Tag Archive: Mirosław Salwowski strona filmowa

  1. Kształt wody

    Leave a Comment Akcja filmu przenosi nas na początek lat 60. XX wieku do amerykańskiego Baltimore. Główna bohaterka tego obrazu Elisa Esposito pracuje w tajnym rządowym centrum badawczym znajdującym się w tym mieście. Elisa jest osobą niemą, mieszka samotnie, przyjaźni się tylko z czarnoskórą koleżanką z pracy Zeldą i homoseksualnym sąsiadem Gilesem, który jest ilustratorem. Panna Esposito sprzątając w jednym z laboratoriów odkrywa przetrzymywane w tym miejscu tajemnicze stworzenie schwytane przez wojsko USA w wodach Amazonki. Jest to humanoidalny płaz brutalnie traktowany przez swojego „opiekuna” – agenta rządowego Stricklanda. Niema Elisa nawiązuje niewerbalne porozumienie z tym stworzeniem i kiedy dowiaduje się, że zapadła decyzja o jego uśmierceniu postanawia temu zapobiec. Planuje wykraść stwora z laboratorium, wciągając w swoją akcję również Zeldę, Gilesa i pewnego pracującego tu jako naukowiec radzieckiego szpiega … „Kształt wody” określany jest często jako „baśń dla dorosłych”. Określenie to budzi raczej sympatyczne skojarzenia z jakimś rodzajem fantastycznej opowieści – może niezbyt zrozumiałej dla dzieci, acz jednak dość niewinnej i zasadniczo moralnie akceptowalnej. Niestety, w tym przypadku nic bardziej mylnego niż takie skojarzenia. Film ten bowiem obfituje w ewidentnie złe bądź dwuznaczne moralnie treści. Już sam główny wątek filmu – bynajmniej nie platoniczny, a powiązany z seksualnym współżyciem, romans kobiety z nieokreślonym stworem (po części człekokształtnym, po części przypominający jakąś dziwną rybę, a nawet żabę) może wzbudzać uzasadnione obawy, czy nie chodzi tu o kolejne „poszerzanie granic tolerancji” przez sztukę filmową, tym razem o zoofilię. Na zarzut ten ktoś może powiedzieć, że przecież nawet w bajkach dla dzieci nieraz występują zbliżone wątki, kiedy to jakieś „relacje romantyczne” łączą człowieka np. z syrenką, bestią czy nawet żabą. Jednakże, mimo powierzchownego podobieństwa są tutaj zasadnicze różnice. Jeśli bowiem w takiej bardziej klasycznej baśni dochodzi do związku pary (a konkretnie małżeństwa), to nim jeszcze do tego dojdzie ta z istot, która nie jest człowiekiem (przynajmniej zewnętrznie), przyjmuje w pełni ludzką postać, bądź ją odzyskuje. W „Kształcie wody” natomiast mamy „zwieńczony” pożyciem seksualnym związek człowieka z istotą, która nie tylko z wyglądu, ale też zachowań bardziej jednak przypomina zwierzę niż człowieka. Tak, że raczej niż do baśni, niestety, bardziej przyrównać można ten wątek do innych opowieści o podobnie fantastycznej i perwersyjnej naturze – a mianowicie do pogańskich mitów, w których bogowie nieraz przybierali postać zwierzęcia, by współżyć z istotami ludzkimi (zwykle, choć nie zawsze, z kobietami). Trop ten zresztą być może nie jest jakimś przypadkowym skojarzeniem, gdyż owa płazo-rybo podobna istota, jak mówi jeden z bohaterów filmu, była czczona przez mieszkańców Amazonii jako bóg. Być może więc inspiracją dla pomysłu na taki romans były dla pana del Toro jakieś perwersyjne pogańskie opowieści. Sam zresztą tytuł filmu, co zresztą potwierdza jego reżyser i zarazem scenarzysta, jest aluzją do miłości, która rzekomo tak jak woda ma nie posiadać żadnego konkretnego kształtu i nie uznawać barier. Taka interpretacja tytułu, która i tak sama nasuwa się na myśl widzowi po obejrzeniu filmu, znajduje jednoznaczne potwierdzenie w wypowiedziach pana del Toro, co sprawia, iż trudno mieć większe złudzenia odnośnie do tego, jakie jest celowe przesłanie tej produkcji. Otóż sugeruje się tu wyraźnie odbiorcy, że wszystkie rodzaje miłości (czy raczej erotycznej namiętności) są sobie równe i nie muszą przyjmować jakiegoś określonego kształtu (czyli zawierać się w granicach konkretnego porządku moralnego czy prawa naturalnego). Warto też dodać, że poza głównym wątkiem o charakterze para-zoofilskim, mamy tutaj również wątek sąsiada głównej bohaterki, który jako homoseksualista wyraźnie cierpi z tego powodu, iż nie może wystarczająco swobodnie ujawniać swoich homoseksualnych skłonności i żyć w związku sodomickim z jakimś mężczyzną. Dość jasno daje on do zrozumienia, że gdyby społeczeństwo USA wcześniej zaakceptowało zachowania czy relacje o takim charakterze, to byłby pewnie teraz szczęśliwym człowiekiem. Wątek Gilesa jest bardzo znamienny dla całego filmu. Wpisuje on się bowiem, równie dobrze co romans Elisy ze skrzelastym stworem, w przesłanie całego obrazu, wyrażone przez jego tytuł (będący aluzją do miłości, która rzekomo tak jak woda ma nie mieć żadnego konkretnego kształtu i nie uznawać barier). Oba, opisane już wątki zapewne mają komunikować plastycznie widzom myśl, iż rzekomo świat, który nie akceptuje w pełni (bez moralnego rozróżniania) wszelkich inności, musi być światem złym. Co więcej, źli do szpiku kości muszą być też ludzie, którzy wszelakich inności nie akceptują. Nieprzypadkowo głównym czarnym charakterem jest tu biały, heteroseksualny mężczyzna, który zarabia na żonę i dzieci; jednocześnie będąc człowiekiem okrutnym i pozbawionym hamulców moralnych w dążeniu do swoich celów, przy okazji też wyjątkowo niemiłym i pogardliwie odnoszącym się do bliźnich o innym kolorze skóry, traktującym wszystkie osoby, które postrzega jako słabsze od siebie, z wyższością i instrumentalnie. Film ten wrzuca niejako do jednego worka różne rodzaje nietolerancji, narzucając widzowi przekonanie, że niechęć do złych moralnie zachowań jest tym samym, co niechęć do neutralnych moralnie cech bliźnich takich jak kolor skóry, płeć czy jakaś niepełnosprawność. Takie zestawienie jest oczywiście nieuprawnione. Twórcom tej produkcji zdaje się zresztą chyba nie mieścić w głowach, że można na przykładnie być rasistą ani osobą uprzedzoną do niepełnosprawnych, a jednocześnie uważać, że pewne grzeszne zachowania w sferze seksualnej powinny spotykać się ze słuszną krytyką. Najdobitniej to przekonanie widać w scenie, kiedy młody mężczyzna w odpowiedzi na zaloty starszego homoseksualisty wyprasza go ze swojego baru; a za chwilę robi to bez zasadnej przyczyny wobec grupki Afroamerykanów. Sugestia filmu jest taka, iż musisz akceptować wszystko, cokolwiek inni określają jako miłość, inaczej jesteś złym człowiekiem, tworzącym złe społeczeństwo. Poza głównym, demoralizującym przesłaniem „Kształtu wody”, które zawiera się już w samym jego tytule, warto zwrócić uwagę na jeszcze kilka ewidentnie złych, bądź co najmniej wątpliwych moralnie rzeczy w nim zawartych. Mamy więc w tym filmie dwie sceny, wyraźnie sugerujące, że główna bohaterka masturbuje się regularnie w wannie (później w tej samej wannie umieszcza uwolnionego z laboratorium stwora); a nadto że nie tylko tego nie żałuje, lecz wręcz martwi się, kiedy słyszy (ówczesne doniesienia naukowe), że płatki śniadaniowe mogą jakoś ograniczać chęć dokonywania onanizmu. Jeśli chodzi o wizualne przedstawianie nagości czy seksu, to jest tu parokrotnie ukazana pełna kobieca nagość (w dłuższych ujęciach), wyrazista i połączona z częściową męską nagością scena współżycia pary małżeńskiej, oraz scena, w której aktorka w pełni i w prowokujący sposób obnaża swoją pierś. Co prawda nie ma tutaj pokazanego samego aktu współżycia pomiędzy Elisy z wodnym stworem, ale oczywistym jest dla widza, że do takiego aktu doszło, tym bardziej że główna bohaterka rozmawia o tym pokrótce ze swoją przyjaciółką w pracy. Wielu widzów przyzwyczajonych do bardzo obniżonych współcześnie standardów w tej dziedzinie może uznać, że tych elementów nie ma aż tak wiele, jednakże jak na ten rodzaj filmu – czyli baśń dla dorosłych – jest ich zaskakująco dużo (mimo wszystko przyzwyczajeni jesteśmy, że ów rodzaj produkcji jest bardziej powściągliwy w tej sferze). Film ten zawiera też sporą ilość przemocy i scen, które mogą być dla co wrażliwszych osób trudne w odbiorze. I czasem wydają się one nadmiernie już plastyczne. Osobną uwagę warto chwilę poświęcić kontekstowi, w jaki cytowane jest tu Pismo święte. Otóż jedyną osobą, która cytuje tę świętą Księgę, a nadto odwołuje się do wiary chrześcijańskiej jest główny czarny charakter filmu. Oczywiście łatwo sobie i w prawdziwym życiu wyobrazić mężczyznę, który z jednej strony odwołuje się do Pisma św. i wiary w Boga, z drugiej jest bezwzględnym okrutnikiem, egoistą, sadystą, człowiekiem pogardzającym osobami słabszymi czy stojącymi niżej w hierarchii społecznej, chętnym zdradzać swoją żonę, a nawet mordercą. Samo więc występowanie takiej postaci nie byłoby jeszcze w filmie niczym złym czy przynajmniej podejrzanym, jednak uzasadnioną obawę co do dobrej woli twórców budzi fakt, że, jak już była mowa, jest to jednocześnie jedyna osoba, która odwołuje się w tym filmie do chrześcijańskiej wiary w Boga. Warto też wspomnieć, że ów czarny charakter z początku szydzi też z amazońskich Indian, którzy czcili jako boga wodnego stwora, by na koniec samemu ową istotę uznać za boga. Nasuwa się tu sama interpretacja, że tą deklaracją uznaje wyższość pogańskich permisywnych bożków nad „opresyjnym Bogiem Biblii- Bogiem starego ładu”. Gwoli jednak sprawiedliwości trzeba jednak zaznaczyć, że jest pewna szansa, iż wątek ów nie ma antychrześcijańskich podtekstów, a jedynie „na to wygląda”, dlatego w rubryce „wątki antychrześcijańskie”, przyjmując łagodniejszą kwalifikację, wpisaliśmy „niewiele”. Z wątków, które trudno jednoznacznie ocenić, ponieważ są tylko pewnymi tropami, warto może jeszcze wspomnieć o czymś, co akurat samo w sobie jest zupełnie niewinną rzeczą, czyli karmieniu przez główną bohaterkę wodnego stwora gotowanymi na twardo jajkami. Problem jednak w tym, że reżyser i scenarzysta tego filmu Guillermo del Toro znany jest z tego, że chętnie odwołuje się do spuścizny innych filmowców i, co więcej, robi to w sposób bardzo przemyślany. A w kinematografii istnieje pewna zapadająca w pamięć scena, w której to aktor grający szatana (De Niro) zjada ugotowane na twardo jajko jako symbol ludzkiej duszy. Pewien niesmak może też budzić przesadna anty-amerykańskość tego filmu. Jego twórcy zdają się nie dostrzegać w USA (przynajmniej lat 60-tych ubiegłego wieku) nic dobrego. Przykładowo nawet radzieccy szpiedzy są w nim przedstawieni bardziej pozytywnie niż armia Stanów Zjednoczonych. Film ten nie jest oczywiście pozbawiony wszelkich zalet. Do takich zaliczyć można potępianie okrucieństwa wobec czujących istot, pogardy wobec osób słabszych czy niżej stojących w społecznej hierarchii (np. pracujących na mniej docenianych i gorzej płatnych stanowiskach), a także mających inny kolor skóry bądź niepełnosprawnych. Warto też docenić fakt, że główną bohaterką tej produkcji, co nie jest zbyt częste w kinematografii, jest osoba niepełnosprawna; a nadto twórcy filmu starają się przybliżyć jej świat widzom. Słuszna jest też krytyka maczyzmu, w rozumieniu przyzwolenia mężczyznom na takie złe zachowania jak nadużywanie siły, instrumentalne i pogardliwe traktowanie innych czy nagabywanie seksualne podwładnych. Podsumowując: nikogo chyba nie zdziwi, iż filmu tego nie polecamy. Dodajmy, że choć obraz ten otrzymał kilkanaście nominacji do Oscara i zdobył kilka statuetek tejże nagrody, to zdaje się to bardziej wynikiem upchania dużej ilości politycznie poprawnych wątków preferowanych przez Akademię Filmową niż wybitnych walorów artystycznych tej produkcji. Film ten raczej przypomina wytworzoną z milionów cudzych klisz grafikę AI, która jest dość sprawnie połączona w całość i pomyślana tak, aby łatwo trafiać w upodobania typowego odbiorcy. Trudno się w nim jednak doszukać jakiejś oryginalności czy prawdziwej siły wyrazu. A zatem film ten można przyrównać do ryby, która jest nie tylko, że bardzo oścista, ale i nieświeża. Marzena Salwowska /.../
  2. Historia małżeńska

