego strony), co było bezpośrednią przyczyną zatonięcia promu. A przywracanie dobrego imienia bliźnim, nawet po latach, jest oczywiście rzeczą chwalebną. Warto też zauważyć, że twórcy serialu dobrze oddali historyczny kontekst transformacji ustrojowej w Polsce lat 90-tych: chaos, ogromne bezrobocie, niepewność ekonomiczną, bylejakość, kombinatorstwo, dopiero co rodzący się i wciąż jeszcze „dziki” kapitalizm. Czuć tutaj wyraźnie, że pieniądze i interesy mają większe znaczenie niż bezpieczeństwo czy ludzkie życie. Chociaż nie ma w serialu jakichś wyraźnych nawiązań do PRL-u, to twórcom serialu udało się też podskórnie przekazać wrażenie, iż ta epoka niedawno się skończyła, ale coś z jej szarzyzny jeszcze zostało, a nowe czasy po chwilowej euforii też nie dają wielkich perspektyw większości społeczeństwa. Niewiele miejsca pozostaje też w tym świecie na takie rzeczy jak sprawiedliwość, godność człowieka czy prawda. Serial ten może więc skłaniać do refleksji nad tym, dlaczego ten czas transformacji był aż tak zły, a nawet do stawiania pytań, kto był za taki stan odpowiedzialny (pewnym tropem, który zostawiają twórcy tej produkcji może być pokazywana tu potęga WSI, oraz wszechpotężne układy pod stołem ważniejsze niż oficjalne prawo). Inną istotną zaletą serialu, która wynika z dobrze oddanego tła historycznego jest naświetlenie, dlaczego pewnym osobom mogło tak zależeć na uwolnieniu od winy armatora i przerzuceniu całej odpowiedzialności na kapitana i załogę. Znajomość kontekstu historycznego, choć oczywiście nie zmienia negatywnej oceny takiego postępowania, to jednocześnie uzmysławia, że intencje tych osób mogły być nawet w jakiejś części szlachetne – za wszelką cenę nie dopuścić do upadku armatora, bo to oznaczałoby zwiększenie, już i tak dużego, bezrobocia na Wybrzeżu i nędzę wielu rodzin. Serial ten może więc skłaniać do przyjrzenia się ziarnu prawdy zawartemu w polskim powiedzeniu „Dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane.” Docenić też można w „Heweliuszu” z pewnością pozytywne nawiązania do modlitwy. Jeden z ocalonych marynarzy przypisuje bowiem ocalenie swoje i kilku towarzyszy temu że inny wytrwale odmawiał Różaniec, kiedy czekali w pontonie na ratunek. Zaletą serialu jest też oczywiście coś, co można określić jako „duch prorodzinny”, a także związane z tym życzliwe pokazywanie ofiar katastrofy (scenariusz skupia się bardziej na tym, co było dobre w ich życiu i co straciły ich rodziny, tracąc męża i ojca). W serialu są też takie wyraźnie chrześcijańskie w duchu wątki jak np. wdowa, która z początku wyraża swój ból głównie gniewem, oskarżeniami i niechęcią wobec rodziny kapitana; potrafi się jednak wznieść ponad te uczucia i dać świadectwo prawdzie, wbrew własnym interesom. Na pochwałę zasługuje również z pewnością pokazywanie solidarności społecznej w obliczu takich katastrof. I chociaż serial ten niespecjalnie skupia się na sprawach ostatecznych, to i tak może być łatwo odczytany jako swoiste „memento mori”, gdyż pokazuje niezwykłą kruchość ludzkiego życia w zestawieniu z tym, co od człowieka nie do końca zależne. Morze, będące biblijnym symbolem chaosu i śmierci, zdaje się tu kolejny raz przypominać o konieczności pokory i właściwego podejścia do życia, które tak łatwo i szybko da się zatopić. Serial ten należy też pochwalić za brak scen „erotycznych” i innych elementów podobnego rodzaju. Tym bardziej jest to godne uznania, że gdyby twórcy tej produkcji chcieli takie sceny wprowadzić, to wystarczyłoby, iż rozbudowaliby chociażby wątek romansu kapitana Bintera z „panią od armatora”. Jeśli chodzi o złe bądź wątpliwe moralnie aspekty filmu, to nie jest ich wiele. Z tychże w uszy rzuca się tu przede wszystkim duża ilość wulgarnego słownictwa, po części niestety uzasadniona, gdyż oddaje przykry zwyczaj Polaków, jakim jest niewątpliwie częste „przeklinanie” (nie inaczej sprawy się miały w latach 90-tych). Trzeba więc przyznać, że twórcom serialu, którzy najwyraźniej starali się, jak najlepiej oddać realia lat 90-tych w naszej ojczyźnie, niezwykle trudno byłoby przedstawić naszych rodaków w sytuacji ogromnego stresu, którzy nie używają wulgaryzmów. Trudno oczywiście całkiem usprawiedliwić twórców serialu w tej materii, gdyż realizm przedstawienia nie jest jakąś nadrzędną wartością, poza tym już dawno wymyślono zabieg „wypikiwania” najgorszych słów. Gorszą rzeczą jest jeszcze łączenie na jednym oddechu świętego imienia Jezus z wulgaryzm słownictwem. Innym zarzutem, który można wysunąć wobec tej produkcji, jest, wprawdzie lekkie, ale jednak wspieranie pewnych przesądów i zabobonnych praktyk. Chodzi tu głównie o przedstawianie maskotki czarownicy, jako przedmiotu, który, w domyśle, istotnie mógłby przynieść szczęście kapitanowi, gdyby nie zapomniał go zabrać na statek. W pewnym momencie podkreśla się także tu fakt, iż do katastrofy Heweliusza doszło 13-tego. Innym problemem może być mieszanie faktów historycznych z fikcją. Wiąże się z tym ryzyko wprowadzania widzów w błąd co do prawdy historycznej. Wprawdzie twórcy filmu zastrzegają, iż serial jest tylko inspirowany tragedią Heweliusza, jednak realizm tej produkcji może sprawiać, że odbiorcy utożsamią bohaterów serialu (w tym „czarne charaktery) z rzeczywistymi postaciami. Z drugiej strony może o takie utożsamienie nie byłoby sprawiedliwym obwiniać twórców serialu, gdyż dorośli widzowie powinni sobie zdawać sprawę, że jest to produkcja, która ucieka się do pewnych skrótów fabularnych, typu np. łączenie kilku postaci w jedną. Podsumowując, serial ten zyskuje pozytywną oceną, która byłaby wyższa, gdyby nie to, że silnie wystawia on widza na grzechy języka. A szkoda, bo jest to pod wieloma względami bardzo wartościowa produkcja, nadto bardzo udana jako ekranowe widowisko. Większa powściągliwość języka czyniłaby ją odpowiednią także dla nastoletnich widzów, a tak można ją polecić jedynie tym dojrzalszym. Marzena Salwowska /.../
  6. The Chosen (sezony 2-5)

