Tag Archive: Strażnicy cnoty

  1. Strażnicy cnoty

    Leave a Comment Trzy nastolatki – Julie, Kayla i Sam – umawiają się, że podczas balu maturalnego stracą dziewictwo. Rodzice tych dziewcząt przypadkowo dowiadują się o ich planach. Postanawiają zapobiec podjęciu przez nie owego nieprzemyślanego kroku. Wybierając się na ów film liczyłem się z tym, że – biorąc pod uwagę jego opisaną wyżej tematykę – „na dwoje babka wróżyła”. Mógł on albo stanowić pochwałę czystości przedmałżeńskiej albo skończyć się „nawróceniem” rodziców na liberalizm w sferze seksualnej. Niestety twórcy filmu poszli tą drugą drogą w dodatku epatując widza głupotą, prymitywizmem, nieskromnością i wulgarnością. Co do przekazu omawianego „dzieła” (nie potrafię w tej sytuacji napisać tego słowa inaczej niż w cudzysłowie) to jest on mniej więcej taki: po osiągnięciu pewnego wieku człowiek ma pełne prawo w dowolny sposób szukać spełnienia w życiu płciowym, rodzice powinni na to zezwolić i, nawet jeśli martwią się o swoje latorośle, to nie mogą im w żaden sposób stawać na drodze do szczęścia. Takie przesłanie widoczne jest w kluczowych scenach. Matka Julie, która wcześniej gorliwie starała się zapobiec utracie przez córkę dziewictwa, z ukrycia widząc ją w sytuacji intymnej z jej partnerem, urzeczona „romantyzmem” tej sceny, rezygnuje ze swych zamiarów, a nawet cieszy się z takiego obrotu sprawy. Kayla w rozmowie z ojcem przekonuje go, że nie ma racjonalnych argumentów przeciw planowanemu przez nią nierządowi. Najcięższy grzech popełnia jednak Sam, która początkowo, podobnie jak jej przyjaciółki, chce przespać się z jednym z kolegów, ale ostatecznie decyduje się pójść za swymi homoseksualnymi skłonnościami i zaczyna uwodzić swą koleżankę; między dziewczętami dochodzi do pocałunków i można się domyślić, że na tym się nie skończy. Ów „coming out” jest przedstawiony jako happy end, zresztą propaganda przychylna sodomii jest tu widoczna wcześniej, bowiem ojciec tej nastolatki chce zapobiec przeżyciu przez nią pierwszego razu nie dlatego, że martwi się, iż jego córka straci przedwcześnie dziewictwo, ale dlatego, iż obawia się, że, idąc za przykładem heteroseksualnych koleżanek, na siłę uczyni to ona z którymś z chłopaków, czyli wbrew swym preferencjom. Co do motywacji reszty rodziców chcących nie dopuścić do tego, aby ich córki współżyły w noc balu maturalnego, to ani razu nie pojawia się wspomnienie o grzechu i możliwości wiecznego potępienia (w najlepszym razie są tu uwagi o złym wpływie zbyt wczesnej inicjacji na psychikę młodych ludzi). Sprzeciw wobec rozpusty staje się przez te braki mdły i nieprzekonujący. Jeśli natomiast chodzi o „oświecone” postacie to rodzicem, któremu rozwój akcji przyznaje w końcu rację, jest tu matka Kayli, Marcie, która krytykuje działania osób starających się zapobiec nierządowi, zarzucając im, że promują podwójne standardy (obowiązkowo grzeczne i porządne dziewczęta vs. chłopcy, którym pozwala się na więcej). Nie przeczę, że podobne podejście do kwestii czystości jest karygodne, jednak rozwiązaniem jakie proponuje ta bohaterka nie jest podwyższenie wymagań wobec mężczyzn, lecz akceptacja „samostanowienia” (czytaj rozwiązłości) u obu płci. Ponadto, co gorsza, postać ta, chcąc zwiększyć siłę swych wywodów jakimś porównaniem, zestawia starania o przeszkodzenie realizacji planów nastolatek z działaniami osób, które występują przeciw aborcji (obie te aktywności mają według niej godzić w wolność kobiet). „Prawo kobiet do decydowania o swym ciele” jest zaś dla reszty takim „dogmatem”, że nikt nie stara się podważyć tego argumentu poprzez wskazanie, że skoro przeszkadzanie nierządowi w czymkolwiek przypomina przeszkadzanie mordowaniu nienarodzonych to znaczy, że jest czymś dobrym. Broniąc się przed oskarżeniami Marcie, bohaterowie próbują jedynie zaprzeczyć, aby w swych działaniach przypominali działaczy pro – life. Jedyni obrońcy życia, jacy przy tej okazji przewijają się w wypowiedziach, to wzbudzające silne kontrowersje osoby dokonujące zamachów na kliniki aborcyjne, których to przykład ma pokazać ewidentną nieprawdziwość zrównywania rachunku krzywd wyrządzanych wskutek obrony życia z tymi, które mogą wyrządzić rodzice starający się zapobiec uprawianiu przez ich córki seksu. Oczywiście przez „zło” prowadzonej w ten sposób obrony życia nie są tu rozumiane takie jej wątpliwe aspekty jak fakt samosądów, niedawanie aborterom czasu na pokutę czy też możliwość uśmiercenia postronnych osób, ale brutalne godzenie w „dobro” jakim ma być legalna aborcja. Nie ma też żadnych nawiązań do (liczniejszych przecież) bezkrwawych działań podejmowanych przeciw prenatalnym zabójstwom, co sprzyja utrwaleniu wizerunku przeciwnika aborcji jako kogoś o morderczych zapędach. Powyższe toksyczne przesłanie jest tu podane w równie niestrawnej formie – wulgarna mowa, nieskromność i bezwstyd są tu wyeksponowane i zobrazowane w komediowej, mającej bawić widza, konwencji. Nadto razi pretensjonalność dialogów i nadzwyczajny prymitywizm dowcipów. Dość powiedzieć, że twórcy raczą oglądającego takimi widokami jak: wlewanie piwa rurką do odbytu, nastolatkowie wymiotujący na siebie nawzajem po zażyciu narkotyków czy przedwczesny wytrysk. Pozwolę sobie też na osobistą dygresję – mnie jako miłośnika twórczości J.R.R. Tolkiena drażniły, osadzone czasem w obscenicznym kontekście, nawiązania do arcydzieł chrześcijańskiego fantasy, „Hobbita” i „Władcy Pierścieni”, które pasowały do tej kloaki mniej więcej tak, jak obrazy Chrystusa i Maryi pasują do gabinetów wróżek, w których są czasem umieszczane. Właściwie jedynymi drobnymi zaletami tej produkcji są wyrażane przez matkę Julie obawy, by córka przez przedwczesną inicjację nie powtórzyła jej błędów; niewiasta ta bowiem lekkomyślnie związała się w młodości z pewnym mężczyzną, który zostawił ją później z dzieckiem (wskazuje to na fakt, że rozpasanie nie zawsze popłaca). Znajdują  się tu też raczej negatywne uwagi na temat zdrady małżeńskiej jakiej dopuściła się matka Sam, ale to nikła zaleta, bo niewierność tej kobiety jest dla jej męża „usprawiedliwieniem” dla związku z inną niewiastą. Nikomu zatem nie polecam tego libertyńskiego, emanującego nieskromnością i żenująco prymitywnego filmu. „Strażników cnoty” nakręcili ludzie, którzy chyba postanowili być strażnikami rozpusty. Michał Jedynak /.../