    Leave a Comment Film ten opowiada o małżeństwie Charliego i Nicole, które to po dziesięciu latach zgodnego pożycia zaczyna się rozpadać. Dzieje się to po tym, jak przed dwojgiem z nich pojawiają się nowe ścieżki zawodowej kariery. Pewnego dnia więc Nicole decyduje się złożyć pozew rozwodowy, o czym Charlie dowiaduje się poniekąd przypadkiem. Na płaszczyźnie moralnej oraz światopoglądowej produkcja ta – mimo że nie jest pod tym względami bardzo jednoznaczna – zasługuje na uznanie. Z pewnością wszak nie mamy tu do czynienia z jakąś apologią rozwodu, a wręcz przeciwnie w filmie tym pokazuje się, jak dużo problemów i zranień może on przynieść. To wskazanie na problemy i zranienia związane z rozwodem zostały zresztą ukazane w – można by powiedzieć – wybitnie artystyczny sposób. W „Historii małżeńskiej” wyczuwa się bowiem, jak przenikają się ze sobą dwie płaszczyzny: z jednej strony wydaje się nam, iż twórcy filmu kreują obraz, w którym rozwód to „nic wielkiego”, ot świadoma decyzja dwojga dorosłych ludzi, którzy doszli do wniosku, że powinni przestać być już razem; z drugiej jednak strony pod tą powierzchownością wyczuwa się tragizm całej tej sytuacji. Nawet więc jeśli, ów film nie jest w swej krytyce czy potępieniu dla rozwodów jednoznaczny, to nie jest on ich obroną albo tym bardziej pochwałą. A kto wie – być może przez wskazany przeze mnie wyżej, a zastosowany przez jego twórców „zabieg artystyczny” jest on dla niejednego widza bardziej przekonujący aniżeli miałoby to miejsce w przypadku, gdyby stanowił on swego rodzaju „antyrozwodową” polemikę. Ponadto można powiedzieć, iż w „Historii małżeńskiej” poddany zostaje krytyce amerykański system prawny odnoszący się właśnie do kwestii rozwodów, gdyż pokazuje się tam, jak ów system sprzyja wzajemnemu antagonizowaniu się małżonków. Jak pisze o tym, jedna z recenzentek portalu Filmweb.pl, pani Małgorzata Steciak: „Obnaża przy okazji absurdy amerykańskiego systemu prawnego żerującego na poczuciu krzywdy małżonków i pielęgnujących w nich urazy. Zaprojektowanym, by dzielić niegdyś bliskich sobie ludzi, wykoślawiać i odkształcać rzeczywistość, zasłaniając się walką o podział majątku czy prawa do opieki nad dzieckiem.” (Patrz: Filmweb.pl, „Sceny z życia małżeńskiego”) Co do większych zastrzeżeń, jakie można by próbować podnieść wobec owego filmu, to są nimi wulgaryzmy, a także słowne nawiązania do pewnych seksualnie dewiacyjnych lub obscenicznych czynności. W jednej ze scen, feministycznie nastawiona adwokat – będąca reprezentantką Nicole – wygłasza też antychrześcijańsko brzmiącą tyradę, acz w tym wypadku nie jesteśmy pewni, czy słowa te zostały tam umieszczone w przychylnym czy choćby neutralnym duchu (dlatego też mimo obecności tej sceny w dziale „Wątki antychrześcijańskie” wpisaliśmy „Brak”, a nie np. „Niewiele”). Reasumując: doceniamy ten film, gdyż mimo wszystko wydaje się on nieść – w pewien nazwijmy to nawet „podprogowy” czy nieświadomy sposób – przesłanie niechętne rozwodom, ukazując ich tragizm oraz niebezpieczeństwa. Ostrożność jednak jest tu stanowczo zalecana ze względu na sporą liczbę wulgaryzmów oraz sprośne i obsceniczne nawiązania. Mirosław Salwowski Grafika została dołączona do powyższego tekstu za portalem Filmweb.pl /.../
  3. Ojciec Pio