    Możliwość komentowania The Chosen (sezony 2-5) została wyłączona Niniejsza recenzja jest sumarycznym omówieniem sezonów 2-5 serialu „The Chosen” (przypomnijmy, że 1 sezon został już zrecenzowany na naszej stronie: https://kulturadobra.pl/?s=The+Chosen). Na wstępie warto pochwalić te sezony za przemyślane dawkowanie zmiany nastroju i stopniowe dodawanie napięcia i dojrzalszych elementów. Pierwsze serie są bowiem jakby gatunkowo lżejsze, skoncentrowane na problemach pojedynczych ludzi, na pokazywaniu uczniów Jezusa jako ludzi z krwi i kości, którzy mierzyli się z podobnymi problemami co współcześni. Twórcy tej produkcji stopniowo jednak pokazują, jak Jezus dalekowzrocznie buduje z tych „kamieni” swój Kościół. Tak że bohaterowie mierzą się tu już nie tylko ze swoimi prywatnymi problemami, ale stają się częścią wspólnoty, na której „lidera” Nauczyciel wybiera Szymona – Piotra. Środkowe sezony pokazują zatem proces „ciosania tych kamieni”, relacje w gronie uczniów, czasem pełne napięć i potrzeby wzajemnego wybaczania. Z rozwojem serialu widać też narastające napięcie i wrogość wobec Jezusa. Zwłaszcza od trzeciego sezonu, kiedy Zbawiciel staje się już w pełni publiczną postacią, jego nauczania potwierdzane licznymi cudami stają się coraz głośniejsze, w wielu sercach narasta pytanie, czy jest on oczekiwanym Mesjaszem. Tłumy rosną, ale wrogowie są też coraz liczniejsi i potężniejsi. Twórcy serialu dobrze pokazują, jak w tej opowieści coraz częściej pojawiają się mroczne tony i zapowiedzi Krzyża. Widzimy jak zwłaszcza wśród faryzeuszy i Sanhedrynu pojawia się silna „opozycja” wobec Jezusa. Niezbyt przychylnie, a przynajmniej podejrzliwie podchodzą do Jego misji też Rzymianie. Swoje decyzje podejmuje Judasz, a pozostali apostołowie zdają się jeszcze nie pojmować powagi sytuacji. Wrogowie Mesjasza kierowani różnymi motywacjami, łączą siły, zmierzając w końcu do jednego celu, który tak zapowiada już powstała przed Ewangeliami Księga Mądrości w drugim rozdziale: „Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszemu działaniu, zarzuca nam przekraczanie Prawa, wypomina nam przekraczanie naszych [zasad] karności.Głosi, że zna Boga, zwie siebie dzieckiem Pańskim. Jest potępieniem naszych zamysłów, sam widok jego jest dla nas przykry, bo życie jego niepodobne do innych i drogi jego odmienne.Uznał nas za coś fałszywego i stroni od dróg naszych jak od nieczystości.Kres sprawiedliwych ogłasza za szczęśliwy i chełpi się Bogiem jako ojcem.Zobaczmy, czy prawdziwe są jego słowa, wybadajmy, co będzie przy jego zgonie.Bo jeśli sprawiedliwy jest synem Bożym, Bóg ujmie się za nimi wyrwie go z rąk przeciwników. Dotknijmy go obelgą i katuszą, by poznać jego łagodność i doświadczyć jego cierpliwości. Zasądźmy go na śmierć haniebną, bo – jak mówił – będzie ocalony»”. Serial ten warto też pochwalić za dosłowność w pokazywaniu cudów, niezwykłych uzdrowień, wskrzeszeń czy wypędzania demonów. Trzeba też zauważyć, że nie ma tutaj zachęty do „tolerancji” wobec kultów czy wierzeń pogańskich, wręcz przeciwnie świątynia bożka jest tu pokazywana jako coś obrzydliwego. Tak że produkcja ta dość wyraźnie zaznacza, że tylko Jezus Chrystus jest „drogą, prawdą i życiem” (Jana 14:6). Główną zaletą tego serialu pozostaje, tak jak w pierwszym sezonie pokazanie Naszego Pana Jezusa Chrystusa jako Przyjaciela, który pragnie wchodzić do naszego życia, niezależnie od zagmatwania, w jakim się znajdujemy. Produkcja ta podkreśla, że ludzkie problemy, wątpliwości, lęki, ograniczenia czy wreszcie grzechy były w czasach pierwszego przyjścia Mesjasza bardzo podobne. Stąd też produkcja ta może wywoływać w widzu słuszne wrażenie, iż i on/ona może liczyć z Chrystusem na podobną relację, jeśli zdecyduje się być Jego uczniem/uczennicą. Nie mniej docenić trzeba także fakt, że serial nie pozostaje na poziomie osobistej relacji danego człowieka z Jezusa, co jest oczywiście bardzo ważne, ale w kolejnych sezonach pokazuje też stopniowe budowanie wspólnoty Kościoła, oraz przygotowanie tejże wspólnoty do zrozumienia Misterium Śmierci i Zmartwychwstania Zbawiciela. Pewną poboczną zaletą serialu, którą warto docenić, jest to, iż propaguje podejście do wiary chrześcijańskiej totalnie sprzeczne z niebezpieczną doktryną znaną jako „ewangelią sukcesu”. Dla przypomnienia ta kontrowersyjna doktryna teologiczna, popularna w wielu kręgach chrześcijańskich głosi, że wiara w Boga, połączona z pozytywnym myśleniem, modlitwą i dawaniem (np. dziesięciny), prowadzi do materialnego dobrobytu, zdrowia i sukcesu osobistego. Według tej nauki Bóg chce, aby wierzący byli bogaci, zdrowi i szczęśliwi, a ubóstwo czy choroby są często postrzegane jako wynik braku wiary lub grzechu. W serialu nie widzimy takiego myślenia, wręcz przeciwnie, jest tutaj podkreślenie, że pełne zaufanie Bogu oznacza, że akceptujemy stan, w którym wiara nie musi się nam opłacać, prowadzić do życiowego sukcesu. Najdobitniej widoczne jest to chyba w scenie, w której Jezus prosi Jakuba Mniejszego, aby przyjął jako właśnie przejaw wyrazu szczególnego zaufania, którym obdarza go wraz z Ojcem to, iż choć będzie uzdrawiał chorych w imieniu Jezusa, to sam zostanie ze swej niepełnosprawności wyzwolony dopiero w życiu przyszłym. Z drugiej strony tej scenie można zarzucić, że wydaje się dość mało prawdopodobne, iż Zbawiciel nie uzdrowiłby własnego apostoła, gdyż w oczach współczesnych mogłoby to osłabiać wiarę w Jego potęgę, a także nie byłoby zbyt praktyczne w czasach, kiedy długie podróże (które wkrótce miały stać się udziałem apostołów) były nie lada wyzwaniem dla osoby niepełnosprawnej. Przejdźmy teraz do wątpliwych aspektów tego serialu. A zatem mieszane odczucia budzi sposób przedstawienia Marii, Matki Jezusa. Najbardziej wątpliwa rzecz pojawia się w sezonie 2 i dotyczy istotnej różnicy w postrzeganiu katolickim, a tym, mówiąc skrótowo, protestanckim Maryi. Otóż w 3 odcinku drugiego sezonu serialu pokazuje Marię wspominającą, że doświadczyła typowych bólów porodowych i „bałaganu” (messy birth).To bezpośrednie nawiązanie do protestanckich poglądów, gdzie Maria jest zwykłą matką podlegającą skutkom grzechu pierworodnego (Rdz 3,16: „W bólach będziesz rodziła dzieci„). Kontrastuje to z katolicką doktryną, że Maria – wolna od grzechu – nie cierpiała bólów porodowych, co jest częścią jej dziewictwa in partu (w czasie porodu). Prorok Izajasz (66,7) zapowiada: „Zanim poczuła ból, urodziła syna„, co Ojcowie Kościoła (np. Grzegorz z Nyssy) interpretują jako cudowny, bezbolesny poród. Bezbolesność tego szczególnego porodu implikuje także dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, gdyż dziwną rzeczą byłoby, gdyby wolna od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego niewiasta miała cierpieć bóle porodowe, które są jednym ze skutków tego grzechu, i to wprost wymienionym w Księdze Rodzaju. Pewne zastrzeżenia może też budzić sposób ukazania wyglądu i osobowości Marii. Matka Naszego Pana jest tu bowiem przedstawiona jako niewiasta uboga, ale jednocześnie nosząca na co dzień biżuterię (co wskazywałoby jednak na pewną próżność). Nadto czasem w tej kreacji postać ta wydaje się nieco wścibska, a nawet skłonna do nadopiekuńczości. Mianowicie bardzo cierpi ona z powodu tego, że nie czuje się już zbyt potrzebna swojemu synowi, który już przekroczył 30-tkę. Z drugiej strony, choć ten „kryzys pustego gniazda”, wydaje się w przypadku prawdziwej Maryi mało prawdopodobny, to jest w pełni zrozumiały w konwencji serialu, która pokazuje nam postacie z Ewangelii jako podobne w swoich problemach do współczesnych ludzi. A że przechodzenie „kryzysu pustego gniazda” samo w sobie jeszcze nie jest grzeszne, to można chyba pozwolić twórcom serialu na taką artystyczną swobodę. Postać Maryi, choć może być w tym wydaniu nieco irytująca, ma też swoje „mocne momenty”. Można tu wymienić