Tag Archive: strona Mirosława Salwowskiego o filmach

  1. Przymierze

    Leave a Comment Film ten dotyka jednej ze świeżych „ran” amerykańskiej historii, a mianowicie wycofania się w sierpniu 2021 roku amerykańskich wojsk z Afganistanu (który został wówczas ponownie opanowany przez talibów). Na tle tych wydarzeń została nam pokazana historia Ahmeda (afgańskiego współpracownika armii USA) oraz Kinleya (jednego z amerykańskich żołnierzy). Ahmedowi grozi ze strony talibów śmierć za „kolaborację”, w związku z czym Kinley podejmuje próbę wydostania go z Afganistanu. Na płaszczyźnie moralnej oraz światopoglądowej film ten zasługuje na uznanie, gdyż w przychylny sposób pokazuje takie tradycyjne wartości jak dotrzymywanie słowa, odwaga i patriotyzm. Nie ma też w nim żadnego seksu czy obsceniczności, a pokazana przemoc jest uzasadniona jego tematyką i nie robi ona wrażenia bycia eksploatowaną w celach czysto rozrywkowych. Co do zastrzeżeń, jakie można odnośnie tego filmu podnosić, to zastanawiamy się, czy natężenie wulgaryzmów w tym filmie nie jest zbyt duże (to głównie z tego powodu dajemy owej produkcji notę „+2”, a nie „+3”). Tradycyjnie też należałoby poddać refleksji to, czy niektóre z przedstawionych tam – neutralnie lub życzliwie – zachowań nie kwalifikują się, by być nazwanymi mianem kłamstwa, a więc wewnętrznie złego uczynku, którego nie ma się moralnego prawa popełniać nawet dla ratowania życia niewinnej osoby (choć z drugiej strony można je interpretować jako tzw. zastrzeżenie domyślne, a więc coś co może być moralnie dozwolone – Patrz: Tekst na ten temat). Gwoli ścisłości: to, iż polecam film, w którym widz poniekąd ma „kibicować” Amerykanom i ich afgańskim pomocnikom, nie zaś talibom, nie oznacza, że w całej tej historycznej sprawie – niżej podpisany – opowiada się po stronie USA przeciw talibom. Zagadnienie odnośnie tego, po której stronie było tu więcej racji, jest wedle mnie zbyt skomplikowane i złożone, by próbować odpowiadać na nie w ramach tejże filmowej „recenzji”. Na ten moment napiszę, że tak talibowie mają swoje zasługi dla Afganistanu (np. walka z pedofilską tradycją „Bacha bazi”, ukrócenie bandytyzmu), jak i rząd USA miał powody, by obalić ich rząd (gdyż ów wspomagał i chronił Osamę bin Ladena odpowiedzialnego za wymordowanie około 3 tysięcy niewinnych amerykańskich obywateli). W powyższym tekście pochwaliliśmy zatem ów film za określone, promowane przezeń tradycyjne wartości, nie mając przy tym zamiaru sugerowania po której z politycznych stron się tu opowiadamy. Mirosław Salwowski Grafika została dołączona do powyższego tekstu za portalem Filmweb.pl /.../
  2. Kształt wody

