Tag Archive: filmy o Wietnamie

  1. Łowca jeleni

    Leave a Comment Akcja filmu rozpoczyna się w małym miasteczku w Pensylwanii w czasach największego zaangażowania USA w konflikt w Wietnamie. Mike, tytułowy „łowca jeleni” i jego przyjaciele wraz z resztą mieszkańców Clairton szykują się do ślubu Stevena i Angeli. To wydarzenie ma być jednocześnie „imprezą pożegnalną” dla Mikea, Nicka i Stevena, którzy dostali powołanie do służby woskowej w Wietnamie. Przed ślubem młodej pary i wyjazdem na front przyjaciele spotykają się jeszcze na ostatnim wspólnym polowaniu na jelenie. Później oglądamy wesele Stevena i Angeli, na którego tle ukazuje się nam też wzajemne zakochanie Nicka i Lindy i skrywana miłość, jaką Mick żywi do wybranki najbliższego przyjaciela. Wkrótce po tych scenach akcja filmu przenosi nas do Wietnamu, koncentrując uwagę na wydarzeniach, które odcisną trwałe piętno na poszczególnych bohaterach filmu. Pioner Cinema Ten klasyk z 1974 roku, który na trwałe zapisał się w historii kina, po latach wciąż może urzekać doskonałością reżyserii, scenariusza, gry aktorskiej, zdjęć czy muzyki. Zachwycać może też spójność, z jaką jego twórcy łączą epicki rozmach ze skupieniem na poszczególnych bohaterach, brak patosu ze wzniosłością, czy intensywność emocji z chłodniejszym spojrzeniem. Pod względem artystycznym trudno byłoby chyba postawić temu filmowi jakieś poważniejsze zarzuty. Niestety gorzej sprawa ma się z moralną oceną tego obrazu. Tu już można wysunąć sporo poważnych zarzutów. Dlatego też, pomimo wielu dobrych moralnie i światopoglądowo punktów filmu (o czym mowa później), przyznajemy „Łowcy jeleni” jedynie najniższą z pozytywnych ocen na naszym portalu, czyli +1. Przede wszystkim należy ostrzec, że nie jest to z pewnością film dla bardzo młodych widzów, niedojrzałych, czy ten takich, którym brakuje emocjonalnej równowagi. A to ze względu na ogromną intensywność niektórych scen, zwłaszcza tych z tzw. rosyjską ruletką. Zdaje się, że lepiej byłoby, gdyby te sceny zostały osłabione kosztem artystycznego przekazu, w myśl zasady, że dobro widza jest ważniejsze niż dobra scena. Inną wadą filmu jest to, że zdaje się on pokazywać pewne grzechy, których dopuszczają się jego bohaterowie w zbyt lekki sposób czy wręcz jako przejaw „radości życia w czasach pokoju”. Chodzi tu przede wszystkim o pijaństwo, sprośne rozmowy, nieprzyzwoite tańce i pożycie przedmałżeńskie. Co gorsza, jeśli chodzi o nadużywanie alkoholu, to wydaje się ono stałym elementem „dobrej zabawy” dla bohaterów. Widzimy ich zataczających się, jest nawet scena, w której upojony Mike biega całkiem nago po mieście. Stąd przechodzimy do kolejnego ważnego mankamentu filmu, jakim jest pokazywanie nagości. W dwóch przypadkach chodzi tu o męską nagość, wprawdzie pokazywaną z lekkiego oddalenia, ale bez osłonek. W trzecim przypadku mamy do czynienia ze sceną, w której dwie półnagie Wietnamki tańczą sugestywnie w nocnym klubie chętnie odwiedzanym przez żołnierzy. Co gorsza, scena ta jest bezzasadnie dla akcji przedłużana. Widz bowiem jest epatowany widokiem tych dziewcząt jeszcze jakiś czas po tym, kiedy jeden z ważniejszych bohaterów filmu opuścił już klub. Co za tym sprawia, że mimo wszystko oceniamy ten obraz