chociażby, jedną chyba z piękniejszych scen serialu, w której Matka Jezusa, jak nikt inny, potrafi usłużyć swojemu skrajnie zmęczonemu Synowi, i okazuje się jednak wciąż potrzebna. Ciekawym wątkiem jest też Maria wspominająca biedę, momentami skrajną, w jakiej żyła z Józefem. Jest to tym bardziej wartościowe, iż przeciwne wspomnianej już „ewangelii sukcesu”. Przejdźmy teraz do paru innych wątpliwych elementów tego sezonu, które nie dotyczą Maryi. A zatem w drugim sezonie znajdziemy scenę, w której Pan Jezus „ćwiczy” Kazanie na Górze i prosi Mateusza o pomoc w redagowaniu. Jest to pomysł co najmniej niefortunny, gdyż Jezus, jako Słowo Boże, nie potrzebuje pomocy w głoszeniu prawdy. Wszystkie Jego nauczania są inspirowane Duchem Świętym. Mamy tu też scenę, w której Mesjasz zdaje się zniechęcać Jana do otwartej krytyki cudzołożnego związku Heroda Antypasa z żoną swego brata Heroda Boethosa – Herodiadą. W natchnionym tekście biblijnym nie mamy jednak żadnej wzmianki czy sugestii, by takie działanie Jana Chrzciciela nie podobało się Bogu. A skoro nie ma takich zastrzeżeń, to bardziej chyba sensownym jest założyć, że taka postawa „największego narodzonego z niewiast” ((Łk 7,28) ) była nie tylko miła Bogu, ale też stanowiła część posłannictwa tego wielkiego proroka, gdyż dała nam po dziś dzień przykład bezkompromisowej postawy w słusznym napominaniu możnych tego świata. Jeśli chodzi o wątpliwości związane z sezonem 3, to wspomnieć należy też o niejasnym zdaniu, w którym Jezus mówi o sobie „Ja jestem Prawem Mojżeszowym”, podczas gdy, biblijnie Jezus wypełnia Prawo (Mt 5,17), ale nie utożsamia się z nim dosłownie. Niektórzy z widzów zdążyli już zauważyć, że tak sformułowane zdanie bardziej przypomina cytat z Księgi Mormona niż z Biblii. W tymże sezonie mamy nadto skrócenie cytatu z Ewangelii Łukasza (5,32), w którym Chrystus mówi jedyne, iż przyszedł wzywać grzeszników, a nie tak jak w tekście biblijnym, że przyszedł wzywać grzeszników do nawrócenia. To oczywiście osłabia prawdę o konieczności nawrócenia z grzechów. W sezonie tym pada też fraza „miłość to miłość”, która kojarzy się współcześnie z promocją różnego rodzaju dewiacji seksualnych. Choć w tej akurat scenie nie ma żadnego związku z „tęczową miłością”, i trudno powiedzieć, czy jest to tylko niefortunne sformułowanie, czy kryje się za tym coś naprawdę złego. Pewną słabością serialu jest też paradoksalnie to, co jest jego największą siłą. Chodzi mianowicie o podkreślanie, że ludzie z czasów pierwszego przyjścia Pana Jezusa nie różnili się specjalnie od współczesnych. Nie jest to oczywiście tak dalekie od prawdy i podkreślanie tych podobieństw bardzo służy wciągnięciu współczesnego widza w sam jakby środek wydarzeń opisanych w Ewangeliach. Miejscami wydaje się ten zabieg iść jednak za daleko, gdy twórcy serialu zdają się już całkiem nie uwzględniać pewnej odmienności w mentalności ówczesnych ludzi oraz innych okoliczności, w jakich żyli. To przekładanie wszystkiego w serialu niemal 1 do 1 na nasze czasy i daje momentami dziwne rezultaty. Przykładowo bohaterowie serialu zdają się nieraz analizować zbiorowo swoje odczucia niczym na jakiejś sesji terapii grupowej, używając takich słów jak „trauma”. Daje to fałszywe wrażenie, jakby ówcześni Żydzi mieli również w zwyczaju usprawiedliwiać wszystkie swoje błędy czy grzechy z teraźniejszości np. trudnym dzieciństwem. To zresztą prowadzi do innego problemu, czyli być może nieco zbytniej koncentracji na uczuciach i emocjach. W pewnym momencie serialowy Jezus radzi nawet jednej z postaci „iść za sercem”, podczas gdy, odwrotnie niż pop kultura, Biblia przestrzega przed nadmiernym zaufaniem do swojego serca – „Serce jest zdradliwsze niż wszystko inne i niepoprawne – któż je zgłębi?” (Jer 17,9). Kolejnym elementem, który wzbudza wątpliwość, jest rzecz opisana już w recenzji pierwszego sezonu, czyli ubiór pozytywnych postaci. Wątpliwość wzbudza tu męski strój, jaki miał być wedle wizji twórców serialu, noszony przez Pana Jezusa i innych hebrajskich mężczyzn. Otóż Jezus oraz apostołowie są tutaj często pokazywani przebrani nie w długie (jakie zgodnie z prawdopodobieństwem nosili), ale krótkie – sięgające powyżej ich kolan – tuniki. Taki strój jest wprawdzie zrozumiały, kiedy wiąże się z pracą fizyczną (np. apostołów rybaków), ale już przy publicznych wystąpieniach przez ówczesnych Żydów odbierany byłby słusznie zapewne jako urągający przyzwoitości.Pewne wątpliwości może też budzić sformułowanie, którego używa jedna z bohaterek serialu, a mianowicie, że chciałaby być kiedyś nauczycielką jak Maria (Maria Magdalena). Takie sformułowanie może budzić uzasadniony niepokój, gdy zważy się na to, iż już od dłuższego czasu w przestrzeni publicznej rozpowszechniane są pewne heretyckie twierdzenia o tym, jakoby ta niewiasta miała być jedną z pierwszych przywódczyń i nauczycielek Kościoła. Z drugiej strony w serialu nie ma jakichś wyraźniejszych scen czy aluzji, by Maria z Magdali miała w istocie sprawować coś w rodzaju funkcji nauczycielskiej (w rozumieniu Kościoła), a jedynie uczy (i to właściwie tylko czytać) Ramę. Wreszcie, nie ma też sceny, w której Jezus wysyłałby ją na jakąś misję z apostołami. Wręcz przeciwnie jest tu pokazane, że zadania apostolskie powierza wyłącznie mężczyznom. Trochę niefortunnie wydaje się też rozwijać wątek z Judaszem. Mianowicie, twórcy serialu zdają się sugerować, że kradnie on pieniądze ze „wspólnotowej sakiewki” nie dla siebie, ale po to, żeby zabezpieczyć finanse na późniejszą działalność Mesjasza. Poza tym swoją zdradą nie chce wyrządzić Jezusowi właściwie żadnej krzywdy, a zmusić Go do bardziej, w jego przekonaniu, mesjańskich działań (pokonanie Rzymian, ustanowienie Królestwa Bożego ze stolicą w Jerozolimie). Sugestie biblijne jednakże zdają się iść w kierunku bardziej egoistycznych pobudek Judasza (chciwość).Mimo tych różnych zastrzeżeń te kolejne sezony wydają się również godne polecenia, gdyż całość można porównać nie do kieliszka dobrego wina z odrobiną trucizny, a raczej do dużej smakowitej i pożywnej ryby, z której jednak trzeba wyłuskać trochę drobnych ości. Niemądre byłoby wyrzucać taką rybę przez te ości, choć warto przed jej podaniem uprzedzić, w czym może być problem. Ta recenzja była więc próbą wyłuskania tych wszystkich ości, oddzielenia ich od zdrowego i bezpiecznego mięsa. Bo tego właśnie mięsa jest tu zdecydowanie więcej. Jako że jednak zalety tej produkcji są dość oczywiste, łatwe do zauważenia i już szeroko opisane, stąd też raczej była potrzeba wyszczególnienia bardziej wątpliwych rzeczy. Tym bardziej że serial ten ma to do siebie, że zazwyczaj albo jest bezkrytycznie chwalony, albo „odsądzany od czci wiary”. Stąd wydaje się, że zaistniała potrzeba recenzji z punktu widzenia osoby, która zasadniczo uważa tę produkcję za ważną i pożyteczną, jednocześnie dostrzegając pewne jej błędy, czy potencjalnie groźne elementy.Marzena Salwowska /.../