    Leave a Comment Akcja filmu przenosi nas na początek lat 60. XX wieku do amerykańskiego Baltimore. Główna bohaterka tego obrazu Elisa Esposito pracuje w tajnym rządowym centrum badawczym znajdującym się w tym mieście. Elisa jest osobą niemą, mieszka samotnie, przyjaźni się tylko z czarnoskórą koleżanką z pracy Zeldą i homoseksualnym sąsiadem Gilesem, który jest ilustratorem. Panna Esposito sprzątając w jednym z laboratoriów odkrywa przetrzymywane w tym miejscu tajemnicze stworzenie schwytane przez wojsko USA w wodach Amazonki. Jest to humanoidalny płaz brutalnie traktowany przez swojego „opiekuna” – agenta rządowego Stricklanda. Niema Elisa nawiązuje niewerbalne porozumienie z tym stworzeniem i kiedy dowiaduje się, że zapadła decyzja o jego uśmierceniu postanawia temu zapobiec. Planuje wykraść stwora z laboratorium, wciągając w swoją akcję również Zeldę, Gilesa i pewnego pracującego tu jako naukowiec radzieckiego szpiega … „Kształt wody” określany jest często jako „baśń dla dorosłych”. Określenie to budzi raczej sympatyczne skojarzenia z jakimś rodzajem fantastycznej opowieści – może niezbyt zrozumiałej dla dzieci, acz jednak dość niewinnej i zasadniczo moralnie akceptowalnej. Niestety, w tym przypadku nic bardziej mylnego niż takie skojarzenia. Film ten bowiem obfituje w ewidentnie złe bądź dwuznaczne moralnie treści. Już sam główny wątek filmu – bynajmniej nie platoniczny, a powiązany z seksualnym współżyciem, romans kobiety z nieokreślonym stworem (po części człekokształtnym, po części przypominający jakąś dziwną rybę, a nawet żabę) może wzbudzać uzasadnione obawy, czy nie chodzi tu o kolejne „poszerzanie granic tolerancji” przez sztukę filmową, tym razem o zoofilię. Na zarzut ten ktoś może powiedzieć, że przecież nawet w bajkach dla dzieci nieraz występują zbliżone wątki, kiedy to jakieś „relacje romantyczne” łączą człowieka np. z syrenką, bestią czy nawet żabą. Jednakże, mimo powierzchownego podobieństwa są tutaj zasadnicze różnice. Jeśli bowiem w takiej bardziej klasycznej baśni dochodzi do związku pary (a konkretnie małżeństwa), to nim jeszcze do tego dojdzie ta z istot, która nie jest człowiekiem (przynajmniej zewnętrznie), przyjmuje w pełni ludzką postać, bądź ją odzyskuje. W „Kształcie wody” natomiast mamy „zwieńczony” pożyciem seksualnym związek człowieka z istotą, która nie tylko z wyglądu, ale też zachowań bardziej jednak przypomina zwierzę niż człowieka. Tak, że raczej niż do baśni, niestety, bardziej przyrównać można ten wątek do innych opowieści o podobnie fantastycznej i perwersyjnej naturze – a mianowicie do pogańskich mitów, w których bogowie nieraz przybierali postać zwierzęcia, by współżyć z istotami ludzkimi (zwykle, choć nie zawsze, z kobietami). Trop ten zresztą być może nie jest jakimś przypadkowym skojarzeniem, gdyż owa płazo-rybo podobna istota, jak mówi jeden z bohaterów filmu, była czczona przez mieszkańców Amazonii jako bóg. Być może więc inspiracją dla pomysłu na taki romans były dla pana del Toro jakieś perwersyjne pogańskie opowieści. Sam zresztą tytuł filmu, co zresztą potwierdza jego reżyser i zarazem scenarzysta, jest aluzją do miłości, która rzekomo tak jak woda ma nie posiadać żadnego konkretnego kształtu i nie uznawać barier. Taka interpretacja tytułu, która i tak sama nasuwa się na myśl widzowi po obejrzeniu filmu, znajduje jednoznaczne potwierdzenie w wypowiedziach pana del Toro, co sprawia, iż trudno mieć większe złudzenia odnośnie do tego, jakie jest celowe przesłanie tej produkcji. Otóż sugeruje się tu wyraźnie odbiorcy, że wszystkie rodzaje miłości (czy raczej erotycznej namiętności) są sobie równe i nie muszą przyjmować jakiegoś określonego kształtu (czyli zawierać się w granicach konkretnego porządku moralnego czy prawa naturalnego). Warto też dodać, że poza głównym wątkiem o charakterze para-zoofilskim, mamy tutaj również wątek sąsiada głównej bohaterki, który jako homoseksualista wyraźnie cierpi z tego powodu, iż nie może wystarczająco swobodnie ujawniać swoich homoseksualnych skłonności i żyć w związku sodomickim z jakimś mężczyzną. Dość jasno daje on do zrozumienia, że gdyby społeczeństwo USA wcześniej zaakceptowało zachowania czy relacje o takim charakterze, to byłby pewnie teraz szczęśliwym człowiekiem. Wątek Gilesa jest bardzo znamienny dla całego filmu. Wpisuje on się bowiem, równie dobrze co romans Elisy ze skrzelastym stworem, w przesłanie całego obrazu, wyrażone przez jego tytuł (będący aluzją do miłości, która rzekomo tak jak woda ma nie mieć żadnego konkretnego kształtu i nie uznawać barier). Oba, opisane już wątki zapewne mają komunikować plastycznie widzom myśl, iż rzekomo świat, który nie akceptuje w pełni (bez moralnego rozróżniania) wszelkich inności, musi być światem złym. Co więcej, źli do szpiku kości muszą być też ludzie, którzy wszelakich inności nie akceptują. Nieprzypadkowo głównym czarnym charakterem jest tu biały, heteroseksualny mężczyzna, który zarabia na żonę i dzieci; jednocześnie będąc człowiekiem okrutnym i pozbawionym hamulców moralnych w dążeniu do swoich celów, przy okazji też wyjątkowo niemiłym i pogardliwie odnoszącym się do bliźnich o innym kolorze skóry, traktującym wszystkie osoby, które postrzega jako słabsze od siebie, z wyższością i instrumentalnie. Film ten wrzuca niejako do jednego worka różne rodzaje nietolerancji, narzucając widzowi przekonanie, że niechęć do złych moralnie zachowań jest tym samym, co niechęć do neutralnych moralnie cech bliźnich takich jak kolor skóry, płeć czy jakaś niepełnosprawność. Takie zestawienie jest oczywiście nieuprawnione. Twórcom tej produkcji zdaje się zresztą chyba nie mieścić w głowach, że można na przykładnie być rasistą ani osobą uprzedzoną do niepełnosprawnych, a jednocześnie uważać, że pewne grzeszne zachowania w sferze seksualnej powinny spotykać się ze słuszną krytyką. Najdobitniej to przekonanie widać w scenie, kiedy młody mężczyzna w odpowiedzi na zaloty starszego homoseksualisty wyprasza go ze swojego baru; a za chwilę robi to bez zasadnej przyczyny wobec grupki Afroamerykanów. Sugestia filmu jest taka, iż musisz akceptować wszystko, cokolwiek inni określają jako miłość, inaczej jesteś złym człowiekiem, tworzącym złe społeczeństwo. Poza głównym, demoralizującym przesłaniem „Kształtu wody”, które zawiera się już w samym jego tytule, warto zwrócić uwagę na jeszcze kilka ewidentnie złych, bądź co najmniej wątpliwych moralnie rzeczy w nim zawartych. Mamy więc w tym filmie dwie sceny, wyraźnie sugerujące, że główna bohaterka masturbuje się regularnie w wannie (później w tej samej wannie umieszcza uwolnionego z laboratorium stwora); a nadto że nie tylko tego nie żałuje, lecz wręcz martwi się, kiedy słyszy (ówczesne doniesienia naukowe), że płatki śniadaniowe mogą jakoś ograniczać chęć dokonywania onanizmu. Jeśli chodzi o wizualne przedstawianie nagości czy seksu, to jest tu parokrotnie ukazana pełna kobieca nagość (w dłuższych ujęciach), wyrazista i połączona z częściową męską nagością scena współżycia pary małżeńskiej, oraz scena, w której aktorka w pełni i w prowokujący sposób obnaża swoją pierś. Co prawda nie ma tutaj pokazanego samego aktu współżycia pomiędzy Elisy z wodnym stworem, ale oczywistym jest dla widza, że do takiego aktu doszło, tym bardziej że główna bohaterka rozmawia o tym pokrótce ze swoją przyjaciółką w pracy. Wielu widzów przyzwyczajonych do bardzo obniżonych współcześnie standardów w tej dziedzinie może uznać, że tych elementów nie ma aż tak wiele, jednakże jak na ten rodzaj filmu – czyli baśń dla dorosłych – jest ich zaskakująco dużo (mimo wszystko przyzwyczajeni jesteśmy, że ów rodzaj produkcji jest bardziej powściągliwy w tej sferze). Film ten zawiera też sporą ilość przemocy i scen, które mogą być dla co wrażliwszych osób trudne w odbiorze. I czasem wydają się one nadmiernie już plastyczne. Osobną uwagę warto chwilę poświęcić kontekstowi, w jaki cytowane jest tu Pismo święte. Otóż jedyną osobą, która cytuje tę świętą Księgę, a nadto odwołuje się do wiary chrześcijańskiej jest główny czarny charakter filmu. Oczywiście łatwo sobie i w prawdziwym życiu wyobrazić mężczyznę, który z jednej strony odwołuje się do Pisma św. i wiary w Boga, z drugiej jest bezwzględnym okrutnikiem, egoistą, sadystą, człowiekiem pogardzającym osobami słabszymi czy stojącymi niżej w hierarchii społecznej, chętnym zdradzać swoją żonę, a nawet mordercą. Samo więc występowanie takiej postaci nie byłoby jeszcze w filmie niczym złym czy przynajmniej podejrzanym, jednak uzasadnioną obawę co do dobrej woli twórców budzi fakt, że, jak już była mowa, jest to jednocześnie jedyna osoba, która odwołuje się w tym filmie do chrześcijańskiej wiary w Boga. Warto też wspomnieć, że ów czarny charakter z początku szydzi też z amazońskich Indian, którzy czcili jako boga wodnego stwora, by na koniec samemu ową istotę uznać za boga. Nasuwa się tu sama interpretacja, że tą deklaracją uznaje wyższość pogańskich permisywnych bożków nad „opresyjnym Bogiem Biblii- Bogiem starego ładu”. Gwoli jednak sprawiedliwości trzeba jednak zaznaczyć, że jest pewna szansa, iż wątek ów nie ma antychrześcijańskich podtekstów, a jedynie „na to wygląda”, dlatego w rubryce „wątki antychrześcijańskie”, przyjmując łagodniejszą kwalifikację, wpisaliśmy „niewiele”. Z wątków, które trudno jednoznacznie ocenić, ponieważ są tylko pewnymi tropami, warto może jeszcze wspomnieć o czymś, co akurat samo w sobie jest zupełnie niewinną rzeczą, czyli karmieniu przez główną bohaterkę wodnego stwora gotowanymi na twardo jajkami. Problem jednak w tym, że reżyser i scenarzysta tego filmu Guillermo del Toro znany jest z tego, że chętnie odwołuje się do spuścizny innych filmowców i, co więcej, robi to w sposób bardzo przemyślany. A w kinematografii istnieje pewna zapadająca w pamięć scena, w której to aktor grający szatana (De Niro) zjada ugotowane na twardo jajko jako symbol ludzkiej duszy. Pewien niesmak może też budzić przesadna anty-amerykańskość tego filmu. Jego twórcy zdają się nie dostrzegać w USA (przynajmniej lat 60-tych ubiegłego wieku) nic dobrego. Przykładowo nawet radzieccy szpiedzy są w nim przedstawieni bardziej pozytywnie niż armia Stanów Zjednoczonych. Film ten nie jest oczywiście pozbawiony wszelkich zalet. Do takich zaliczyć można potępianie okrucieństwa wobec czujących istot, pogardy wobec osób słabszych czy niżej stojących w społecznej hierarchii (np. pracujących na mniej docenianych i gorzej płatnych stanowiskach), a także mających inny kolor skóry bądź niepełnosprawnych. Warto też docenić fakt, że główną bohaterką tej produkcji, co nie jest zbyt częste w kinematografii, jest osoba niepełnosprawna; a nadto twórcy filmu starają się przybliżyć jej świat widzom. Słuszna jest też krytyka maczyzmu, w rozumieniu przyzwolenia mężczyznom na takie złe zachowania jak nadużywanie siły, instrumentalne i pogardliwe traktowanie innych czy nagabywanie seksualne podwładnych. Podsumowując: nikogo chyba nie zdziwi, iż filmu tego nie polecamy. Dodajmy, że choć obraz ten otrzymał kilkanaście nominacji do Oscara i zdobył kilka statuetek tejże nagrody, to zdaje się to bardziej wynikiem upchania dużej ilości politycznie poprawnych wątków preferowanych przez Akademię Filmową niż wybitnych walorów artystycznych tej produkcji. Film ten raczej przypomina wytworzoną z milionów cudzych klisz grafikę AI, która jest dość sprawnie połączona w całość i pomyślana tak, aby łatwo trafiać w upodobania typowego odbiorcy. Trudno się w nim jednak doszukać jakiejś oryginalności czy prawdziwej siły wyrazu. A zatem film ten można przyrównać do ryby, która jest nie tylko, że bardzo oścista, ale i nieświeża. Marzena Salwowska /.../
  3. Historia małżeńska