    Leave a Comment Akcja filmu toczy się głównie w roku 1920 w San Giovanni Rotondo. W tym włoskim miasteczku wciąż żywe pozostają wspomnienia i skutki Wielkiej Wojny. Powojenna bieda zaostrza jeszcze, istniejące już wcześniej, konflikty w obrębie tej niewielkie społeczności. Pomiędzy biednymi a bogatymi narasta wzajemna wrogość. Biedni czują się wyzyskiwani, pogardzani i źle opłacani za swoją ciężką pracę, bogaci boją się (też nie bez racji), że robotnicy zasilający ruch socjalistyczny przyczynią się do rewolucji, która nie tylko zagrozi ich interesom, ale zniszczy cywilizację chrześcijańską we Włoszech. Sytuację zaostrzają jeszcze zbliżające się wybory, które będą starciem dwóch przeciwstawnych obozów. Przelew krwi w tak niewielkiej i zdawałoby się spokojnej miejscowości będzie już tylko kwestią czasu. W takich to okolicznościach, jakby na pewnym uboczu, rozgrywa się historia ojca Pio, który o problemach mieszkańców San Giovanni Rotondo dowiaduje się głównie z konfesjonału. Historia przyszłego świętego poprowadzona jest tu równolegle z „wątkiem społecznym” i symbolicznie splata się z nim, kiedy z jednej strony dochodzi do masakry robotników (idących pod czerwonymi sztandarami) z drugiej ojciec Pio otrzymuje pierwsze stygmaty. Już na wstępie trzeba powiedzieć, że nie jest to film do wspólnego rodzinnego oglądania – zdecydowanie nie polecamy go jako obraz odpowiedni dla dzieci, nastolatków, czy osób o sympatiach wyraźniej lewicowych. Zacznijmy więc może od tego, dlaczego film ten mimo iż w pozytywny sposób ukazuje jednego z wielkich świętych Kościoła nie otrzymał od nas wyższej oceny. Po pierwsze ogólne przesłanie tego obrazu bardzo mocno zbliża się do granicy jakiejś pro-lewicowej propagandy. Chodzi mianowicie o to, że w filmie zastosowana została niebezpieczna paralela pomiędzy marksizmem (potocznie pojmowanym) a chrześcijaństwem. Przesłanie tego obrazu można łatwo odebrać w ten sposób – istotą jednego i drugiego jest troska o bliźnich i pomoc im – są to więc dwie równorzędne drogi do tego samego celu. To wrażenie podkreśla fakt, że postaci związane z organizacją marksistowską są tutaj pokazane wyłącznie w pozytywny sposób, mogą więc uchodzić za niewinnie prześladowane. Sama też scena zmasakrowania robotników idących z czerwonymi sztandarami może się jawić jako ofiara tożsama z męczeństwem chrześcijan za wiarę – może nawet konieczna do tego, by ojciec Pio otrzymał stygmaty męki Pana Jezusa Chrystusa. Gdyby to zrównanie ruchów o proweniencji marksistowskiej z chrześcijaństwem było odrobinę bardziej wyraźne, to film otrzymałby już negatywną ocenę na naszym portalu. Jednakże wątek ten osłabiają różne tropy, które sugerują, że niekoniecznie chodzi tu jakąś apologię komunizmu; a raczej po prostu o dowartościowanie „zwykłego” cierpienia prostych ludzi; a także podkreślenie iż gnębienie biednych, czy nawet nie dbanie o ich los jest złem i obrzydliwością. I to nawet większą obrzydliwością, jeśli dopuszczają się tego osoby powołujące się na chrześcijańskie wartości. Za tym, że nie koniecznie chodzi w tym wątku o promocję błędnych ideologii, może przemawiać też fakt, iż robotnicy wstępujący w szeregi partii socjalistycznej zdają się tu niezbyt świadomi ideologii tego ruchu. Raczej wstępują tam kierowani biedą, szukając pomocy i nadziei na dobre zmiany w rodzaju większej społecznej sprawiedliwości, lepszych warunków pracy i płacy, itp. A tak się składa, że z takimi postulatami wychodzi w czasie i miejscu, w którym żyją akurat ruch socjalistyczny. Poza jednym pro-rewolucyjnie nastawionym młodzieńcem (zresztą z klasy wyższej) nawet przywódcy partyjni w San Giovanni Rotondo niezbyt poważnie traktują też marksizm, a także osobę Józefa Stalina. Jednakże, mimo że „wątek społeczny” jest tu wątkiem najbardziej wątpliwym (o czym wcześniej była mowa), to są w nim zawarte pewne słuszne spostrzeżenia. Taką rzeczą jest chociażby wskazanie na fakt, iż ruchy, nazwijmy je z grubsza, komunistyczne były swego czasu również w Europie atrakcyjne, gdyż odwoływały się do prawdziwej nędzy, rzeczywistego wyzysku i społecznych niesprawiedliwości. Film ten pokazuje obrazowo, że większą winę za powodzenie i rozprzestrzenianie się ideologii marksistowskich mogli ponosić ci, którzy wyzyskiwali robotników, bądź byli na ich los obojętni niż sami robotnicy, którzy często robili to w nieświadomości. Trzeba jeszcze pokrótce wspomnieć o innych co najmniej wątpliwych elementach tego filmu. Pierwszy z nich to używanie wulgarnej mowy przez aktora odgrywającego rolę ojca Pio. Wulgaryzmy są w nim użyte w sytuacji, gdy filmowy ojciec Pio krzyczy na nieskruszonego grzesznika (który prawdopodobnie jest w istocie diabłem): „Powiedz, że Jezus jest Panem”. Zatem wulgaryzm ten sąsiaduje bezpośredni z najświętszym imieniem Jezus, choć odnosi się do złego ducha. Warto zauważyć, iż nie ma dowodów, by prawdziwy Padre Pio posługiwał się, nawet w podobnych sytuacjach, wulgarną mową. Kolejny wątpliwy element filmu to nadmiernie obrazowe ukazanie kuszenia/nękania św. Pio przez Szatana, który przybiera postać nagiej młodej kobiety. Pokazana jest tu nie tylko wyraźnie sama nagość, ale co więcej postać ta zachowuje się w sposób lubieżny; co może stanowić pewne zagrożenie moralne dla wielu widzów. Zdecydowanie lepiej byłoby, żeby twórcy filmu zachowali większą powściągliwość w pokazywaniu takich kuszeń demonicznych. Dlaczego zatem pomimo tak wielu wątpliwości film ten otrzymuje – wprawdzie najniższą, lecz jednak – ocenę pozytywną? Otóż mimo wszystko przekazuje on obraz świętości, kształtującej się jakby na polu walki. Widzimy zatem człowieka z krwi i kości, który na tej drodze musi zmagać się nie tylko z własnymi słabościami, ale też tzw. nocą wiary, pokusami, a nawet bezpośrednimi atakami ze strony diabła, wreszcie z niechęcią i niezrozumieniem ze strony otoczenia (także bliskiego). Oczywiście pokazywanie tego rodzaju walki jest wręcz „klasyką” filmów o świętych. Nie mniej trzeba zauważyć, że ten włoski obraz z 2022 czyni to w sposób bardzo przekonujący i udany, co już aż tak częste w kinematografii nie jest. Jest w tym dużo zasługi aktora grającego ojca Pio, któremu udało się wręcz namacalnie przekazać zwłaszcza duchowe cierpienie tegoż świętego. Zdołał on też pokazać gorącą miłość Padre Pio do grzeszników, z której wynikało heroiczne pragnienie przyjęcia na siebie cierpień w intencji ich zbawienia. Jedną z wyraźniejszych zalet filmu jest też to, iż obok rysu psychologicznego, a także próby pokazania konkretnych okoliczności historycznych, w których żył ojciec Pio, nie zabrakło tu też rzeczy z porządku ponadnaturalnego takich jak cuda dokonywane przez Boga za pośrednictwem tegoż świętego. Nadto rzeczy te pokazywane są w sposób, w którym nie wyczuwa się jakiegoś sceptycyzmu, czy próby ich naturalistycznego tłumaczenia. A jednocześnie sposób pokazywania tych rzeczy daleki jest od jakiegoś sztucznego patosu czy cukierkowatości. Wreszcie zaletą tej produkcji jest pokazywanie w pozytywnym świetle duszpasterskiej posługi Padre Pio. Jest tu też dość dobitnie widoczne, że miłość, którą ten święty darzył grzeszników, kiedy trzeba potrafiła się też objawić w ostrych reakcjach. Podsumowując, mimo poważnych zarzutów wobec filmu, które też sprawiają, że polecać go można tylko z pewną ostrożnością dorosłym widzom, doceniamy to, iż jego twórcy zdają się kierować dobrą wolą i chęcią przybliżenia współczesnemu widzowi postaci ojca Pio. Ogólnie rzecz biorąc obraz ten ma też pewien potencjał, by wzbudzać, podtrzymywać, bądź bardziej rozpalać w widzach prawdziwą wiarę. Marzena Salwowska Ps. Powyżej opisany film można legalnie obejrzeć pod następującym linkiem internetowym: https://katoflix.pl/film/ojciec-pio /.../
  4. Jeszcze o „Zielonej granicy”