  7. Strefa interesów

    Możliwość komentowania Strefa interesów została wyłączona Ta polsko-brytyjsko-amerykańska produkcja z 2023 roku podejmuje trudny temat Holokaustu w niecodzienny sposób. Film skupia się na życiu Rudolfa Hössa, komendanta obozu Auschwitz oraz jego rodziny. Akcja toczy się w idyllicznym domu z ogrodem tuż miejsca zagłady, co kontrastuje z niewidocznym, ale wyczuwalnym horrorem pobliskiego obozu. Historia pokazuje głównie sielankę rodziny Hössów w tejże komfortowej willi. Obserwujemy zatem ich codzienne rytuały: pikniki, zabawy dzieci, wizyty bliskich … Tło jest jednak niepokojące – zza muru dobiegają odgłosy strzałów, krzyki i szum krematoriów, a dym unosi się w powietrzu. Rodzina zdaje się jednak akceptować pewne takie „niedogodności” jako cenę za spokojne, szczęśliwe życie. Prawdziwą tragedią okazuje się dla nich (zwłaszcza dla pani domu) dopiero wizja wygnania z tego raju, kiedy dowiadują się, że Höss wkrótce zostanie odwołany ze stanowiska komendanta Auschwitz … Obraz ten jest dziełem prowokującym do refleksji nad naturą zła i jego „banalnością” w warunkach, kiedy to zło jest akceptowalne. Film ten bawiąc się niejako w „Big Brothera w domu nazistów” w subtelny, a jednocześnie mocny sposób pokazuje, jak banalne może być zło, gdy sprawcy mają na swoje zbrodnie pełne poparcie ze strony władzy, a ich „praca” spotyka się z szacunkiem również ze strony ogółu społeczeństwa. W kontekście tego filmu często mówi się o mechanizmach dehumanizacji i wyparcia. Co do dehumanizacji możemy się w pełni zgodzić (daje się odczuć, że Żydzi już jakiś czas wcześniej stracili w oczach przedstawianych tu Niemców przestali być ludźmi, a przynajmniej bliźnimi). Jeśli chodzi o mechanizm wyparcia, to doszukiwanie się go w zachowaniach głównych bohaterów wydaje się jednak nietrafione. Stosowanie takiego mechanizmu wydaje się niemożliwe nawet w przypadku Pani Höss, która wprawdzie nigdy nie wchodzi na teren obozu, jednak kamera co jakiś czas uświadamia nam, jak blisko murów znajduje się jej willa. Zresztą rozmowy „Królowej Auschwitz” z koleżankami i groźby wobec służby wskazują, iż dobrze wie ona, co tam się dzieje. Zatem oboje małżonkowie mają pełną świadomość tego, co robią, chociaż próbują od tej prawdy oddzielić swoje dzieci. Sami jednak za bardzo tej prawdy nie wypierają, gdyż prawdopodobnie nie widzą ku temu powodów. Zdają się po prostu uważać, że mają do odegrania pozytywną rolę w historii Niemiec – tworzą dla rodaków przestrzeń życiową na Wschodzie, eliminując „szkodliwą rasę”. Państwo Höss są po prostu wyjątkowo praktyczni, „ogarnięci” i zdeterminowani, rzec można, z punktu widzenia swoich mocodawców „właściwi ludzie na właściwym miejscu”. Wszak Rudolf Höss to menadżer, który nie tylko zadba o spełnienie norm, ale wykaże się zaangażowaniem i dużą inicjatywą w prowadzaniu ulepszeń i innowacji do tej machiny śmierci, którą zarządza. Jego małżonka natomiast zadba, żeby po pracy mógł odpoczywać i cieszyć się wychowywaniem nowego pokolenia … Widzimy zatem, iż zbrodnie popełniane w owym niemieckim obozie koncentracyjnym, w których wielki udział ma też oczywiście ojciec tej „idealnej aryjskiej rodziny”, nawet pomimo wysokiego muru i próby izolowania dzieci od prawdy o Auschwitz, stają się integralną częścią funkcjonowania rodziny. Widzimy chociażby jak pani Höss bez skrępowania dzieli „łupy” zrabowane więźniarkom czy rozmawia o nich z koleżankami w formie „ploteczek”. Znamienna jest też scena, w której kąpiące się dzieci Hössów muszą wyskakiwać w popłochu z wody, gdy ojciec rodziny znajduje w rzece ludzką kość … Ktoś mógłby zarzucić tej produkcji, że jakoby pokazuje rodzinę Höss w sympatyczny sposób. Nie brak tutaj wszakże takich scen jak ojciec czytający bajki dzieciom, wspólne zabawy i pikniki rodzinne, wspomnienia i marzenia małżonków dotyczące wakacji, czy miłość Hössa do zwierząt i przyrody. Jednakże zarzut tego rodzaju nie jest chyba zbyt zasadny. Po pierwsze dlatego, że pokazanie pewnych autentycznie dobrych cech i zachowań nawet po stronie największych zbrodniarzy w dramacie historycznych jest wręcz kwestią rzetelności i oddania prawdy. Parafrazując nieco słowa naszego Pana Jezusa Chrystusa – nawet źli ludzie potrafią dawać dobre rzeczy swoim dzieciom (Mateusz 7, 11), cóż więc dziwnego, iż małżonkowie Höss również mogli szczerze troszczyć się o swoje dzieci czy o siebie nawzajem? Po drugie to pokazanie troski o najbliższych, zwierzęta, a nawet rośliny tym bardziej uwypukla okrucieństwo Hössów wobec tych ludzi, których już nie uważali za swoich bliźnich. Zarzut zbytniego ocieplania wizerunku tej nazistowskiej pary nie może się utrzymać, jeśli ogląda się ten film uważnie i w całości. Co i rusz bowiem widzimy, jak spod schludnej powłoki wychodzi z nich brudne, jadowite robactwo. Dowodem czego jest chociażby scena, w której pani Höss niezadowolona ze swej polskiej służącej, mówi do dziewczyny „Mogłabym poprosić męża, żeby rozsypał twoje prochy na polu w Babicach”. Jej małżonek z kolei, dla którego prawdziwym okrucieństwem dokonującym się w Auschwitz jest niedelikatne zrywanie bzów przez strażników, nawet podczas imprezy dla nazistowskich oficjeli fantazjuje o tym, w jaki sposób zagazowałby wszystkich obecnych na sali (Niemców!). Zresztą również małżeństwo Hössów okazuje się tylko z pozoru czyste, gdy zostaje nam pokazane (a ściślej tylko zasugerowane), że Höss zdradza swoją żonę (prawdopodobnie regularnie z prostytutkami). Nie można też chyba zarzucić filmowi całkowitego pesymizmu. Jest tutaj wszak pokazana wyraźnie dobra, a nawet wymagająca heroizmu postawa polskiej dziewczyny, która z narażeniem życia podrzuca jedzenie dla więźniów Auschwitz. Jako promyk nadziei można widzieć też wątek matki pani Höss, która mimo swojej głębokiej niechęci do Żydów, kiedy dociera do niej, co tak naprawdę dzieje się za murem, wstrząśnięta wyjeżdża, zostawiając córce list. Jest to mocny moralnie punkt filmu, który pokazuje, iż głos sumienia może poruszyć nawet najbardziej „zaczadzoną Ideologią” osobę, o ile jeszcze ma w sobie jakąś gotowość usłyszenia tego głosu. I zdaje się, że owa starsza pani, która nie może znieść przebywania w miejscu, które dla jej córki jest rajem i spełnieniem marzeń (zarówno tych osobistych jak i zbiorowych o „nowej przestrzeni życiowej dla Niemców”) jest poruszona tym głosem. I dlatego wstrząśnięta wyjeżdża, zostawiając córce list, którego treści wprawdzie nie poznamy, ale po reakcji pani Höss domyślamy się, że raczej nie był on tylko zdawkowy. Jedną z głównych zalet filmu może być zatem to, co z pozoru może się wydawać jego wadą, a mianowicie fakt, że nie pokazuje on masowego mordu w Auschwitz wprost. Robi to natomiast za pomocą dźwięków dobiegających zza murów czy obrazów takich jak popiół z krematoriów przysypujący piękne kwiaty państwa Höss. Dzieło to pokazuje toczącą się za murem