    Leave a Comment Film ten opowiada o małżeństwie Charliego i Nicole, które to po dziesięciu latach zgodnego pożycia zaczyna się rozpadać. Dzieje się to po tym, jak przed dwojgiem z nich pojawiają się nowe ścieżki zawodowej kariery. Pewnego dnia więc Nicole decyduje się złożyć pozew rozwodowy, o czym Charlie dowiaduje się poniekąd przypadkiem. Na płaszczyźnie moralnej oraz światopoglądowej produkcja ta – mimo że nie jest pod tym względami bardzo jednoznaczna – zasługuje na uznanie. Z pewnością wszak nie mamy tu do czynienia z jakąś apologią rozwodu, a wręcz przeciwnie w filmie tym pokazuje się, jak dużo problemów i zranień może on przynieść. To wskazanie na problemy i zranienia związane z rozwodem zostały zresztą ukazane w – można by powiedzieć – wybitnie artystyczny sposób. W „Historii małżeńskiej” wyczuwa się bowiem, jak przenikają się ze sobą dwie płaszczyzny: z jednej strony wydaje się nam, iż twórcy filmu kreują obraz, w którym rozwód to „nic wielkiego”, ot świadoma decyzja dwojga dorosłych ludzi, którzy doszli do wniosku, że powinni przestać być już razem; z drugiej jednak strony pod tą powierzchownością wyczuwa się tragizm całej tej sytuacji. Nawet więc jeśli, ów film nie jest w swej krytyce czy potępieniu dla rozwodów jednoznaczny, to nie jest on ich obroną albo tym bardziej pochwałą. A kto wie – być może przez wskazany przeze mnie wyżej, a zastosowany przez jego twórców „zabieg artystyczny” jest on dla niejednego widza bardziej przekonujący aniżeli miałoby to miejsce w przypadku, gdyby stanowił on swego rodzaju „antyrozwodową” polemikę. Ponadto można powiedzieć, iż w „Historii małżeńskiej” poddany zostaje krytyce amerykański system prawny odnoszący się właśnie do kwestii rozwodów, gdyż pokazuje się tam, jak ów system sprzyja wzajemnemu antagonizowaniu się małżonków. Jak pisze o tym, jedna z recenzentek portalu Filmweb.pl, pani Małgorzata Steciak: „Obnaża przy okazji absurdy amerykańskiego systemu prawnego żerującego na poczuciu krzywdy małżonków i pielęgnujących w nich urazy. Zaprojektowanym, by dzielić niegdyś bliskich sobie ludzi, wykoślawiać i odkształcać rzeczywistość, zasłaniając się walką o podział majątku czy prawa do opieki nad dzieckiem.” (Patrz: Filmweb.pl, „Sceny z życia małżeńskiego”) Co do większych zastrzeżeń, jakie można by próbować podnieść wobec owego filmu, to są nimi wulgaryzmy, a także słowne nawiązania do pewnych seksualnie dewiacyjnych lub obscenicznych czynności. W jednej ze scen, feministycznie nastawiona adwokat – będąca reprezentantką Nicole – wygłasza też antychrześcijańsko brzmiącą tyradę, acz w tym wypadku nie jesteśmy pewni, czy słowa te zostały tam umieszczone w przychylnym czy choćby neutralnym duchu (dlatego też mimo obecności tej sceny w dziale „Wątki antychrześcijańskie” wpisaliśmy „Brak”, a nie np. „Niewiele”). Reasumując: doceniamy ten film, gdyż mimo wszystko wydaje się on nieść – w pewien nazwijmy to nawet „podprogowy” czy nieświadomy sposób – przesłanie niechętne rozwodom, ukazując ich tragizm oraz niebezpieczeństwa. Ostrożność jednak jest tu stanowczo zalecana ze względu na sporą liczbę wulgaryzmów oraz sprośne i obsceniczne nawiązania. Mirosław Salwowski Grafika została dołączona do powyższego tekstu za portalem Filmweb.pl /.../
  4. Jeszcze o „Zielonej granicy”

    Leave a Comment

    Pewien czas temu jedna z osób zwróciła mi uwagę na tekst autorstwa pani Małgorzaty Tomczak pt. „Rodziny z dziećmi, wykształcona Afganka, ciężarna kobieta – osoby takie, jak w filmie Holland, są na granicy wyjątkami”. W tym opublikowanym na łamach „Gazety Wyborczej” artykule autorka sugeruje, iż między innymi film w reżyserii Agnieszki Holland pt. „Zielona granica” w mocno jednostronny sposób – czyli na korzyść retoryki „proimigracyjnej” – przedstawia sprawę kryzysu na polskiej granicy wschodniej. Pani Tomczak w kontekście takiej retoryki otwarcie nawet stwierdza:

    Po dwóch latach pisania o migracji i kryzysie na granicy nie mam wątpliwości, że wytwarzamy fałszywą wiedzę.”