    Leave a Comment

    Pewien czas temu jedna z osób zwróciła mi uwagę na tekst autorstwa pani Małgorzaty Tomczak pt. „Rodziny z dziećmi, wykształcona Afganka, ciężarna kobieta – osoby takie, jak w filmie Holland, są na granicy wyjątkami”. W tym opublikowanym na łamach „Gazety Wyborczej” artykule autorka sugeruje, iż między innymi film w reżyserii Agnieszki Holland pt. „Zielona granica” w mocno jednostronny sposób – czyli na korzyść retoryki „proimigracyjnej” – przedstawia sprawę kryzysu na polskiej granicy wschodniej. Pani Tomczak w kontekście takiej retoryki otwarcie nawet stwierdza:

    Po dwóch latach pisania o migracji i kryzysie na granicy nie mam wątpliwości, że wytwarzamy fałszywą wiedzę.”

    Co prawda, pani Tomczak w żadnym miejscu wspomnianego tekstu nie przyznaje się do czegoś, co można by nazwać mianem „jawnego kłamstwa”, jednak nie ukrywa, że w celu lepszego nastawienia do imigrantów strona – którą niegdyś i ona reprezentowała – stosowała pewnego rodzaju pominięcia, „przefiltrowanie” rzeczywistego obrazu sytuacji, etc. Te słowa autorka „Gazety Wyborczej” odnosi także do filmu „Zielona granica”.

    W związku z tym zachodzi zatem pytanie, czy moja – opublikowana na tym portalu – recenzja owej produkcji kinowej nie była dla niej zbyt pochlebna? A może należałoby powiedzieć więcej: czy nie była ona zasadniczo błędna? Otóż, nie sądzę, by uprawnione było zastosowanie wobec niej tego drugiego określenia („zasadniczo błędna”). Dalej bowiem podzielam wyrażoną w „Zielonej granicy” krytykę tzw. pushabacków”. Ciągle też uważam, iż życzliwy sposób w jaki zostali w tym filmie zobrazowani polscy aktywiści niosący pomoc nielegalnym imigrantom znad naszej granicy z Białorusią zasługuje na szacunek i uznanie. Co do zaś „jednostronności” owego filmu to przynajmniej delikatnie została ona przez nas zauważona już w pierwszej wersji jego recenzji. W punkcie nr 5 recenzji napisałem wszak:

    Jeśli chodzi o samych imigrantów to ów obraz owszem wydaje się być przesłodzony: chyba wszyscy z nich są pokazani w filmie w bardzo życzliwym świetle.”

    Nie jest zatem tak, iż w momencie pisanie recenzji „Zielonej granicy” nie dostrzegałem żadnej jej wady czy braku. Przyznaję jednak, że poziom jednostronności tego filmu był chyba jednak zbyt duży, by zasługiwał on na notę „+3” („Dobry”) – a taką właśnie ocenę nadałem mu pierwotnie. Dlatego też postanowiłem obniżyć jego ocenę z +3 na „+2” („Dobry ale z poważnymi zastrzeżeniami”). Myślę, iż jest to w miarę – czyli z uwzględnieniem naszych ludzkich ograniczeń i ułomności – sprawiedliwa i uczciwa ocena filmu pt „Zielona granica”.