tragedię jako układankę, jednak bardzo łatwą do poskładania dla osób, które są wystarczająco blisko. Jeśli chodzi o zarzuty, jakie można wysunąć wobec tej produkcji, to jest tu pewna ilość scen plażowych, w których widzimy ludzi obojga płci w dość skąpych strojach kąpielowych. Gwoli ścisłości trzeba jednak zaznaczyć, że kontekst (plażowanie rodzinne, nie na plażach publicznych) oraz sposób pokazywania tych scen raczej wyklucza ich podtekst erotyczny. Pewnym zarzutem wobec filmu może być też to, że zabrakło w tym obrazie ukazania konsekwencji zbrodniczych wyborów dla ich sprawców. Nie widzimy tu żadnej kary dla zbrodniarzy, na przykład sceny powieszenia Hössa. Nie ma nawet napisów końcowych, które by o tym mówiły. Dla kogoś, kto nie znałby historii, mogłoby to dawać wrażenie, że państwo Höss wyszli na swoim udziale w Auschwitz jednak nie najgorzej – spełnili swoje marzenia, żyli sobie wygodnie w willi z ogrodem, itp. Zapewne nie jest to wielkie ryzyko, jeśli założymy, że wszyscy dorośli widzowie zdają sobie sprawę i z tego, czym był Holocaust i z kar, które spotkały przynajmniej część sprawców tego ludobójstwa; niemniej, nie możemy wykluczyć, że film ten jest mniej przejrzysty moralnie dla odbiorców spoza naszego kręgu kulturowego. Reasumując, film polecamy z podanymi wyżej niewielkimi zastrzeżeniami, z zastrzeżeniem, że jest to obraz dla dorosłych widzów, dla których poruszana tematyka nie jest żadną nowością. Marzena Salwowska /.../
  8. The Order: Ciche braterstwo

    Możliwość komentowania The Order: Ciche braterstwo została wyłączona Akcja filmu osadzona w realiach lat 80. inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami. Do miasta Coeur d’Alene w Idaho przybywa doświadczony w walce ze zorganizowaną przestępczością, acz sterany życiem i nie cieszący się już najlepszym zdrowiem agent FBI Terry Husk. Praca z dala od wielkich metropolii ma być dla Huska okazją do pewnego wytchnienia i złapania równowagi. Nie będzie miał jednak ku temu okazji, gdyż zaraz po przybyciu czeka go sprawa morderstwa powiązana z brutalnymi napadami na banki, atakami bombowymi oraz fałszowaniem pieniędzy. Wkrótce okazuje się, że za wszystkimi tymi działaniami stoi grupa białych suprematystów pod wodzą Boba Mathewsa. W trakcie śledztwa Husk (a właściwie najpierw jego młody zastępca) zdaje sobie sprawę, że nie chodzi tu o „zwykłą” zorganizowaną przestępczość. Mathews szykuje bowiem rewolucję, której ostatecznym celem jest obalenie władzy w Waszyngtonie i wprowadzenie nowego porządku w Stanach Zjednoczonych. Sprawa wydaje się tym groźniejsza, że The Order w swoich metodach jak i celach, a nawet samej swojej nazwie wzoruje się, wręcz dosłownie, na niesławnych „Dziennikach Turnera” (więcej o szkodliwości tej książki: https://salwowski.net/2021/10/15/tradycyjny-katolik-promuje-skrajny-rasizm/ oraz https://www.youtube.com/watch?v=MvrUEYy52JQ&t=41s) „The Order” jest dość ciekawym filmem, na którego odbiór negatywnie wpłynęło jednak łączenie tego obrazu (czy to słusznie, czy nie) z doraźną walką polityczną w USA. A mianowicie część widzów dopatrywała się w jego treści, a także w przesunięciu premiery na rok wyborczy, ataku wymierzonego w Donalda Trumpa. Jako że jednak te domniemania nie mają już większego znaczenia, możemy spojrzeć na ten film jako dzieło, rzec chyba można, ponadczasowe. Do ponadczasowych treści tego filmu zaliczyć można chociażby ostrzeżenie przed tym, że ideologie mają swoje konsekwencje. Jest on przypomnieniem, iż na podatnej glebie kiełkują nie tylko dobre, ale też złe ziarna. W „The Order” mamy przykład sytuacji, w której ludzie słusznie rozżaleni poczuciem niesprawiedliwej marginalizacji łatwo ulegają różnym zwodzicielom. Takim ideologicznym zwodzicielem jest w filmie pastor „Narodów Aryjskich”. Człowiek ten wraz ze swoimi wiernymi nie waha się z dumą eksponować symboli zbrodniczej III Rzeszy. Łączy on bez wahania elementy chrześcijaństwa z rasistowską ideologią supremacji białych. W kościele pastora autorytetem zdają się cieszyć, wspomniane już, „Dzienniki Turnera” , zwane zresztą nieraz „biblią prawicowego ekstremizmu”. Sam pastor wprawdzie nie dopuszcza się aktów przemocy, a nawet próbuje powstrzymać swojego byłego „ucznia” Mathewsa, jest już jednak za późno, gdyż ziarno zostało dawno zasiane. Jak mówi Biblia: „Kto sieje wiatr, zbiera burzę” (Oz 8,7). Dodajmy, że ów pastor poleca Dzienniki do czytania dzieciom, nie bacząc, iż zawierają one ukazane w pozytywnym świetle takie wzorce jak masowe mordowanie bliźnich ze względu na „niewłaściwy” kolor skóry. Film pokazuje również hipokryzję grupy „The Order” . Jej członkowie bowiem, którzy rzekomo walczą w obronie chrześcijaństwa, nie mają problemu z tym, że ich przywódca żyje, wręcz oficjalnie, jednocześnie z żoną i kochanką; z drugiej strony jeden z „żołnierzy” organizacji udaje, że jest Hiszpanem, będąc w rzeczywistości Meksykaninem. Wynika to stąd, że w organizacji, to nie cudzołóstwo jest prawdziwym grzechem, a bycie przedstawicielem „gorszej rasy”. Przesłaniem filmu jest także sprzeciw wobec bezprawnej przemocy i nieposzanowania ładu społecznego, którego gwarantem są władze państwowe. Przypomnijmy, co pisze apostoł Paweł w trzynastym rozdziale Listu do Rzymian: „Każdy niech będzie poddany władzom zwierzchnim. Nie ma bowiem władzy, która nie pochodziłaby od Boga, a te, które istnieją, zostały ustanowione przez Boga. Kto więc sprzeciwia się władzy, sprzeciwia się porządkowi Bożemu”. Nie chodzi tu oczywiście, o czym mówią inne fragmenty Pisma św., o posłuszeństwo jakimś grzesznym nakazom władz. Warto zwrócić uwagę, że św. Paweł mówi te radykalne słowa, będąc obywatelem pogańskiego Imperium Rzymskiego, w którym działo się mnóstwo złych rzeczy, a chrześcijanie stanowili cel krwawych i nieraz „systemowych” prześladowań”. Tak że ów apostoł, gdyby chciał, znalazłby znacznie więcej powodów, by sprzeciwiać się władzy, niż członkowie grupy The Order, którzy raczej powinni dziękować Bogu, że przyszło im żyć w amerykańskiej demokracji w latach 80.tych XX wieku. W tym czasie bowiem mogli przecież bez przeszkód prowadzić pobożne, chrześcijańskie życie, „o ile to możliwe żyjąc ze wszystkimi w pokoju” (Rzym 12,18), gdyby tylko zechcieli. Patrząc na ten obraz z perspektywy chrześcijańskiej, jedną z jego głównych zalet jest też to, iż prezentuje walkę ze złem w ramach codziennej pracy stróżów prawa. Agenci FBI zostali ukazani jako obrońcy sprawiedliwości i ładu, stawiający opór siłom nienawiści i chaosu. Taki obraz jest zgodny z przesłaniem ewangelicznym, które zasadniczo potępia bezprawną przemoc, oraz niesprawiedliwą dyskryminację bliźnich. Bohaterowie filmu wykazują cnoty takie jak odwaga, wytrwałość i dążenie do prawdy, co może stanowić inspirację dla widzów i skłonić ich do refleksji nad własnymi postawami wobec zła. Co istotne, film unika nadmiernej przemocy czy obsceniczności, co czyni go