    Co prawda, pani Tomczak w żadnym miejscu wspomnianego tekstu nie przyznaje się do czegoś, co można by nazwać mianem „jawnego kłamstwa”, jednak nie ukrywa, że w celu lepszego nastawienia do imigrantów strona – którą niegdyś i ona reprezentowała – stosowała pewnego rodzaju pominięcia, „przefiltrowanie” rzeczywistego obrazu sytuacji, etc. Te słowa autorka „Gazety Wyborczej” odnosi także do filmu „Zielona granica”.

    W związku z tym zachodzi zatem pytanie, czy moja – opublikowana na tym portalu – recenzja owej produkcji kinowej nie była dla niej zbyt pochlebna? A może należałoby powiedzieć więcej: czy nie była ona zasadniczo błędna? Otóż, nie sądzę, by uprawnione było zastosowanie wobec niej tego drugiego określenia („zasadniczo błędna”). Dalej bowiem podzielam wyrażoną w „Zielonej granicy” krytykę tzw. pushabacków”. Ciągle też uważam, iż życzliwy sposób w jaki zostali w tym filmie zobrazowani polscy aktywiści niosący pomoc nielegalnym imigrantom znad naszej granicy z Białorusią zasługuje na szacunek i uznanie. Co do zaś „jednostronności” owego filmu to przynajmniej delikatnie została ona przez nas zauważona już w pierwszej wersji jego recenzji. W punkcie nr 5 recenzji napisałem wszak:

    Jeśli chodzi o samych imigrantów to ów obraz owszem wydaje się być przesłodzony: chyba wszyscy z nich są pokazani w filmie w bardzo życzliwym świetle.”

    Nie jest zatem tak, iż w momencie pisanie recenzji „Zielonej granicy” nie dostrzegałem żadnej jej wady czy braku. Przyznaję jednak, że poziom jednostronności tego filmu był chyba jednak zbyt duży, by zasługiwał on na notę „+3” („Dobry”) – a taką właśnie ocenę nadałem mu pierwotnie. Dlatego też postanowiłem obniżyć jego ocenę z +3 na „+2” („Dobry ale z poważnymi zastrzeżeniami”). Myślę, iż jest to w miarę – czyli z uwzględnieniem naszych ludzkich ograniczeń i ułomności – sprawiedliwa i uczciwa ocena filmu pt „Zielona granica”.

    Mirosław Salwowski

    ***

    Kadr z filmu „Zielona granica”. Fot. Metro Films

  5. Kandahar (2023)

    Leave a Comment Film ten opowiada o szpiegu CIA Tomie, który doprowadza do wysadzenia elektrowni atomowej w Iranie. Po tym wydarzeniu Tom będzie musiał próbować dostać się do opuszczonej bazy w Kandaharze, by tam móc zostać bezpiecznie ewakuowanym do swego rodzinnego kraju. Na płaszczyźnie moralnej oraz światopoglądowej produkcja ta zasługuje raczej na uznanie z tego powodu, iż jej główny bohater podejmuje wysiłek polegający na przeszkadzaniu irańskiemu reżimowi w jego planach zdobycia broni atomowej. Przypomnijmy zaś w tym miejscu, że władze w Teheranie wspomagają odpowiedzialną za masowe i bezpośrednie zabijanie żydowskich cywilów terrorystyczną organizację „Hamas”, więc – uwzględniając prawdopodobieństwo posiadania przez wywiady niektórych państw pewnych mogących wskazywać na to informacji – nie jest wykluczone, że Iran planuje uzyskać taką broń, po to by dokonać swego rodzaju „nowego Holocaustu” na narodzie żydowskim. Niedopuszczenie do takiego rozwoju wydarzeń, również przy użyciu bardziej gwałtownych środków (czyli fizycznego niszczenia obiektów służących do produkcji owej broni) – niżej podpisany – uważa za prawdopodobnie moralnie właściwe zachowanie. Poza wspomnianym wyżej wątkiem na uznanie zasługuje też fakt zaakcentowania w fabule owej produkcji takich tradycyjnych cnót i wartości jak przywiązania do rodziny czy też wybaczenie okazywane swym krzywdzicielom. Oczywiście, film ten ma również swe bardziej dyskusyjne elementy, którymi są np. neutralnie lub wręcz przychylnie pokazane zachowania, a które to przynajmniej wedle części katolickich teologów moralnych, mogą być interpretowane jako kłamstwo (czyli „wewnętrznie zły”, a co za tym idzie zawsze i wszędzie zakazany, czyn). Niektórzy z chrześcijan mogą też zastanawiać się nad tym, czy aby pewne pokazane tam przykłady muzułmańskiej religijności, nie zostały w sposób zbyt mocny zaakcentowane; co być może zostałoby uczynione w intencji wskazania na coś, co można by nazwać mianem „wewnętrznej dobroci islamu”. Samo jednak bardziej przychylne pokazywanie faktu, iż na świecie istnieją szczerze pobożni i cnotliwi wyznawcy islamu nie jest jako takie czymś błędnym i/lub złym – choć oczywiście problem zaistniałby wówczas, gdyby było to czynione w celu sugerowania widzom tezy zakładającej, iż sama ta religia jest jako taka dobra, a problemem w niej są tylko pewne nadużycia czynione przez niektórych z jej wyznawców. Podejrzenie zaś, że właśnie taka mogła być intencja twórców „Kandaharu” może być wzmocnione przez inny z jego wątków, a mianowicie – moim zdaniem (zbyt jednostronne negatywny i krytyczny) – wizerunek prawno-politycznej rzeczywistości islamskich rządów Iranu oraz Afganistanu. Mamy więc w tym filmie mniej więcej następujący obraz wyznawców religii muzułmańskiej: ci dobrzy z nich modlą się, wybaczają i ufają Bogu, a ci źli z nich używają (nadużywają?) swej religii po to, by tyranizować swych bliźnich (za pomocą narzucanych przez siebie rządów i praw). Oczywiście, łatwo jest z takiego sposobu przedstawiania islamu i jego wyznawców wyciągnąć wnioski będące „pomieszaniem z pomieszaniem”. W rzeczywistości nie jest bowiem ani tak, że religia muzułmańska jest co do swej istoty dobra, a złe są tylko tylko jej nadużycia i nadinterpretacje. Z drugiej strony, nie wszystko to co w liberalno-lewicowym dyskursie jest w odniesieniu do rzeczywistości islamskich teokracji demonizowane, tak naprawdę na taką demonizację zasługuje: często wszak te akurat aspekty islamu są dobre albo przynajmniej bliskie dobru. Podsumowując więc ten wątek naszego omówienia filmu „Kandahar”: oczywiście najprawdopodobniej istnieją na świecie muzułmanie, którzy szczerze szukają woli Bożej i próbują ją realizować na tyle na ile ją poznają i nie ma nic niczego złego w pokazywaniu czy sugerowaniu przez twórców filmowych tej okoliczności; z drugiej jednak strony zabiegiem niebezpiecznym i wątpliwym jest niejako kontrastowanie tego z rzeczywistością islamskich rządów tak, iż widz może w łatwy sposób zinterpretować to w ten sposób, iż niegodziwe są te z ich aspektów, które akurat na takie potępienie nie zasługują. Ujmując to jeszcze w inny sposób: islam nie jest – co do swej istoty i całości – dobry, choć niektórzy jego wyznawcy mogą być dobrymi ludźmi, a to co jest często potępiane w odniesieniu do rządów sprawowanych przez muzułmańskich fundamentalistów, nie musi być akurat złe. Mirosław Salwowski Ps. Grafika została dołączona do poniższego tekstu za następującymi witrynami internetowymi: Filmweb.pl, Movie Insider /.../
  6. Irlandczyk

