Tag Archive: inspirowany sztuką teatralną

  1. Blue Jasmine

    Leave a Comment „Blue Jasmine” to opowieść inspirowana słynną, klasyczną już sztuką Tennesee Williamsa – „Tramwaj zwany pożądaniem”. W tej, humorystycznej i gorzkiej zarazem, wariacji na temat sztuki Williamsa, Blanche zostaje zastąpiona przez Jasmine. Jest to elegancka, acz nieco zmanierowana neurotyczka, żyjąca w odurzających oparach dawnej świetności i blichtru. Jasmine jeszcze do niedawna należała do nowojorskich elit, dziś to wdowa po defraudancie – samobójcy, bez grosza przy duszy, która nie mając innych możliwości pomieszkuje „kątem” u swojej przybranej siostry w San Francisco. Film ten, mimo że prezentuje bardzo zeświecczone i humanistyczne spojrzenie na świat i ludzi, zawiera kilka cennych lekcji moralnych, które można uznać za bardzo bliskie myśli chrześcijańskiej, co sprawia, że, choć w umiarkowanym stopniu i z wyraźnymi zastrzeżeniami, można go ocenić pozytywnie. Jakież to więc lekcje moralne może zaoferować widzowi „Blue Jasmine”? Po pierwsze na przykładzie głównej bohaterki pokazuje, jak niebezpieczne jest życie przeszłością i wypieranie rzeczywistości, połączone z ciągłym niezadowoleniem i brakiem wdzięczności za te dobra, którymi teraz możemy się cieszyć. Co jeszcze ważniejsze, ilustruje, jak zgubne i destrukcyjne jest przymykanie oczu na zło, zwłaszcza jeżeli jest to zło czynione przez najbliższe nam osoby. W licznych retrospekcjach widzimy bowiem, jak Jasmine jako „żona idealna” pomaga budować wizerunek swojego męża (przez co go uwiarygadnia), mimo że co najmniej podejrzewa, iż jest on oszustem defraudującym pieniądze ludzi, którzy mu zaufali (okrada nawet siostrę Jasmine i jej męża). Dalej, mamy tu pokazane jak niszczące może być wszelkie działanie, którego motywem jest gniew i pragnienie zemsty, nawet wtedy, gdy bezpośrednią konsekwencją tego działania jest ujawnienie prawdy i ukaranie złoczyńcy. Na marginesie, warto też zauważyć pewien ciekawy aspekt ukazywanych tu relacji damsko -męskich. Chociaż bowiem trudno podejrzewać reżysera o jakąś wyraźniejszą sympatię dla tradycyjnie chrześcijańskiego podejścia do tego tematu, to rozwój wypadków w filmie pokazuje wyraźnie, że skrajną głupotą i naiwnością jest wchodzenie w intymne (seksualnie) relacje z kimś, kogo się ledwie zna i oczekiwanie, że coś dobrego może z tego wyniknąć. Warto też zauważyć, że zdrada małżeńska jest tu pokazywana w wyraźnie negatywnym świetle jako coś, co nigdy nie jest „błahostką,” lecz zawsze bardzo rani zdradzaną osobę. Ostatnią zaś lekcją jaką daje film, jest to, że nie warto oszukiwać drugiej osoby i nie stworzy się prawdziwej relacji na kłamstwach. Jeśli chodzi o negatywną stronę filmu, to jest nią przede wszystkim bardzo humanistyczne spojrzenie na człowieka, które nie uwzględnia w nim żadnej potrzeby odniesienia do Boga ani do kwestii grzechu, czy potrzeby zbawienia. W tym filmie jest to tym bardziej uderzające, że przecież dotyczy on w sposób szczególny grzechu i jego destrukcyjnych skutków. Dla jasności, obraz ten w żaden sposób nie jest rodzajem kina antychrześcijańskiego, po prostu jest całkowicie obojętny wobec chrześcijaństwa. Stąd też zapewne biorą się inne wady filmu, takie, jak na przykład, przyjmowanie za oczywistość intymnych relacji pozamałżeńskich (osób wolnych). Inną konsekwencją takiej perspektywy jest zapewne dołujący klimat filmu. Trudno zresztą spodziewać się po produkcji, która jest całkowicie humanistyczna i pozbawiona wszelkich odniesień do Ewangelii, że będzie niosła człowiekowi jakąkolwiek nadzieję – tam, gdzie nie ma Dobrej Nowiny, próżno też szukać prawdziwej nadziei. Marzena Salwowska /.../