bardziej przystępnym dla widzów ceniących umiar w przedstawianiu trudnych tematów. Jeśli chodzi o wady tego filmu, to rzuca się tu przede wszystkim w oczy, a raczej w uszy, pokaźna liczba wulgarnego słownictwa. Za pewną wadę można by też uznać brak przeciwwagi dla pokazywania ludzi powołujących się na Pismo św. i chrześcijańskie wartości głównie w negatywnym kontekście. Jednakże w tym przypadku nie jest to aż tak poważny zarzut, gdyż twórcy filmu, opowiadając zasadniczo prawdziwą historię, nie mieli obowiązku dopisywania czy wyszukiwania w niej wątków, które dawałyby szerszy i bardziej przychylny obraz chrześcijan w Idaho. Podsumowując, choć z poważnymi zastrzeżeniami, polecamy ten film, gdyż jego przesłanie koncentruje się na ukazaniu destrukcyjnej natury nienawiści i pogardy wobec bliźnich, które nieuchronnie prowadzą do przemocy, chaosu i moralnego upadku – zarówno w społeczeństwie, jak i w życiu samych wyznawców takich ideologii. Obraz ten jasno pokazuje, że ideologie oparte na nienawiści i pogardzie dla innych są drogą donikąd. Docenić należy także fakt, że The Order podkreśla znaczenie prawa i sprawiedliwości w walce z takimi zagrożeniami. Marzena Salwowska /.../
  9. Egzorcysta papieża

    Możliwość komentowania Egzorcysta papieża została wyłączona Główny egzorcysta Watykanu otrzymuje od papieża kolejne zadanie – ma zbadać w Hiszpanii przypadek opętania kilkuletniego chłopca o imieniu Henry. Demon (czy też demony), które zawładnęły dzieckiem, daje się mocno we znaki nie tylko całej jego rodzinie, ale zagraża (również fizycznie) każdemu, kto znajduje się w starym opactwie. To właśnie miejsce – kościelny budynek, do którego przeprowadziła się matka chłopca wraz z nim i jego nastoletnią siostrą, zdaje się skrywać jakąś mroczną tajemnicę, która przyciąga złe duchy. Dodajmy, że rodzina Henry’ego została już wcześniej mocno doświadczona – ojciec chłopca zginął w tragicznym wypadku (Henry, który był świadkiem tego zdarzenia, od śmierci ojca nie mówi). Matka zaś zdecydowała, pomimo wyraźnej niechęci dzieci do tego pomysłu) o przeprowadzce z USA do Hiszpanii po to, by sprzedać odziedziczony tam po mężu budynek dawnego opactwa. W tej trudnej na różnych poziomach sytuacji pomocą ma być właśnie sławny „egzorcysta papieża”. Zatem po przybyciu na miejsce starszy egzorcysta zabiera się energicznie za zadanie, angażując do pomocy młodego, lokalnego księdza, któremu brak doświadczenia na polu egzorcyzmów … Tak w skrócie wygląda zawiązanie fabuły w tym filmie. Na początku warto zaznaczyć, że pierwowzór głównego bohatera – o. Gabriele Amorth ( 1925-2016) to oczywiście postać prawdziwa, jednak potraktowana tutaj w dość nonszalancki sposób. Mimo wszystko dla uproszczenia będziemy nazywać głównego bohatera o. Amorthem. Prawdziwy o. Amorth z racji swojej posługi przeżył zapewne niejedną sytuację „jak z horroru”, film zresztą jest inspirowany literaturą tegoż egzorcysty, choć większość pokazanych tu zdarzeń jest zapewne fikcją. Ta fikcyjność może zresztą być dla niektórych widzów (tak jak dla piszącej te słowa) w tym przypadku pewnym rozczarowaniem. Skoro bowiem produkcja ta wykorzystuje, by tak rzec, dane osobowe i tożsamość dość niedawno zmarłego sławnego egzorcysty, to można by się spodziewać, że właśnie po to, aby dać obraz tego, jak w rzeczywistości wygląda posługa katolickiego egzorcysty. Zdaje się bowiem, iż film ten mógłby sporo zyskać, gdyby funkcja egzorcysty watykańskiego została tu ukazana w bardziej realistyczny, mniej komercyjny sposób. Tym bardziej że widowiskowość tego obrazu raczej by na tym nie straciła, gdyż twórcy filmu mogliby bez trudu wykorzystać więcej prawdziwych wspomnień o. Amortha, żeby zbudować „mocne” sceny tego filmu. I w początkowych scenach tej produkcji, wydaje się że mają oni taki zamiar, później jednak produkcja ta skręca mocno w kierunku miksu typowego hollywoodzkiego horroru z komiksem i opowiastką w rodzaju „Kodu Leonarda da Vinci”. Można powiedzieć, że to tylko kwestia gustu, jednakże jest ryzyko, że taka formuła filmu może w oczach części widzów kwestionować powagę egzorcyzmów. Jak już pewnie Czytelnik domyśla się z tego przydługiego wstępu, choć film ten ogólnie oceniamy pozytywnie, to trzeba też wysunąć wobec niego kilka bardzo poważnych zastrzeżeń. O tym jednak później. Teraz skupmy się na pozytywach. Pierwszym z tychże jest fakt, że postać kościelnego egzorcysty przedstawiona tutaj została w bardzo pozytywnym świetle. To sprawia, iż nawet pomimo komiksowego przerysowania drugiej części filmu, widz może zacząć się zastanawiać (jeśli do tej pory tego nie czynił) nad wagą i potrzebą tego rodzaju posługi we współczesnym świecie. Zaletą portretowania tej postaci jest fakt, że starszy egzorcysta ukazany jest tu nie jako „odklejeniec”, ale mężczyzna mocno stąpający po ziemi, łączący pewność siebie z pokorą, odwagę z rozsądkiem, powagę i odpowiedzialność z dystansem i poczuciem humoru, miłość do bliźnich i empatię z uzasadnionymi wymaganiami i stawianiem granic we właściwych miejscach. Taki rysunek postaci podkreśla fakt, że posługiwanie egzorcyzmami to „nie przelewki”, a poważne zadanie wymagające mocnego charakteru. Wartościowym elementem jest też wprowadzenie postaci młodego lokalnego księdza, który asystuje w przypadku tego konkretnego opętania starszemu egzorcyście. Jest to człowiek, który ma na swoim sumieniu poważnych grzech, ponadto jest trochę panikarzem. Tak że udział w egzorcyzmach staje się dla niego niejako „okazją” do nawrócenia, a nadto budowania charakteru. Jedną z zalet tego filmu jest wątek, niestety trochę słabo rozwinięty, w którym o. Amorth ma kłopoty z watykańską komisją kierowaną przez sceptycznie nastawionego kardynała, wątpiącego w realność opętań. Zresztą spośród członków owego grona, tylko jeden staje po stronie egzorcysty. Reszta zdaje się uważać jego posługę za nie tylko zbędną, lecz wręcz szkodliwą. Egzorcyzmy to dla tej komisji najwyraźniej coś, co nie przystaje do naszych czasów, jest reliktem dawnych wieków, nie sprzyja ocieplaniu wizerunku Kościoła, a wręcz go ośmiesza. Zresztą, po co egzorcyzmy, skoro osobowego Zła pewnie nie ma, a Szatan to tak naprawdę figura retoryczna, takie straszydło, które miało trzymać dawniej ciemny lud w jakichś moralnych granicach … tak to mniej więcej wygląda z punktu widzenia „oświeconych” kardynałów z tejże komisji. Wielu czytelników pewnie zdaje sobie sprawę, że tego rodzaju postawy nie są aż taką rzadkością wśród „postępowych” duchownych czy teologów. W filmie jednak jest silny promień nadziei, gdyż mimo że to podejście, sądząc z postawy owej komisji, wydaje się już dominować pośród wyższego duchowieństwa, to jednak przedstawiony tu papież (postać prawdopodobnie wzorowana na Janie Pawle II) staje po stronie reprezentowanej przez o. Amortha. Jedną z głównych zalet tego obrazu jest też to, że, wprost i bez powątpiewania, mówi o takich sprawach wiary