    Leave a Comment Film opowiada historię Franka „Irlandczyka” Sheerana – gangstera i płatnego mordercy na usługach włoskiej rodziny przestępczej Bufalino. Wydarzenia pokazywane są tu oczami samego Franka, który po latach więzienia zbliża się do kresu swoich dni w „domu spokojnej starości”. Zniedołężniały Sheeran opowiada o swoim pełnym zbrodni życiu, a część z tych zwierzeń ma formę spowiedzi. Z opowieści tych wyłania się obraz powojennej Ameryki, w którym dużo miejsca zajmują przenikające się światy gangsterstwa, polityki i biznesu. Film dotyka też jednej z najważniejszych tajemnic Stanów Zjednoczonych, a mianowicie zaginięcia przywódcy związkowego Jimmego Hoffy. Można powiedzieć, że sprawa Hoffy jest najważniejszym z wątków filmu i jako taka postrzegana jest również przez samego Franka „Irlandczyka” Sheerana. Ów bowiem, mający silne związki z mafią, przywódca związkowy przez lata przyjaźni się z Frankiem i jego rodziną. Do tej więc sprawy w retrospekcjach czy też spowiedzi Irlandczyk będzie powracał najczęściej… „Irlandczyk” oparty jest na książce pod niewinnie brzmiącym tytułem: „Słyszałem, że malujesz domy”. Ta lektura jest zapisem rozmów, które przeprowadził Charles Brandt z bliskim już śmierci działaczem związkowym, a jednocześnie mafiosem i zabójcą na zlecenie – Frankiem „Irlandczykiem” Sheeranem. Człowiek ten pomimo swojego irlandzkiego pochodzenia pracował przez lata dla włoskiej mafii, a prokurator Giuliani zaliczał go nawet do grupy jej najważniejszych członków. Warto jednak zaznaczyć, iż niniejsza recenzja nie dotyczy książki, a jedynie filmu. Nie mniej warto wspomnieć, że „Irlandczyk” oparty jest na rzeczywistych wspomnieniach przestępcy, które zostały zapisane, a może nawet „wydobyte” przez jego rozmówcę – Charlesa Brandta, któremu nie obce były techniki przesłuchań. A zatem, biorąc nawet poprawkę na to, iż w filmie pewne rzeczy z tej historii oddane mogą być w sposób skrótowy czy uproszczony, to jednak widzowie mogą się spodziewać, że pokazuje on zasadniczo prawdziwe zdarzenia. Można więc powiedzieć, że film ten ma pewną wartość edukacyjną. Warto także zwrócić uwagę na tytuł książki -„Słyszałem, że malujesz domy”, który to później pada też w filmie „Irlandczyk”. Zdanie to kieruje mianowicie do Sheerana przywódca związkowy Hoffa przy ich pierwszym spotkaniu. Pod tym niewinnie brzmiącym określeniem kryje się mordowanie ludzi na zlecenie w taki sposób, by krew ofiar tryskała na ściany. Zdanie to w dużym stopniu oddaje ducha ludzi, z którymi mamy tutaj do czynienia, zawierając w sobie zimne okrucieństwo i brutalność, połączone z zakłamaniem. Zaznacza też, że wielu nieraz znanych, wpływowych, a nawet szanowanych obywateli USA dobrze wiedziało, z kim wchodzi w układy. Przechodząc do samego filmu, trzeba powiedzieć na początku, że „Irlandczyk” może być dla części widzów pozytywnym zaskoczeniem. Wszak po historii opowiadanej z punktu widzenia mafiosa można się było spodziewać wiele złego. Takim złem mogła być chociażby jakaś forma uatrakcyjniania „profesji” płatnego mordercy czy też samej mafii. W filmach poświęconych zorganizowanej przestępczości nieraz przecież widzimy głównego bohatera przedstawianego w taki sposób, by widz jakoś z nim sympatyzował, czy nawet podziwiał za pewne cechy (typu błyskotliwa inteligencja, wyjątkowa odwaga, a nawet takie błahostki jak ciekawa stylizacja). Sama mafia również już nieraz bywała przedstawiana wręcz jako ostoja tradycyjnych rodzinnych wartości. Wbrew takim uzasadnionym obawom „Irlandczyk” daleki jest od wszelkich prób koloryzowania czy to całej włoskiej mafii, czy poszczególnych przestępców z nią związanych. Obraz zorganizowanej przestępczości daleki jest tutaj od atrakcyjności, wręcz przeciwnie raczej może zniechęcać do wchodzenia na podobną drogę. Wydźwięk, zwłaszcza drugiej połowy, „Irlandczyka” jest taki, że w zasadzie poza pieniędzmi (i to nie zawsze) członkowie mafii nic nie zyskują. A z tych pieniędzy, o ile uda im się dożyć starości, mają taki pożytek, że mogą sobie kupić „wypasioną” trumnę. Frank „Irlandczyk” Sheeran zanim dojdzie do kresu swoich dni, po drodze straci też wszystko, co było dla niego ważne: miłość i szacunek dzieci, przyjaźń i wolność. To ogólne wrażenie, jakie wywiera film, iż droga zbrodni często nie popłaca już w doczesnym życiu, bardzo wzmacnia pewien prosty zabieg, który należy zdecydowanie pochwalić, a mianowicie chyba przy większości prezentowanych postaci ukazuje się krótka wzmianka o tym, kiedy i jak zginęli. I okazuje się, że niewielu zmarło śmiercią naturalną, większość zaś zamordowana przez podobnych sobie bandytów. Można więc powiedzieć, iż film ten niejako przestrzega przed wchodzeniem na drogę zbrodni. Pewną zaletą filmu jest też to, że pokazuje też drogę Irlandczyka do stania się płatnym mordercom na usługach mafii. Istotnym punktem na tej drodze jest dokonywanie na rozkaz dowódca bezprawnych egzekucji na niemieckich żołnierzach w czasie II wojny światowej. Później w czasie pokoju Sheeran dopuszcza się też innych przestępstw, poczynając od kradzieży w zakładzie pracy, wymuszeń, pobić. Wreszcie staje się płatnym mordercą, który, na rozkaz zabije nawet swojego przyjaciela. Warto też wspomnieć, że jest to jeden z nielicznych obrazów filmowych, w którym dużo miejsca poświęca się starości. Starość jest tutaj pokazana jako bardzo ważny etap życia, gdyż niejako odziera człowieka z różnych złudzeń, próżności, zadufania we własne siły. Zmusza też oczywiście do różnych refleksji nad swoim życiem, od których nieraz człowiek skutecznie uciekał przez wiele lat. Jak pokazuje film na starość nieraz ludzie którzy budzili grozę, stają się po prostu śmieszni, by nie powiedzieć żałośni. Ten etap życia w naturalny sposób skłania też do rozważań nad śmiercią i nad tym, co po niej. W filmie mamy tego może krótki, ale dość wyrazisty, przykład w spowiedzi Irlandczyka. W scenie rozmowy z księdzem pojawia się tu dość ciekawa i celowo niedomknięta rozmowa na temat tego, co właściwie oznacza żal za grzechy. Jeśli chodzi o negatywne strony filmu, to nie sposób pominąć tu masy wulgaryzmów, które padają z ust aktorów. Ktoś może oczywiście powiedzieć, że jest to jedynie oddanie prawdy o pokazywanych w tej produkcji postaciach. Jest to jednak dość naciągane usprawiedliwienie, gdyż nie wszystkie złe rzeczy powinny być pokazywane na ekranach dosłownie i nieraz wystarczy większa inwencja reżysera, by dane zło zasugerować, nie epatując nim widza. Na domiar złego wulgaryzmy tu zawarte nawiązują często do perwersyjnych czynności seksualnych. Z drugiej strony nie ma w tym filmie takich wad, których można się było obawiać ze względu na jego tematykę – przemoc nie jest aż tak obfita i nie sprawia wrażenia pokazywanej dla zabawienia widza, nadto nie ma tu żadnych scen seksu czy lubieżności (mimo że np. romans głównego bohatera dawałby ku temu pretekst). Inną poważną wątpliwością związaną z „Irlandczykiem” jest jego, jakby nie było, przynależność do kategorii kina gangsterskiego. Ten rodzaj kina zaś z reguły nie jest godzien polecenia, gdyż czyniąc z przestępców czy wręcz zbrodniarzy głównych bohaterów odwraca niejako właściwy porządek rzeczy. Z zasady bowiem lepiej jest, gdy, oglądając kryminalną historię, widz skupia się np. na kibicowaniu działaniom policji czy współczuciu ofiarom. Z drugiej strony, może ktoś powiedzieć, iż takie odwrócenie zaowocowało w literaturze choćby jedną z najbardziej wartościowych moralnie powieści, czyli „Zbrodnią i karą” Dostojewskiego. Problem w tym, że sztuka filmowa jest, rzec można, bardziej nachalna w przekazie i mniej skłaniająca odbiorcę do osobistej refleksji niż literatura. Podsumowując, choć z bardzo poważnymi wątpliwościami, oceniamy jednak film pozytywnie ze względu na jego ogólny przekaz, a po części też ze względu na bardziej umiarkowane posługiwanie się tu przemocą niż można by się spodziewać, a także brak obscenicznych scen. Niemniej jest to produkcja, którą polecamy ze sporą ostrożnością jedynie dojrzałym widzom, którzy nie mają zbytniej skłonności do posługiwania się wulgarną mową, czy usprawiedliwiania tego zjawiska. Jednocześnie zastrzegamy, że film ten stanowi raczej pozytywny wyjątek na tle całości kina gangsterskiego, od którego z reguły lepiej trzymać się z daleka. Marzena Salwowska Grafika dołączona została do powyższej recenzji za witrynami internetowymi: Filmweb, CNN /.../
  7. Oppenheimer