    Mirosław Salwowski

    ***

    Kadr z filmu „Zielona granica”. Fot. Metro Films

  5. Kandahar (2023)

    Leave a Comment Film ten opowiada o szpiegu CIA Tomie, który doprowadza do wysadzenia elektrowni atomowej w Iranie. Po tym wydarzeniu Tom będzie musiał próbować dostać się do opuszczonej bazy w Kandaharze, by tam móc zostać bezpiecznie ewakuowanym do swego rodzinnego kraju. Na płaszczyźnie moralnej oraz światopoglądowej produkcja ta zasługuje raczej na uznanie z tego powodu, iż jej główny bohater podejmuje wysiłek polegający na przeszkadzaniu irańskiemu reżimowi w jego planach zdobycia broni atomowej. Przypomnijmy zaś w tym miejscu, że władze w Teheranie wspomagają odpowiedzialną za masowe i bezpośrednie zabijanie żydowskich cywilów terrorystyczną organizację „Hamas”, więc – uwzględniając prawdopodobieństwo posiadania przez wywiady niektórych państw pewnych mogących wskazywać na to informacji – nie jest wykluczone, że Iran planuje uzyskać taką broń, po to by dokonać swego rodzaju „nowego Holocaustu” na narodzie żydowskim. Niedopuszczenie do takiego rozwoju wydarzeń, również przy użyciu bardziej gwałtownych środków (czyli fizycznego niszczenia obiektów służących do produkcji owej broni) – niżej podpisany – uważa za prawdopodobnie moralnie właściwe zachowanie. Poza wspomnianym wyżej wątkiem na uznanie zasługuje też fakt zaakcentowania w fabule owej produkcji takich tradycyjnych cnót i wartości jak przywiązania do rodziny czy też wybaczenie okazywane swym krzywdzicielom. Oczywiście, film ten ma również swe bardziej dyskusyjne elementy, którymi są np. neutralnie lub wręcz przychylnie pokazane zachowania, a które to przynajmniej wedle części katolickich teologów moralnych, mogą być interpretowane jako kłamstwo (czyli „wewnętrznie zły”, a co za tym idzie zawsze i wszędzie zakazany, czyn). Niektórzy z chrześcijan mogą też zastanawiać się nad tym, czy aby pewne pokazane tam przykłady muzułmańskiej religijności, nie zostały w sposób zbyt mocny zaakcentowane; co być może zostałoby uczynione w intencji wskazania na coś, co można by nazwać mianem „wewnętrznej dobroci islamu”. Samo jednak bardziej przychylne pokazywanie faktu, iż na świecie istnieją szczerze pobożni i cnotliwi wyznawcy islamu nie jest jako takie czymś błędnym i/lub złym – choć oczywiście problem zaistniałby wówczas, gdyby było to czynione w celu sugerowania widzom tezy zakładającej, iż sama ta religia jest jako taka dobra, a problemem w niej są tylko pewne nadużycia czynione przez niektórych z jej wyznawców. Podejrzenie zaś, że właśnie taka mogła być intencja twórców „Kandaharu” może być wzmocnione przez inny z jego wątków, a mianowicie – moim zdaniem (zbyt jednostronne negatywny i krytyczny) – wizerunek prawno-politycznej rzeczywistości islamskich rządów Iranu oraz Afganistanu. Mamy więc w tym filmie mniej więcej następujący obraz wyznawców religii muzułmańskiej: ci dobrzy z nich modlą się, wybaczają i ufają Bogu, a ci źli z nich używają (nadużywają?) swej religii po to, by tyranizować swych bliźnich (za pomocą narzucanych przez siebie rządów i praw). Oczywiście, łatwo jest z takiego sposobu przedstawiania islamu i jego wyznawców wyciągnąć wnioski będące „pomieszaniem z pomieszaniem”. W rzeczywistości nie jest bowiem ani tak, że religia muzułmańska jest co do swej istoty dobra, a złe są tylko tylko jej nadużycia i nadinterpretacje. Z drugiej strony, nie wszystko to co w liberalno-lewicowym dyskursie jest w odniesieniu do rzeczywistości islamskich teokracji demonizowane, tak naprawdę na taką demonizację zasługuje: często wszak te akurat aspekty islamu są dobre albo przynajmniej bliskie dobru. Podsumowując więc ten wątek naszego omówienia filmu „Kandahar”: oczywiście najprawdopodobniej istnieją na świecie muzułmanie, którzy szczerze szukają woli Bożej i próbują ją realizować na tyle na ile ją poznają i nie ma nic niczego złego w pokazywaniu czy sugerowaniu przez twórców filmowych tej okoliczności; z drugiej jednak strony zabiegiem niebezpiecznym i wątpliwym jest niejako kontrastowanie tego z rzeczywistością islamskich rządów tak, iż widz może w łatwy sposób zinterpretować to w ten sposób, iż niegodziwe są te z ich aspektów, które akurat na takie potępienie nie zasługują. Ujmując to jeszcze w inny sposób: islam nie jest – co do swej istoty i całości – dobry, choć niektórzy jego wyznawcy mogą być dobrymi ludźmi, a to co jest często potępiane w odniesieniu do rządów sprawowanych przez muzułmańskich fundamentalistów, nie musi być akurat złe. Mirosław Salwowski Ps. Grafika została dołączona do poniższego tekstu za następującymi witrynami internetowymi: Filmweb.pl, Movie Insider /.../
  6. Irlandczyk