jak Trójca Święta, nasze Odkupienie przez Jezusa Chrystusa, spowiedź i żal za grzechy, odpuszczenie win, modlitwa, czy miłość wobec bliźnich (miłość matki jest tutaj nawet określona jako najbardziej podobna do miłości Bożej). Mocno jest tu też ukazana nienawiść Diabła, jaką żywi on wobec Boga i Jego dzieł, a zwłaszcza człowieka, którego pragnie doprowadzić do wiecznego zatracenia, a przynajmniej udręczyć w miarę swoich możliwości. Na plus można również zaliczyć wzmiankowanie w tej produkcji o możliwych przyczynach opętania, takich jak zwiększenie podatności na nie przez traumatyczne wydarzenia (być może powiązane z utratą wiary), czy słuchanie pewnych rodzajów muzyki. Zaletą jest też wyraźna reklama książek o. Amortha, dzięki czemu pewnie spora liczba widzów sięgnie po literaturę, w której autor opisuje swoje realne doświadczenia w temacie. Film ten nie jest, niestety, wolny od poważniejszych wad. Jeśli chodzi o bardziej oczywiste mankamenty tego obrazu, to mamy tu sporą ilość wypowiadanych przez demona wulgaryzmów, również o charakterze bluźnierczym bądź obscenicznym, a także kobiecą nagość ukazaną w dość perwersyjny sposób (ciało pokryte krwią). Ktoś mógłby argumentować, że użycie takich środków było niezbędne dla oddania rzeczywistego charakteru i działania złych duchów … Czy aby na pewno? Na kartach Nowego Testamentu nieraz spotykamy sceny, w których albo sam Jezus Chrystus, albo Jego uczniowie wypędzają demony z opętanych, jednak zawsze jest to pokazane w sposób powściągliwy, bez skupiania się na drastycznych szczegółach, bez przytaczania wulgarnego, obscenicznego i bluźnierczego języka, którym prawdopodobnie już wtedy posługiwały się upadłe anioły. Oczywiście nie oczekujemy aż takiej powściągliwości od tego gatunku filmowego, ale pewne większe opanowanie jednak by się tu przydało. W filmie tym występują jednak jeszcze poważniejsze problemy, które nie do końca dają się jakkolwiek usprawiedliwić konwencją tego obrazu. Pierwszą z nich jest utrwalanie i dalsze propagowanie w tym obrazie czarnej legendy świętej Inkwizycji. Scenariusz tej produkcji nie sili się nawet na żadną próbę oddania sprawiedliwości tej wielowiekowej instytucji Kościoła. Jej powstanie przedstawia jako wynik zwiedzenia papieża przez Szatana, przez co sama Inkwizycja ma się jawić jako diabelskie narzędzie. Takie ukazanie świętej Inkwizycji jest jednakże krzywdzące nie tylko dla niej samej, ale rzuca mocny cień na cały Kościół. Można zresztą odnieść wrażenie, że o historycznej Inkwizycji twórcy tego filmu tak naprawdę nie mają pojęcia, a ich wyobrażenia w tym temacie oparte są na pewnej grze. Przypuszczenie to wzmacnia fakt, iż w filmie użyto niewłaściwego godła hiszpańskiej inkwizycji. Zamiast autentycznego (krzyż, gałąź oliwna i miecz) wykorzystano symbol z gry Dragon Age: Inkwizycja. Pomiędzy obiema produkcjami istnieje też pewne podobieństwo fabularne. Zresztą wątek z konkretną ilością demonów, które spadły w określone miejsca i trzeba je unieszkodliwić jak w grze, też wskazuje, skąd twórcy filmu czerpią swoje inspiracje. Takie pomieszanie prawdziwych postaci czy instytucji Kościoła (vide ks. Amorth, święta Inkwizycja) może wprowadzać w umysłach mniej ostrożnych widzów pewne zamieszanie, typowe zresztą dla filmów, które łączą jakąś prawdę historyczną z fantazją. Chodzi tu o taką zbitkę myślową, w której albo wszystko w takim miszmaszu wydaje się prawdą, albo na odwrót – wszystko bierze się za fantazję twórców. Innym mocno wątpliwym elementem filmu jest pomysł, aby nieradzący sobie z demonem egzorcysta uciekał się do takich środków jak oferowanie siebie jako ofiarę do opętania w zamian za uwolnienie innych osób, a nawet próba samobójstwa celem zakończenia opętania. W tym miejscu warto też wspomnieć, że w ukazywaniu potęgi osobowego Zła obraz ten być może posuwa się już nazbyt daleko. Film ten bowiem niebezpiecznie zbliża się do granicy, w której zamiast ostrzegać przed Diabłem, epatuje jego mocami. A o ile samo ostrzeganie jest dobre, gdyż wzmaga czujność przed realnym niebezpieczeństwem, o tyle straszenie może odbierać odwagę do przeciwstawiania się Diabłu, tak by to on od nas uciekał (Jk 4:7). Natomiast dwa z czasem pojawiających się krytycznych uwag wobec przedstawienia postaci głównego bohatera wydają się na wyrost. A mianowicie – pijaństwo i kłamstwo. Wprawdzie starszy egzorcysta nosi tu przy sobie ulubiony trunek alkoholowy, który czasem popija, nie ma jednak w filmie sugestii, aby go nadużywał. Może nieco bardziej wątpliwa jest scena, w której o. Amorth przekonuje chorego psychicznie mężczyznę, który wierzy, że jest opętany, aby „jego Legion” wszedł w owo zwierze. Jednakże wydaje się, że egzorcysta raczej dokonuje tu pewnej pozytywnej manipulacji, posługując się jedynie błędnym przekonaniem chorego, niż jakimś rzeczywistym kłamstwem. Pomimo jednak tych poważnych zastrzeżeń polecamy ten film ze względu na bardzo pozytywne pokazanie w osobie głównego bohatera posługi zaangażowanych osób duchownych. Nadto doceniamy przypominanie, że demony to byty realne i osobowe, zdolne do opętania człowieka. Przede wszystkim zaś cenimy fakt, że ta hollywoodzka produkcja przypomina, iż ostateczne zwycięstwo nad Szatanem dokonało się na Krzyżu i że imię Jezus jest tym na dźwięk, którego drżą ze strachu nawet najpotężniejsze demony, nawet jeśli mocno „kozaczą”. Marzena Salwowska /.../
  10. Maryja

    Możliwość komentowania Maryja została wyłączona Jak wskazuje jednoznacznie polska nazwa filmu, jest to opowieść o Matce naszego Pana Jezusa Chrystusa – Marii z Nazaretu. Fabuła tej produkcji Netflixa koncentruje się na tytułowej bohaterce. Po latach modlitw o dziecko poszczącemu na pustyni Joachimowi ukazuje się anioł Gabriel i obwieszcza, że urodzi mu się córka. W podzięce za cud Joachim i jego żona Anna poświęcają tę wyproszoną córkę na służbę Bogu w Świątyni Jerozolimskiej. Odbudowa tejże świątyni przez Heroda Wielkiego jest zresztą jednym z ważnych wątków filmu, który spina klamrą losy Marii z historią coraz bardziej paranoicznego i niepewnego swej władzy Heroda. Kiedy dziewczynka trochę podrasta, Joachim i Anna wypełniają bowiem obietnicę złożoną Bogu i przyprowadzają córkę do Świątyni, gdzie kształci się i pełni służbę aż do wieku nastoletniego. Podczas prania ubrań w strumieniu spotyka Józefa. Młody mężczyzna od razu się w niej zakochuje i prosi Joachima i Annę o jej rękę. Po zaręczynach Maryi ukazuje się archanioł Gabriel i objawia jej, że jest wybrana przez Boga, by jako dziewicza matka urodzić długo wyczekiwanego przez naród żydowski Mesjasza. Kiedy arcykapłani dowiadują się o ciąży Maryi, wyrzucają ją ze świątyni nie dając wiary jej słowom … Omawianie filmu zacznijmy od tego, że określanie go mianem biblijnego jest może nieco na wyrost. W większym bowiem stopniu niż na samym Piśmie świętym oparty jest on na wczesnochrześcijańskich apokryfach, przez co sam jest