    Leave a Comment Najnowszy film Christophera Nolana stanowi biografię amerykańskiego fizyka pochodzenia żydowskiego, Roberta Oppenheimera, który jako jeden z pierwszych naukowców w Stanach Zjednoczonych rozwijał nową dziedzinę wiedzy, jaką była fizyka kwantowa, a w czasie II wojny światowej kierował rządowym Projektem Manhattan, walnie przyczyniając się do wynalezienia bomby atomowej. Twórcy przedstawiają jego historię ukazując dwa przesłuchania. Podczas pierwszego z nich sam Oppenheimer zeznaje przed komisją, mającą za zadanie zweryfikować czy zasadnym było odebranie mu dostępu do tajnych dokumentów państwowych. Podczas drugiego, odbywającego się kilka lat później, senacka komisja bada czy admirał Lewis Strauss – przeciwnik Oppenheimera i inicjator odebrania mu wspomnianego dostępu – powinien zasiadać w rządzie USA. Z przesłuchaniami tymi powiązane są rozbudowane retrospekcje ukazujące życie Oppenheimera. Na płaszczyźnie moralnej omawiane dzieło zawiera kilka zalet, które sprawiają, że warte jest ono obejrzenia. W pierwszej kolejności wskazać należy na zaznaczenie omylności uczonych. Przedstawieni naukowcy, mimo dysponowania ponadprzeciętną wiedzą na temat zgłębianych przez siebie zagadnień, popełniają bowiem czasami poważne błędy. Na przykład tytułowy bohater, późniejszy „ojciec bomby atomowej”, jest początkowo na podstawie swych obliczeń przekonany, że rozbicie atomu na mniejsze cząstki, na którym bazuje działanie takiej bomby, jest niemożliwe. Później zaś powstaje między uczonymi różnica zdań co do tego, czy detonacja chociażby jednej bomby jądrowej nie spowoduje reakcji łańcuchowej prowadzącej do zapłonu gazów w atmosferze i w konsekwencji do zniszczenia życia na całej Ziemi. W obu przypadkach na uzyskanie odpowiedzi pozwalają dopiero stosowne eksperymenty. To wszystko prowadzi do wniosku o potrzebie zachowywania pewnego zdrowego dystansu wobec twierdzeń naukowych, zwłaszcza gdy nie są one jeszcze należycie zweryfikowane. Na uznanie zasługuje także ukazanie bezpośredniego zabijania w czasie wojny ludności cywilnej w zasadniczo negatywnym świetle. Wprawdzie pojawiają się w filmie twierdzenia, iż zniszczenie przez Amerykanów japońskich miast Hiroszimy i Nagasaki przybliżyło zapewne koniec wojny i zmniejszyło liczbę jej ofiar, która byłaby wyższa w razie przeprowadzenia inwazji z użyciem broni konwencjonalnej. Jednak przyczynienie się do czynów wewnętrznie złych i stanowiących materię grzechu śmiertelnego, to jest do dwóch masowych zabójstw, których zgodnie z katolicką moralnością nie da się usprawiedliwić jako środków uświęconych przez cel, staje się u głównego bohatera źródłem poważnych wyrzutów sumienia, które twórcy ukazują jako zasadne i przeciwstawiają bezwzględnej postawie prezentowanej w tej kwestii np. przez prezydenta USA Harry’ego Trumana. Inną zaletą filmu jest ukazanie marności czysto ludzkich wysiłków na rzecz zapewnienia światu nieprzemijającego szczęścia. Początkowe nadzieje uczonych, że stworzenie broni masowego rażenia pozwoli na zakończenie wszystkich wojen (zmuszając państwa do powstrzymania się od konfliktów poprzez groźbę całkowitego wzajemnego wyniszczenia), zostają bowiem zawiedzione. Oppenheimer zdaje sobie w omawianym dziele sprawę, że w razie potrzeby państwa są jednak w stanie użyć bomb atomowych i że wbrew swym intencjom rozpoczął on wyścig zbrojeń, który zamiast trwałego pokoju może przynieść ludzkości zagładę. To potwierdza biblijną przestrogę przed zbytnim ufaniem swemu rozumowi: „Miej ufność w Panu ze wszystkiego serca swego, a nie polegaj na roztropności twojej” (Prz 3, 5). Innym aspektem filmu zasługującym na docenienie jest zaznaczenie potrzeby uczciwego osądzania innych, powstrzymania się od oszczerstwa, pochopnego osądu i zemsty. Wiedziony wspomnianymi wyrzutami sumienia oraz zawiedziony co do swych nadziei na pokój Oppenheimer angażuje się po zakończeniu wojny w działania przeciwko rozbudowie arsenału atomowego, przez co popada w konflikt z jej promotorem, admirałem Straussem. Ten ostatni, chcąc zaszkodzić swemu oponentowi, jak wyżej zaznaczono, doprowadza do pozbawienia go dostępu do tajnych dokumentów państwowych, do czego wykorzystuje pewne jego powiązania z ruchem komunistycznym. Powiązania te jednak, jak ukazują twórcy, ograniczały się głównie do znajomości Oppenheimera z przedstawicielami tego ruchu i zainteresowania niektórymi głoszonymi przez nich ideami, nie wiązały się natomiast np. ze wstąpieniem do partii czy zdradzaniem chronionych prawnie tajemnic. Wątek ten wyraźnie ukazuje zatem niszczącą siłę fałszywego świadectwa oraz dokonywanego na własną rękę i dla prywatnych celów odwetu. Jeżeli chodzi o zastrzeżenia wobec filmu, to wskazać należy na pewną ilość wulgaryzmów, jak również na (nietypową dla produkcji w reżyserii Christophera Nolana, który zawsze był w tej dziedzinie powściągliwy) obecność dwóch raczej krótkich, ale dość prowokacyjnych scen erotycznych, osadzonych w kontekście romansu Oppenheimera z amerykańską lekarką, psychiatrą Jean Tatlock. Sceny te, jak i sposób ich poprowadzenia, nie wnoszą zbyt wiele do fabuły, co tym bardziej rodzi pytanie o zasadność ich kręcenia. Dodać przy tym należy, że wspomniany romans nie był jedyną niemoralnością, której dopuścił się główny bohater, gdyż ogólnie był on człowiekiem skłonnym do grzechów przeciw VI przykazaniu (mowa jest w filmie, iż dopuszczał się on cudzołóstwa z dwiema mężatkami, z których jedna po rozwodzie wzięła z nim ślub), jak również nieraz cechowało go psychiczne niezrównoważenie (usiłował zabić swego wykładowcę Patricka Blacketta poprzez wstrzyknięcie cyjanku potasu do jego jabłka, po tym jak Blackett go zdenerwował). Jednak co do zrelacjonowania tych grzechów nie zachodzi realna obawa odniesienia szkody duchowej przez zdecydowaną większość widzów, bo czyny owe są jedynie sucho zrelacjonowane, nie jest wokół nich budowany klimat akceptacji, a ich przedstawienie jest bardzo oględne (w przypadku cudzołóstwa opiera się ono wręcz tylko na dialogach, w których przewija się jego temat). Podsumowując – uznać można, że najnowszy film Christophera Nolana zasługuje na pozytywną ocenę z uwagi na wartościowe wskazania moralne, jakie przekazuje. Nosi jednak na sobie pewne rysy, jeśli chodzi o formę relacjonowania niektórych niemoralności. Stąd warto film ten obejrzeć z zachowaniem odpowiedniej ostrożności. Michał Jedynak Ps. Grafika dołączona została do powyższego tekstu za następującymi witrynami internetowymi: Filmweb.pl, Historia.org /.../
  8. Recepta na święta