    Leave a Comment Film opowiada historię Franka „Irlandczyka” Sheerana – gangstera i płatnego mordercy na usługach włoskiej rodziny przestępczej Bufalino. Wydarzenia pokazywane są tu oczami samego Franka, który po latach więzienia zbliża się do kresu swoich dni w „domu spokojnej starości”. Zniedołężniały Sheeran opowiada o swoim pełnym zbrodni życiu, a część z tych zwierzeń ma formę spowiedzi. Z opowieści tych wyłania się obraz powojennej Ameryki, w którym dużo miejsca zajmują przenikające się światy gangsterstwa, polityki i biznesu. Film dotyka też jednej z najważniejszych tajemnic Stanów Zjednoczonych, a mianowicie zaginięcia przywódcy związkowego Jimmego Hoffy. Można powiedzieć, że sprawa Hoffy jest najważniejszym z wątków filmu i jako taka postrzegana jest również przez samego Franka „Irlandczyka” Sheerana. Ów bowiem, mający silne związki z mafią, przywódca związkowy przez lata przyjaźni się z Frankiem i jego rodziną. Do tej więc sprawy w retrospekcjach czy też spowiedzi Irlandczyk będzie powracał najczęściej… „Irlandczyk” oparty jest na książce pod niewinnie brzmiącym tytułem: „Słyszałem, że malujesz domy”. Ta lektura jest zapisem rozmów, które przeprowadził Charles Brandt z bliskim już śmierci działaczem związkowym, a jednocześnie mafiosem i zabójcą na zlecenie – Frankiem „Irlandczykiem” Sheeranem. Człowiek ten pomimo swojego irlandzkiego pochodzenia pracował przez lata dla włoskiej mafii, a prokurator Giuliani zaliczał go nawet do grupy jej najważniejszych członków. Warto jednak zaznaczyć, iż niniejsza recenzja nie dotyczy książki, a jedynie filmu. Nie mniej warto wspomnieć, że „Irlandczyk” oparty jest na rzeczywistych wspomnieniach przestępcy, które zostały zapisane, a może nawet „wydobyte” przez jego rozmówcę – Charlesa Brandta, któremu nie obce były techniki przesłuchań. A zatem, biorąc nawet poprawkę na to, iż w filmie pewne rzeczy z tej historii oddane mogą być w sposób skrótowy czy uproszczony, to jednak widzowie mogą się spodziewać, że pokazuje on zasadniczo prawdziwe zdarzenia. Można więc powiedzieć, że film ten ma pewną wartość edukacyjną. Warto także zwrócić uwagę na tytuł książki -„Słyszałem, że malujesz domy”, który to później pada też w filmie „Irlandczyk”. Zdanie to kieruje mianowicie do Sheerana przywódca związkowy Hoffa przy ich pierwszym spotkaniu. Pod tym niewinnie brzmiącym określeniem kryje się mordowanie ludzi na zlecenie w taki sposób, by krew ofiar tryskała na ściany. Zdanie to w dużym stopniu oddaje ducha ludzi, z którymi mamy tutaj do czynienia, zawierając w sobie zimne okrucieństwo i brutalność, połączone z zakłamaniem. Zaznacza też, że wielu nieraz znanych, wpływowych, a nawet szanowanych obywateli USA dobrze wiedziało, z kim wchodzi w układy. Przechodząc do samego filmu, trzeba powiedzieć na początku, że „Irlandczyk” może być dla części widzów pozytywnym zaskoczeniem. Wszak po historii opowiadanej z punktu widzenia mafiosa można się było spodziewać wiele złego. Takim złem mogła być chociażby jakaś forma uatrakcyjniania „profesji” płatnego mordercy czy też samej mafii. W filmach poświęconych zorganizowanej przestępczości nieraz przecież widzimy głównego bohatera przedstawianego w taki sposób, by widz jakoś z nim sympatyzował, czy nawet podziwiał za pewne cechy (typu błyskotliwa inteligencja, wyjątkowa odwaga, a nawet takie błahostki jak ciekawa stylizacja). Sama mafia również już nieraz bywała przedstawiana wręcz jako ostoja tradycyjnych rodzinnych wartości. Wbrew takim uzasadnionym obawom „Irlandczyk” daleki jest od wszelkich prób koloryzowania czy to całej włoskiej mafii, czy poszczególnych przestępców z nią związanych. Obraz zorganizowanej przestępczości daleki jest tutaj od atrakcyjności, wręcz przeciwnie raczej może zniechęcać do wchodzenia na podobną drogę. Wydźwięk, zwłaszcza drugiej połowy, „Irlandczyka” jest taki, że w zasadzie poza pieniędzmi (i to nie zawsze) członkowie mafii nic nie zyskują. A z tych pieniędzy, o ile uda im się dożyć starości, mają taki pożytek, że mogą sobie kupić „wypasioną” trumnę. Frank „Irlandczyk” Sheeran zanim dojdzie do kresu swoich dni, po drodze straci też wszystko, co było dla niego ważne: miłość i szacunek dzieci, przyjaźń i wolność. To ogólne wrażenie, jakie wywiera film, iż droga zbrodni często nie popłaca już w doczesnym życiu, bardzo wzmacnia pewien prosty zabieg, który należy zdecydowanie pochwalić, a mianowicie chyba przy większości prezentowanych postaci ukazuje się krótka wzmianka o tym, kiedy i jak zginęli. I okazuje się, że niewielu zmarło śmiercią naturalną, większość zaś zamordowana przez podobnych sobie bandytów. Można więc powiedzieć, iż film ten niejako przestrzega przed wchodzeniem na drogę zbrodni. Pewną zaletą filmu jest też to, że pokazuje też drogę Irlandczyka do stania się płatnym mordercom na usługach mafii. Istotnym punktem na tej drodze jest dokonywanie na rozkaz dowódca bezprawnych egzekucji na niemieckich żołnierzach w czasie II wojny światowej. Później w czasie pokoju Sheeran dopuszcza się też innych przestępstw, poczynając od kradzieży w zakładzie pracy, wymuszeń, pobić. Wreszcie staje się płatnym mordercą, który, na rozkaz zabije nawet swojego przyjaciela. Warto też wspomnieć, że jest to jeden z nielicznych obrazów filmowych, w którym dużo miejsca poświęca się starości. Starość jest tutaj pokazana jako bardzo ważny etap życia, gdyż niejako odziera człowieka z różnych złudzeń, próżności, zadufania we własne siły. Zmusza też oczywiście do różnych refleksji nad swoim życiem, od których nieraz człowiek skutecznie uciekał przez wiele lat. Jak pokazuje film na starość nieraz ludzie którzy budzili grozę, stają się po prostu śmieszni, by nie powiedzieć żałośni. Ten etap życia w naturalny sposób skłania też do rozważań nad śmiercią i nad tym, co po niej. W filmie mamy tego może krótki, ale dość wyrazisty, przykład w spowiedzi Irlandczyka. W scenie rozmowy z księdzem pojawia się tu dość ciekawa i celowo niedomknięta rozmowa na temat tego, co właściwie oznacza żal za grzechy. Jeśli chodzi o negatywne strony filmu, to nie sposób pominąć tu masy wulgaryzmów, które padają z ust aktorów. Ktoś może oczywiście powiedzieć, że jest to jedynie oddanie prawdy o pokazywanych w tej produkcji postaciach. Jest to jednak dość naciągane usprawiedliwienie, gdyż nie wszystkie złe rzeczy powinny być pokazywane na ekranach dosłownie i nieraz wystarczy większa inwencja reżysera, by dane zło zasugerować, nie epatując nim widza. Na domiar złego wulgaryzmy tu zawarte nawiązują często do perwersyjnych czynności seksualnych. Z drugiej strony nie ma w tym filmie takich wad, których można się było obawiać ze względu na jego tematykę – przemoc nie jest aż tak obfita i nie sprawia wrażenia pokazywanej dla zabawienia widza, nadto nie ma tu żadnych scen seksu czy lubieżności (mimo że np. romans głównego bohatera dawałby ku temu pretekst). Inną poważną wątpliwością związaną z „Irlandczykiem” jest jego, jakby nie było, przynależność do kategorii kina gangsterskiego. Ten rodzaj kina zaś z reguły nie jest godzien polecenia, gdyż czyniąc z przestępców czy wręcz zbrodniarzy głównych bohaterów odwraca niejako właściwy porządek rzeczy. Z zasady bowiem lepiej jest, gdy, oglądając kryminalną historię, widz skupia się np. na kibicowaniu działaniom policji czy współczuciu ofiarom. Z drugiej strony, może ktoś powiedzieć, iż takie odwrócenie zaowocowało w literaturze choćby jedną z najbardziej wartościowych moralnie powieści, czyli „Zbrodnią i karą” Dostojewskiego. Problem w tym, że sztuka filmowa jest, rzec można, bardziej nachalna w przekazie i mniej skłaniająca odbiorcę do osobistej refleksji niż literatura. Podsumowując, choć z bardzo poważnymi wątpliwościami, oceniamy jednak film pozytywnie ze względu na jego ogólny przekaz, a po części też ze względu na bardziej umiarkowane posługiwanie się tu przemocą niż można by się spodziewać, a także brak obscenicznych scen. Niemniej jest to produkcja, którą polecamy ze sporą ostrożnością jedynie dojrzałym widzom, którzy nie mają zbytniej skłonności do posługiwania się wulgarną mową, czy usprawiedliwiania tego zjawiska. Jednocześnie zastrzegamy, że film ten stanowi raczej pozytywny wyjątek na tle całości kina gangsterskiego, od którego z reguły lepiej trzymać się z daleka. Marzena Salwowska Grafika dołączona została do powyższej recenzji za witrynami internetowymi: Filmweb, CNN /.../
  7. Oppenheimer

