Tag Archive: horroru i komedii

  1. Bulwar Zachodzącego Słońca

    Leave a Comment Joe Gillis to młody, utalentowany pisarz, który tak jak wielu mu podobnych przybył do Hollywood, by podbić Fabrykę Snów jako scenarzysta. To jednak okazuje się niełatwym zadaniem. Joe wprawdzie sprawdza się jako scenarzysta filmów klasy B, jednakże ostatnio nęka go zła passa – wytwórnie odrzucają wszystkie jego pomysły. Gillis myśli już o powrocie do rodzinnego miasta i do pracy w redakcji lokalnej gazety. Jednakże przez zbieg różnych okoliczności nadarza się mu szansa dobrze płatnej pracy. Otóż dawna gwiazda kina niemego – Norma Desmond namawia go, by zajął się redakcją jej scenariusza do filmu o Salome. 50-letnia kobieta planuje bowiem swój wielki powrót na ekrany rolą młodziutkiej żydowskiej księżniczki. Norma wymusza też na młodym mężczyźnie, by pracował i mieszkał w jej wielkiej i niemal pustej rezydencji. Joemu niezbyt podoba się ten pomysł, ale bardzo potrzebuje pieniędzy. Wkrótce też, po części z litości, po części dla wygody i materialnych korzyści, wikła się w romans z Normą … Mimo że od premiery tego filmu minęło prawie 70 lat, to nie zestarzał się on, ani nie stracił na aktualności. Kluczową dla filmu postacią jest Norma Desmond. Mimo że nie jest to starsza osoba, lecz kobieta raczej w średnim wieku, to jej życie tak naprawdę skończyło się już 20 lat wcześniej, wraz z końcem epoki niemego kina. Od lat bowiem wybiera ona karmienie się złudzeniami, które podtrzymuje dla niej bezgranicznie oddany kamerdyner Max, niż próbę odnalezienia się w nowej rzeczywistości. Dlaczego takiego wyboru dokonuje kobieta w kwiecie wieku, która pewnie wiele mogłaby robić w swoim życiu? Odpowiedzią jest tu zapewne jedno słowo – pycha. Norma jest bowiem tak przywiązana do swojego hollywoodzkiego wizerunku gwiazdy, że nawet w życiu codziennym jej mimika i gesty są jakby żywcem wyjęte z kina niemego. Jej rezydencja wypełniona jest zdjęciami z czasów świetności, a jej ulubioną rozrywką jest oglądanie filmów ze swoim własnym udziałem. Norma woli hołubić resztki starego życia niż budować nowe, bo dobrze wie, że nic nie jest w stanie tak nasycić jej przywykłego do ubóstwiania ego jak Hollywood. Dlatego ciągle łudzi się, że jeszcze powróci w glorii do Fabryki Snów. Jej wysiłki w tym celu skazane są jednak na niepowodzenie, nie tyle nawet z powodu wieku Normy, ile tego, że nie rozumie ona współczesnego kina i zmian, które w nim zaszły. Dawna gwiazda uważa, że ona jest nadal wielka, ale „kino stało się małe”. Zapewne można zaryzykować tezę, że w zestawieniu postaci młodego scenarzysty z wyblakłą gwiazdą niemego kina twórcy filmu dają wyraz starciu dwóch koncepcji kina. Jest to starcie nowego bardziej realistycznego, szczerego i bliższego problemom przeciętnego widza filmu z „kinem na koturnach” – przerysowanym, heroiczny i oderwanym od rzeczywistości. Łatwo można wyczuć, że sympatia reżysera i scenarzystów jest raczej po stronie tego pierwszego rodzaju kina. Jest tu wyraźna sugestia, że epoka kina niemego przeminęła nie tylko przez wynalazek dźwięku, ale też dlatego, że było ono sztuczne i pompatyczne jak sama Norma Desmond. Chociaż również w postawie Normy twórcy filmu zdają się dostrzegać pewną wartość. Zwraca ona bowiem uwagę na fakt, że wielu widzów oczekuje od sztuki nie tylko odwzorowywania rzeczywistości, ale raczej czegoś, co tę rzeczywistość przerasta, a także heroicznych postaci. Film ten zatem oprócz dylematów moralnych pokazuje nam ciekawe rozważania co do istoty i roli kina. Czyni to jednak w sposób naturalny, z wdziękiem i ironią, ale bez cynizmu. Obraz ten może być nadto ostrzeżeniem nie tylko przed życiem przeszłością i złudzeniami, popadaniem w pychę, egoizm i samoubóstwienie, ale też przed wikłaniem się w pozamałżeńskie relacje erotyczne. Mamy tu też pozytywny (choć z pewnym zastrzeżeniem) wątek poświęcenia osobistego szczęścia dla ukochanej. Bohater filmu przedstawia bowiem ukochanej swoją sytuację i osobę w jeszcze gorszym świetle niż ma to miejsce w rzeczywistości, po to by wybrała ona innego mężczyznę, którego uważa on za znacznie lepszego od siebie. Zastrzeżeniem wobec filmu, może być to, że jest to forma „białego kłamstwa”. Z drugiej strony, to poświęcenie przez kłamstwo nie prowadzi wcale do pozytywnego obrotu zdarzeń, trudno więc powiedzieć, czy jest tu ono pochwalane jako dobry środek działania. W każdym razie film jest świetnym obrazem uwikłania w grzeszne i destrukcyjne relacje, w których jedna osoba manipuluje psychicznie, druga czerpie materialne korzyści, a i tak obie na tym tracą. Polecamy zatem tę wciąż młodą i aktualną klasykę amerykańskiego kina. Marzena Salwowska kinetoskop.pl /.../