    Leave a Comment Film ten opowiada o Vanessie, ambitnej pani doktor, która przyjeżdża do rodzinnego domu na święta Bożego Narodzenia. W tym przedświątecznym i świątecznym czasie Vanessa stanie przed dylematem odnoszącym się do rozwoju jej kariery zawodowej, a także jej osobistego (romantycznego) życia. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej produkcja ta jest miłą (choć jednak „przesłodzoną”) opowieścią o ważności takich tradycyjnych cnót i wartości jak rodzina, małżeństwo, miłość bliźniego, rzetelne wykonywanie swych obowiązków. Nie uświadczy się też w niej żadnego seksu, obsceniczności, wulgarności, przemocy czy specjalnego eksponowania nieskromności (choć nie do końca przyzwoite stroje są w niej pokazane). Jedynie na końcu owego filmu znajdziemy scenę niezbyt przyzwoicie wyglądającego pocałunku pomiędzy niepoślubioną parą – ale jest ona dość krótka i ponadto trudno taką jedną scenę porównywać z natężeniem i ciężarem gatunkowym tego, co pod tym względem można obejrzeć w raczej większej części współczesnego przemysłu filmowego. Jeśli więc mamy już coś w tym filmie krytykować, to jest to przede wszystkim to, czego w nim nie ma. Nie ma zaś w nim jakichś bardziej wyraźnych i bezpośrednich odniesień do samego sedna Bożego Narodzenia, a więc osoby naszego Pana i Zbawcy Jezusa Chrystusa. Ta okoliczność jednak razi, gdy zważy się, że ów film jednak nawiązuje do okresu owych świąt. Odnośnie zaś wątku, który jest obecny w omawianym obrazie, a który raczej zasługuje na naszą przyganę, to należy tu wymienić przychylnie pokazany zwyczaj okłamywania dzieci polegający na wmawianiu im, iż rzekomo sam św. Mikołaj (w kulturze amerykańskiej nazywany „Santa Claus”) przychodzi i zostawia im prezenty. Nie kwestionując, iż za owym zwyczajem kryją się dobre intencje, to na płaszczyźnie obiektywnej należy ocenić go jako moralnie naganny. W celu zapoznania się z bardziej szczegółową argumentacją przemawiającą przeciw tego rodzaju wprowadzaniu w błąd dzieci, zachęcamy do zapoznania się z poniżej linkowanymi artykułami i materiałami filmowymi: http://edwardfeser.blogspot.com/2010/11/there-is-no-santa-clause.html https://salwowski.net/2019/12/06/piec-powodow-dla-ktorych-klamstwa-o-sw-mikolaju-sa-grzeszne/ Pomimo jednak powyższych zastrzeżeń, polecamy zapoznanie się z filmem pt. „Recepta na święta”. Mirosław Salwowski Ps. Powyżej opisany film można legalnie obejrzeć pod następującym linkiem internetowym: https://katoflix.pl/film/recepta-na-swieta *** Grafika dołączona do powyższego tekstu została za następującymi stronami: Filmweb.pl, Canal Plus /.../
  9. Czekając na motyle