    Leave a Comment Najnowszy film Christophera Nolana stanowi biografię amerykańskiego fizyka pochodzenia żydowskiego, Roberta Oppenheimera, który jako jeden z pierwszych naukowców w Stanach Zjednoczonych rozwijał nową dziedzinę wiedzy, jaką była fizyka kwantowa, a w czasie II wojny światowej kierował rządowym Projektem Manhattan, walnie przyczyniając się do wynalezienia bomby atomowej. Twórcy przedstawiają jego historię ukazując dwa przesłuchania. Podczas pierwszego z nich sam Oppenheimer zeznaje przed komisją, mającą za zadanie zweryfikować czy zasadnym było odebranie mu dostępu do tajnych dokumentów państwowych. Podczas drugiego, odbywającego się kilka lat później, senacka komisja bada czy admirał Lewis Strauss – przeciwnik Oppenheimera i inicjator odebrania mu wspomnianego dostępu – powinien zasiadać w rządzie USA. Z przesłuchaniami tymi powiązane są rozbudowane retrospekcje ukazujące życie Oppenheimera. Na płaszczyźnie moralnej omawiane dzieło zawiera kilka zalet, które sprawiają, że warte jest ono obejrzenia. W pierwszej kolejności wskazać należy na zaznaczenie omylności uczonych. Przedstawieni naukowcy, mimo dysponowania ponadprzeciętną wiedzą na temat zgłębianych przez siebie zagadnień, popełniają bowiem czasami poważne błędy. Na przykład tytułowy bohater, późniejszy „ojciec bomby atomowej”, jest początkowo na podstawie swych obliczeń przekonany, że rozbicie atomu na mniejsze cząstki, na którym bazuje działanie takiej bomby, jest niemożliwe. Później zaś powstaje między uczonymi różnica zdań co do tego, czy detonacja chociażby jednej bomby jądrowej nie spowoduje reakcji łańcuchowej prowadzącej do zapłonu gazów w atmosferze i w konsekwencji do zniszczenia życia na całej Ziemi. W obu przypadkach na uzyskanie odpowiedzi pozwalają dopiero stosowne eksperymenty. To wszystko prowadzi do wniosku o potrzebie zachowywania pewnego zdrowego dystansu wobec twierdzeń naukowych, zwłaszcza gdy nie są one jeszcze należycie zweryfikowane. Na uznanie zasługuje także ukazanie bezpośredniego zabijania w czasie wojny ludności cywilnej w zasadniczo negatywnym świetle. Wprawdzie pojawiają się w filmie twierdzenia, iż zniszczenie przez Amerykanów japońskich miast Hiroszimy i Nagasaki przybliżyło zapewne koniec wojny i zmniejszyło liczbę jej ofiar, która byłaby wyższa w razie przeprowadzenia inwazji z użyciem broni konwencjonalnej. Jednak przyczynienie się do czynów wewnętrznie złych i stanowiących materię grzechu śmiertelnego, to jest do dwóch masowych zabójstw, których zgodnie z katolicką moralnością nie da się usprawiedliwić jako środków uświęconych przez cel, staje się u głównego bohatera źródłem poważnych wyrzutów sumienia, które twórcy ukazują jako zasadne i przeciwstawiają bezwzględnej postawie prezentowanej w tej kwestii np. przez prezydenta USA Harry’ego Trumana. Inną zaletą filmu jest ukazanie marności czysto ludzkich wysiłków na rzecz zapewnienia światu nieprzemijającego szczęścia. Początkowe nadzieje uczonych, że stworzenie broni masowego rażenia pozwoli na zakończenie wszystkich wojen (zmuszając państwa do powstrzymania się od konfliktów poprzez groźbę całkowitego wzajemnego wyniszczenia), zostają bowiem zawiedzione. Oppenheimer zdaje sobie w omawianym dziele sprawę, że w razie potrzeby państwa są jednak w stanie użyć bomb atomowych i że wbrew swym intencjom rozpoczął on wyścig zbrojeń, który zamiast trwałego pokoju może przynieść ludzkości zagładę. To potwierdza biblijną przestrogę przed zbytnim ufaniem swemu rozumowi: „Miej ufność w Panu ze wszystkiego serca swego, a nie polegaj na roztropności twojej” (Prz 3, 5). Innym aspektem filmu zasługującym na docenienie jest zaznaczenie potrzeby uczciwego osądzania innych, powstrzymania się od oszczerstwa, pochopnego osądu i zemsty. Wiedziony wspomnianymi wyrzutami sumienia oraz zawiedziony co do swych nadziei na pokój Oppenheimer angażuje się po zakończeniu wojny w działania przeciwko rozbudowie arsenału atomowego, przez co popada w konflikt z jej promotorem, admirałem Straussem. Ten ostatni, chcąc zaszkodzić swemu oponentowi, jak wyżej zaznaczono, doprowadza do pozbawienia go dostępu do tajnych dokumentów państwowych, do czego wykorzystuje pewne jego powiązania z ruchem komunistycznym. Powiązania te jednak, jak ukazują twórcy, ograniczały się głównie do znajomości Oppenheimera z przedstawicielami tego ruchu i zainteresowania niektórymi głoszonymi przez nich ideami, nie wiązały się natomiast np. ze wstąpieniem do partii czy zdradzaniem chronionych prawnie tajemnic. Wątek ten wyraźnie ukazuje zatem niszczącą siłę fałszywego świadectwa oraz dokonywanego na własną rękę i dla prywatnych celów odwetu. Jeżeli chodzi o zastrzeżenia wobec filmu, to wskazać należy na pewną ilość wulgaryzmów, jak również na (nietypową dla produkcji w reżyserii Christophera Nolana, który zawsze był w tej dziedzinie powściągliwy) obecność dwóch raczej krótkich, ale dość prowokacyjnych scen erotycznych, osadzonych w kontekście romansu Oppenheimera z amerykańską lekarką, psychiatrą Jean Tatlock. Sceny te, jak i sposób ich poprowadzenia, nie wnoszą zbyt wiele do fabuły, co tym bardziej rodzi pytanie o zasadność ich kręcenia. Dodać przy tym należy, że wspomniany romans nie był jedyną niemoralnością, której dopuścił się główny bohater, gdyż ogólnie był on człowiekiem skłonnym do grzechów przeciw VI przykazaniu (mowa jest w filmie, iż dopuszczał się on cudzołóstwa z dwiema mężatkami, z których jedna po rozwodzie wzięła z nim ślub), jak również nieraz cechowało go psychiczne niezrównoważenie (usiłował zabić swego wykładowcę Patricka Blacketta poprzez wstrzyknięcie cyjanku potasu do jego jabłka, po tym jak Blackett go zdenerwował). Jednak co do zrelacjonowania tych grzechów nie zachodzi realna obawa odniesienia szkody duchowej przez zdecydowaną większość widzów, bo czyny owe są jedynie sucho zrelacjonowane, nie jest wokół nich budowany klimat akceptacji, a ich przedstawienie jest bardzo oględne (w przypadku cudzołóstwa opiera się ono wręcz tylko na dialogach, w których przewija się jego temat). Podsumowując – uznać można, że najnowszy film Christophera Nolana zasługuje na pozytywną ocenę z uwagi na wartościowe wskazania moralne, jakie przekazuje. Nosi jednak na sobie pewne rysy, jeśli chodzi o formę relacjonowania niektórych niemoralności. Stąd warto film ten obejrzeć z zachowaniem odpowiedniej ostrożności. Michał Jedynak Ps. Grafika dołączona została do powyższego tekstu za następującymi witrynami internetowymi: Filmweb.pl, Historia.org /.../
  8. 1670 (serial TV)