niejako filmowym apokryfem. To że jest to obraz apokryficzny, samo w sobie nie jest jeszcze zarzutem, gdyż przypomnijmy, że terminem apokryf określa się zwykle księgi wczesnochrześcijańskie o tematyce biblijnej, które z różnych względów nie zostały uznane za natchnione przez Ducha Świętego i jako takie nie weszły do kanonu Biblii. To „odrzucenie” nie musiało się jednak wiązać z żadną herezją, mogło wynikać np. z wątpliwego pochodzenia danego tekstu (brak pewności, że dany tekst pochodzi od apostoła lub ucznia Jezusa), czy też z tego, że dane pismo zawiera elementy fantastyczne. Zatem użycie apokryfów w sztuce filmowej można uznać za rzecz dopuszczalną i zrozumiałą ze względu na potrzebę wypełnienia fabuły. Tym bardziej że omawiana produkcja Netflixa jest długa, a zapisanych w Biblii słów prawdziwej Maryi na tyle niewiele, iż nie dałoby się na nich samych zbudować dialogów dłuższego scenariusza. Pozostaje jednak pytanie o podejście twórców do tego, co o samej Matce Jezusa mówi Biblia. Czy ten „materiał” potraktowali oni z należytym szacunkiem i starannością? Otóż chyba nie do końca. Można by się bowiem spodziewać, że skoro słów samej Maryi zapisanych w Piśmie świętym jest niezbyt wiele, to zostały one docenione jak rzadkie perły. Niestety tak nie jest, twórcy filmu zdecydowali bowiem, że Magnificat Maryi jest w całości zbyt długie dla dwugodzinnego filmu. Pewną wątpliwość mogą też już budzić słowa otwierające film, kiedy główna bohaterka mówi: „Wybrano mnie, żebym przyniosła światu dar. Największy dar w jego dziejach. Myślicie, że znacie moją historię. Wierzcie mi – nie znacie”. Takie stwierdzenie może sugerować, że historia pokazana w filmie jest pełniejsza, czy wręcz istotniejsza niż ukazana w Piśmie św.. Nadto stwierdzenie, iż nie znamy dziejów Marii, nie jest prawdą, na tyle bowiem, na ile nam jest to potrzebne, znamy je dzięki Słowu Bożemu. A bardziej rozwlekła i wydumana opowieść wcale nie oznacza lepszej i pełniejszej historii. Z tradycyjnie katolickiego punktu widzenia razi też przedstawienie w filmie porodu Matki Bożej jako ciężkiego, czyli typowego, na skutek grzechu pierworodnego, choć Maria jako wolna od grzechu pierworodnego i zgodnie z powszechnym nauczaniem Kościoła nie cierpiała bólów porodowych. Razić też może romantyzowanie związku Maryi i Józefa, gdyż takie bardziej namiętne uczucie wskazywałoby też na chęć podjęcia typowego pożycia małżeńskiego przez tę parę (choć gwoli ścisłości nie musi, gdyż decyzję o życiu w celibacie mogli oni podjąć później). Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na historycznie niedorzeczną scenę tańca Józefa i Maryi w parze. Takie pląsy nie były praktykowane przez starożytnych Żydów, mężczyźni i kobiety oczywiście tańczyli, ale osobno. Ten zaś typ tańca, który pojawił się dopiero w średniowiecznej Europie, byłby zapewne nie do przyjęcia na żydowskim weselu. Co do obrazu samej Marii, to momentami niepokoi jej przedstawienie, w którym zdaje się przez otoczenie traktowana jako osoba obdarzona od urodzenia jakąś szczególną mocą, niczym postać nadludzka z popkultury. Pewien niepokój może też budzić sposób zobrazowania archanioła Gabriela, który ma na rękach, coś, co od razu przywodzi na myśl tatuaże. Jest to tym bardziej dziwaczne, że postać z tatuażami raczej nie wzbudziłaby zaufania pobożnej żydowskiej dziewczyny, gdyż tatuaże były wyraźnie zakazane przez Prawo Mojżeszowe. Raczej można by się więc spodziewać, iż Maria mogłaby tak „przyozdobionej” postaci nie rozpoznać jako Bożego posłańca. Twórcy filmu wprowadzają też na siłę pewne wątki, niestety kosztem spójności przekazu biblijnego, zbaczając jakby od logicznej kolejności zdarzeń ukazanej w Ewangeliach. Widać to przykładowo w budowaniu wątku z odrzuceniem Marii przez społeczność jako rzekomej cudzołożnicy. I niby teoretycznie coś takiego mogło mieć miejsce, jednak ciąg zdarzeń opisanych w Biblii zdaje się wskazywać na to, że Bóg zatroszczył się, aby właśnie do czegoś takiego nie doszło. W filmie natomiast brakuje sceny, w której Józef, idąc za słowem anioła wziąłby do siebie brzemienną Marię, chroniąc ją przed ewentualnym skandalem. Przejdźmy jednak wreszcie do pozytywów tej produkcji, jako że, mimo poważnych wątpliwości, uznajemy ją za dobrą. Za jedną z zalet tego filmu można zatem uznać zachowanie zgodnego z tradycją biblijną i przekazami historycznymi obrazu Heroda Wielkiego. Z jednej strony bowiem oddana jest temu władcy sprawiedliwość jako „królowi rzeczy” – temu, który z rozmachem godnym Salomona wznosi w Judei piękne i pożyteczne budowle (uświetnia też i przebudowuje II Świątynię), z drugiej strony pokazuje się tutaj jego okrucieństwo i bezwzględność wobec ludzi. Dlaczego jest to istotna zaleta w przedstawianiu tej historii? Otóż charakter i typowy sposób działania Heroda czynią tym bardziej zrozumiałą rzeź niewiniątek w Betlejem. Twórcy filmu, korzystając wiele z żydowskiego historyka Józefa Flawiusza, pokazali dość dobrze, co kierowało królem. Otóż Herod Wielki przez swoich poddanych uważany był właściwie za uzurpatora i praktycznie nie-Żyda. Był on ledwie „wżeniony” w dynastię Machabejską, a o związkach z rodem Dawida nawet nie było mowy. W dodatku znany był ze swego paranoicznego i krwiożerczego lęku przed utratą władzy. To wszystko jest pokazane w filmie, dzięki czemu widz będzie mógł łatwo zrozumieć, dlaczego Herod nie potrafił zignorować wieści o narodzinach w Betlejem króla żydowskiego z rodu Dawida. A jako że wiarygodność rzezi dzieci w Betlejem jest często kwestionowana, to przejrzyste ukazanie okoliczności tego zdarzenia w filmie jest pożyteczną rzeczą. Najważniejszą jednakże z zalet filmu jest to, że zdaje się być nakręcony z dobrymi intencjami. Prawdopodobnym celem jego twórców jest przybliżanie postaci Maryi, uhonorowanie jej i stawianie jako wzoru. Stąd mocno podkreślane są tu takie cechy głównej bohaterki jak oddanie Bogu, wielka wiara i zaufanie w Jego plany, odwaga, miłosierdzie, pracowitość, skromność, czystość czy pogodne usposobienie. Twórcy filmu podkreślają też rolę Marii w historii Zbawienia oraz trud, jako musiała ponieść, decydując się odpowiedzieć Bogu „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!” (Łk 1, 38). Mocną stroną filmu jest też „rozsianie” w działaniach innych postaci nawiązań do dorosłych lat Jezusa (np. post ojca Marii na pustyni). Docenić też można przedstawianie cudów i rzeczy nadprzyrodzonych w sposób budujący wiarę, mocne ukazywanie walki duchowej oraz działania szatana w świecie, jasne rozgraniczanie dobra i zła oraz sług Boga, od tych którzy wybierają bunt przeciw Stwórcy. Podsumowując, jest to film, który ma za cel budować wiarę chrześcijańską i ma też taki potencjał mimo poważnych zastrzeżeń. Dlatego też polecamy tę produkcję, jednakże raczej osobom dorosłym, tym bardziej że jest w niej kilka scen, które mogą być dla dzieci zbyt drastyczne. Marzena Salwowska /.../