    Leave a Comment Opowieść o spokojnej, amerykańskiej rodzinie z przedmieść pewnego miasteczka na amerykańskim Południu. Mimo że jest to familia (w swej większości) mocno hołdująca chrześcijańskim wartościom, zostaje ona pewnego dnia podzielona przez tragiczne wydarzenie i idący za tym ból i nieprzebaczenie. Skłócona rodzina zbierze się jednak wspólnie, by towarzyszyć w ostatnich chwilach seniorce rodu – Carolynn Archer. Starsza pani zanim dokona doczesnego życia, powierzy swojemu wnukowi (Johnowi) pewną misję … Film ten jest obrazem w oczywisty sposób chrześcijańskim. Jego celem jest niewątpliwie zbliżanie widzów do Boga i skłanianie do poszukiwania Jego woli w swoim życiu. Już na wstępie tej produkcji słyszymy cytat z Pisma świętego, później w rozmowach bohaterów pojawia się więcej biblijnych cytatów użytych stosownie do kontekstu rozmowy. Jest to więc jedna z tych cennych produkcji filmowych, w której twórcy starają się w ciekawy sposób pokazać działanie Bożej Opatrzności w życiu tak zwanych zwykłych ludzi. Można powiedzieć, iż film ten jest wypełniony po brzegi chrześcijańskimi wartościami. Najważniejsze z nich to pokazanie siły i wagi przebaczenia (udzielonego skruszonym winowajcom) czy podkreślanie wartości ufnej modlitwy. Warto też zwrócić uwagę na docenianie kluczowej dla zdrowych społeczności roli osób, które potrafią zawalczyć o pojednanie, i w ten sposób wprowadzają Boży pokój na ziemię. W filmie jest również dobrze pokazane, że takie pojednanie dokonywać się musi też z uwzględnieniem prawdy i sprawiedliwości. Bardzo wychowawczy jest także wątek, w którym do rodzinnej tragedii przyczynia się z pozoru nie tak poważne zaniedbanie ze strony głównego bohatera – Johna. W filmie słyszymy, iż wcześniej wiele podobnych zachowań uchodziło mu „na sucho”, tak że pewna lekkomyślność czy nieodpowiedzialność stała się dla niego zwykłą postawą, aż do momentu brzemiennego w skutki dla całej jego rodziny. Jeśli chodzi o pomniejsze zastrzeżenia wobec filmu, to warto wspomnieć przede wszystkim o dość nieskromnym ubiorze dziewczyny głównego bohatera. Co gorsza, jest to dziewczyna przedstawiana jako wierząca chrześcijanka i jako taka jest obiektem podziwu ze strony rodziny Johna. Najwyraźniej więc twórcy filmu prezentują już pewną znieczulicę w tym temacie i nie widzą problemu w nieskromnym ubiorze chrześcijanek, albo też mają granice wrażliwości w tym temacie przesunięte dość daleko. Inne zastrzeżenie, jakie można wysunąć wobec tego obrazu, to fakt, że w pewnym momencie mówi się tutaj o osobie zmarłej jako o „Aniele”. Jednakże w tym przypadku być może jest to tylko skrót myślowy, który ma wyrażać przekonanie, iż owa osoba jest już w niebie, w związku z czym jest teraz niczym jeden z Bożych Aniołów. Podsumowując, mimo pewnych pomniejszych braków, polecamy zdecydowanie ten film. Marzena Salwowska Ps. Opisany powyżej film można legalnie obejrzeć pod następującym linkiem internetowym: https://katoflix.pl/film/czekajac-na-motyle /.../
  10. Klub cudownych kobiet

    Leave a Comment Film ten opowiada o grupce kobiet z położnego w Irlandii miasta Ballygar, które spełniają swe marzenie o tym by wybrać się na pielgrzymkę do Lourdes, gdzie w XIX wieku miały mieć miejsce jedne z prywatnych objawień maryjnych. Okazuje się jednak, iż dołącza do nich też Chrissie, która w atmosferze niedomówień i niechęci przed laty opuściła Ballygar. Pielgrzymka do Lourdes stanie się w związku z tym nie tylko stricte religijnym przeżyciem, ale będzie dla niektórych z tych kobiet okazją do stanięcia „oko w oko” ze swą trudną przeszłością. Na płaszczyźnie moralnej oraz światopoglądowej film pt. „Klub cudownych kobiet” można, zasadniczo rzecz biorąc, uznać za wartościowy i godny polecenia. Oczywiście, nie wszystkie z pokazanych tam zachowań zasługują na pochwałę (np. nieskromny strój, nieposłuszeństwo żon wobec ich mężów), jednak jego główne przesłanie sprowadza się do afirmacji pojednania, przebaczenia, przywiązania do rodziny oraz miłości bliźniego. Rzecz jasna i pod tym kątem nie jest to jakiś szczególny czy wybitny film – gdyż powstało wiele innych filmów w bardziej dogłębny sposób pokazujących owe tradycyjne cnoty i wartości – jednak te konkretne dobre treści w nim zawarte warto jednak docenić. Co też może najważniejsze, owe cnoty nie wydają się być w tej produkcji rodzajem parawanu, za pomocą którego próbuje się promować pewne wady, grzechy czy fałszywe doktryny (jak to nieraz niestety wszak w filmach bywa). Choć, jak już wspomniałem, w filmie tym są pokazane pewne niewłaściwe zachowania, to nie odnosi się jednak wrażenia, iż są one jednocześnie tam specjalnie promowane. Na przykład, niektóre z kobiecych postaci tej produkcji noszą wyraźnie nieskromne stroje, ale z drugiej strony w czasie, w którym umiejscowiona została akcja „Klubu cudownych kobiet”, takie ubiory były już niestety przez kobiety powszechnie noszone. Trudno zatem na siłę doszukiwać się w pokazaniu tego faktu intencji pochwalania owego niemoralnego zwyczaju, w sytuacji gdy autorom filmu mogło przede wszystkim chodzić o wierne odzwierciedlenie kulturowych realiów danych czasów. Podobnie, gdy widzimy sceny, w których żony są nieposłuszne swym mężom (udając się wbrew ich woli na pielgrzymkę do Lourdes), nie ma się wrażenia, iż ów wątek został tam dodany w celu gloryfikacji takiego zachowania. Z drugiej strony trzeba wziąć pod uwagę to, iż współcześnie ani nieskromny strój ani nieposłuszeństwo żony wobec męża nie wzbudza już większych kontrowersji, tak też nawet samo neutralne pokazywanie takich uczynków, może de facto przyczyniać się do jeszcze większej normalizacji owych niemoralnych działań. Z tym więc zastrzeżeniem co do możliwej, a nawet bardzo prawdopodobnej interpretacji owego filmu, polecamy go do obejrzenia. Mirosław Salwowski /.../