    Leave a Comment Ta nowa produkcja Netflixa jest satyrycznym spojrzeniem na 17-wieczną polską szlachtę, jak i relacje zachodzące pomiędzy takową a innymi warstwami społecznymi (głównie chłopami, ale również mieszczanami). Przy tej okazji twórcy owego serialu przemycili też szereg łatwych do odczytania odniesień względem otaczającej nas aktualnie rzeczywistości. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej serial pt. „1670” nie jest bardzo łatwy do pozytywnego lub negatywnego ocenienia, acz ostatecznie uznałem, iż zasługuje on jednak na notę „-1” (a więc „Wyraźnie niebezpieczny albo dwuznaczny„). Choć bowiem jego zaletą jest przeprowadzana w humorystyczny sposób krytyka różnych tak sarmackich, jak i bardziej „tradycyjnie polskich”, a także „klerykalnych” (patrz: postać ks. Jakuba Adamczewskiego) wad w rodzaju chciwości, kłótliwości czy pijaństwa, to jednak jest to przy tym bardzo mocno przemieszane z życzliwymi aluzjami wobec ideologii LGBT. Ponadto jeden z wątków tej produkcji może być interpretowany albo jako wsparcie dla swego rodzaju sceptycyzmu religijnego albo też indyferentyzmu w tej sferze – obie postawy są zaś błędne i nie zasługują na pochwałę. Co więcej, odnosimy przy tym wrażenie, iż tak słuszna satyra na nasze polskie wady narodowe, jak i wsparcie dla pewnych grzechów oraz wad są w tym serialu oferowane niczym w nierozłącznym pakiecie. Gwoli ścisłości: nie twierdzimy, iż niniejsza interpretacja przesłania mającego stać za ową nową produkcją Netflixa jest z pewnością nieomylna, a oglądanie jej bez ważnej potrzeby stanowi materię grzechu. Po prostu, taka jest moja opinia na ów temat, a przy zapoznawaniu się z poszczególnymi dziełami popkultury ostrożność jest zwykle bardziej wskazana aniżeli nadmiar beztroski. Mirosław Salwowski Ps. Grafika dołączona została do powyższego tekstu za następującymi źródłami: Filmweb.pl, Robert Pałka/Netflix /.../
  9. Recepta na święta

    Leave a Comment Film ten opowiada o Vanessie, ambitnej pani doktor, która przyjeżdża do rodzinnego domu na święta Bożego Narodzenia. W tym przedświątecznym i świątecznym czasie Vanessa stanie przed dylematem odnoszącym się do rozwoju jej kariery zawodowej, a także jej osobistego (romantycznego) życia. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej produkcja ta jest miłą (choć jednak „przesłodzoną”) opowieścią o ważności takich tradycyjnych cnót i wartości jak rodzina, małżeństwo, miłość bliźniego, rzetelne wykonywanie swych obowiązków. Nie uświadczy się też w niej żadnego seksu, obsceniczności, wulgarności, przemocy czy specjalnego eksponowania nieskromności (choć nie do końca przyzwoite stroje są w niej pokazane). Jedynie na końcu owego filmu znajdziemy scenę niezbyt przyzwoicie wyglądającego pocałunku pomiędzy niepoślubioną parą – ale jest ona dość krótka i ponadto trudno taką jedną scenę porównywać z natężeniem i ciężarem gatunkowym tego, co pod tym względem można obejrzeć w raczej większej części współczesnego przemysłu filmowego. Jeśli więc mamy już coś w tym filmie krytykować, to jest to przede wszystkim to, czego w nim nie ma. Nie ma zaś w nim jakichś bardziej wyraźnych i bezpośrednich odniesień do samego sedna Bożego Narodzenia, a więc osoby naszego Pana i Zbawcy Jezusa Chrystusa. Ta okoliczność jednak razi, gdy zważy się, że ów film jednak nawiązuje do okresu owych świąt. Odnośnie zaś wątku, który jest obecny w omawianym obrazie, a który raczej zasługuje na naszą przyganę, to należy tu wymienić przychylnie pokazany zwyczaj okłamywania dzieci polegający na wmawianiu im, iż rzekomo sam św. Mikołaj (w kulturze amerykańskiej nazywany „Santa Claus”) przychodzi i zostawia im prezenty. Nie kwestionując, iż za owym zwyczajem kryją się dobre intencje, to na płaszczyźnie obiektywnej należy ocenić go jako moralnie naganny. W celu zapoznania się z bardziej szczegółową argumentacją przemawiającą przeciw tego rodzaju wprowadzaniu w błąd dzieci, zachęcamy do zapoznania się z poniżej linkowanymi artykułami i materiałami filmowymi: http://edwardfeser.blogspot.com/2010/11/there-is-no-santa-clause.html https://salwowski.net/2019/12/06/piec-powodow-dla-ktorych-klamstwa-o-sw-mikolaju-sa-grzeszne/ Pomimo jednak powyższych zastrzeżeń, polecamy zapoznanie się z filmem pt. „Recepta na święta”. Mirosław Salwowski Ps. Powyżej opisany film można legalnie obejrzeć pod następującym linkiem internetowym: https://katoflix.pl/film/recepta-na-swieta *** Grafika dołączona do powyższego tekstu została za następującymi stronami: Filmweb.pl, Canal Plus /.../
  10. To wspaniałe życie

    Leave a Comment Ten „bożonarodzeniowy klasyk” opowiada o Georgu Baileyu, który postanawia popełnić samobójstwo po tym jak popadł w poważne tarapaty finansowe. Z pomocą przychodzi mu jednak zesłany przez Boga anioł Józef, który pokazuje Georgowi, jak otaczająca go rzeczywistość wyglądałby w sytuacji, gdyby nie przyszedł on na ten świat. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej film ten jest oczywiście wart polecenia, gdyż w przychylny sposób ukazuje nam takie z tradycyjnie chrześcijańskich cnót i wartości jak: wiara w Boga, modlitwa, dobroczynność, pomoc bliźniemu, rodzina i małżeństwo. Co więcej, jako że produkcja ta była kręcona w czasach „starego, dobrego” Kodeksu Haysa to nie uświadczy się w niej seksu, obsceniczności, nagości, wulgarnej mowy czy zbyt naturalistycznie lub „rozrywkowo” pokazywanej przemocy. Tytułem zastrzeżeń, jakie można sformułować względem tego filmu, to należy się w tym miejscu odnieść się do scen, w których w tonie zbyt humorystycznym żeńska nagość jest sugerowana (acz nie pokazywana). Myślę również, iż sceny w których ukazuje się pozamałżeńskie tańce damsko-męskie są utrzymane w co najmniej neutralnym, jeśli nie życzliwym wobec nich kontekście – co rzecz jasna na naszą pochwałę nie może zasługiwać. Należy w tym miejscu wspomnieć także o kontrowersyjnym doktrynalnie przedstawianiu świata aniołów – występujący w filmie anioł Józef ukazany jest jako istota pod kątem psychologicznym wyraźnie niedoskonała. Ten wątek omawianej produkcji być może należy potraktować jako swego rodzaju humorystyczne „antropomorfizowanie” owego zagadnienia. Ostatecznie zaś biorąc, mowa jest tu o ułomnościach owego anioła, które nie mają charakteru stricte moralnego, a zatem autorzy filmu nie zasugerowali w ten sposób, iż posłuszne Bogu anioły są również grzesznikami (co oczywiście byłoby już co najmniej skrajnie wątpliwą rzeczą). Podsumowując: nasze doktrynalne i moralne zastrzeżenia wobec filmu „To wspaniałe życie” nie mają raczej poważniejszego charakteru i w żaden bardziej wyraźny sposób nie przyćmiewają one wspaniałego oraz tradycyjnie chrześcijańskiego jego przesłania. Polecamy zatem obejrzenie owego obrazu – zwłaszcza w nadchodzącym czasie przygotowywania się i obchodzenia świąt narodzenia naszego Pana i Zbawcy Jezusa Chrystusa. Mirosław Salwowski *** Grafika dołączona została do powyższego tekstu za następującymi stronami internetowymi: www.filmweb.pl, www.teleman.pl /.../