pozytywnie? Jest ku temu sporo argumentów. Po pierwsze, obraz ten prezentuje bardzo trzeźwe – rzecz można tożsame z prawowiernie katolickim nauczaniem na ten temat – podejście do kwestii wojny. Chociaż bowiem wojny są na ogół rzeczą straszną, czymś, czego, o ile to możliwe i od nas zależy, powinniśmy unikać, to istnieje jednak coś takiego jak wojna sprawiedliwa. Reżyser „Łowcy jeleni” ukazując systematyczne okrucieństwo żołnierzy Wietkongu (również wobec bezbronnych cywili), zdaje się podkreślać taki właśnie charakter toczonych przez wojska USA działań wojennych w Wietnamie. Zdarzają się wprawdzie widzowie, którzy odbierają ten film jako antywojenny, jest to chyba jednak mylne wrażenie. Oglądając bowiem instrumentalne okrucieństwo i głęboką demoralizację żołnierzy Wietkongu, widzimy, że to żołnierze amerykańscy, mimo wszelkich indywidualnych grzechów i słabości, są tu nośnikiem lepszej, chrześcijańskiej cywilizacji i nadzieją dla ludności Wietnamu na ocalenie przed zalewem bezbożnego komunizmu. Istotną zaletą filmu jest więc utrwalanie etosu amerykańskiego (czy szerzej powiedziawszy chrześcijańskiego żołnierza), który gotów jest przelewać swoją krew nie tylko za własną ojczyznę i rodaków, ale też walczyć w obronie innych „odleglejszych bliźnich”, jeżeli padają ofiarą niesprawiedliwej napaści. Film Cimino, jako jeden z nielicznych na temat wojny w Wietnamie, pokazuje ją jako traumę Ameryki, ale nie jest wstyd. Mieszkańcy miasteczka nie tylko wyprawiają swoich żołnierzy na wojnę z dumą, ale też z dumą ich witają. Nie wyzywają ich od morderców, nie odwracają się od nich w żaden sposób plecami. Nic więc dziwnego, że film ten spotkał się z takim oburzeniem i oficjalnym bojkotem ze strony przedstawicieli państw bloku socjalistycznego, jak też z mocnym sprzeciwem komunizujących środowisk lewicowych, również w samym Hollywood. Mocną stroną filmu jest też niewątpliwie pokazywanie środowiska, w którym wychowywali się jego bohaterowie. Społeczność ta, sięgająca korzeniami gdzieś carskiej Rosji, mimo swoich wad (skłonność do pijatyk czy tolerowanie nieobyczajności na weselach) wykazuje też wiele zalet, które wprost wywodzą się z jej chrześcijańskiej spuścizny. Mamy tu więc skromnych, pracowitych, serdecznych, lojalnych ludzi, którzy wspierają się nawzajem, kochają swoją amerykańską ojczyznę (zachowując świadomość swoich korzeni), a przede wszystkim mają wiarę w Boga, której się nie wstydzą (jest tu np. długa scena prawosławnej ceremonii zaślubin oraz plakaty odwołujące się do Boga). Wreszcie w filmie tym pięknie pokazane są takie wartości jak przyjaźń, honor czy lojalność. Najważniejszą jednak chyba lekcją, która płynie z filmu do współczesnego widza, jest to, że jak tytułowy bohater do wojny trzeba być zawsze gotowym. Mówiąc bardzo kolokwialnie, lepiej się ze sobą zanadto nie cackać. Mike bowiem dzięki temu, że wiele wymaga od towarzyszy, a jeszcze więcej od siebie, lepiej od przyjaciół radzi sobie na wojnie, jak i po niej, choć oczywiście i na nim odciska się wojenna trauma, jednak, dzięki wcześniejszemu przygotowaniu, w mniejszym stopniu. Na koniec dodajmy, że film ten, mimo wielu bardzo smutnych i poruszających scen, nie jest obrazem do końca pesymistycznym. Ostatecznie niektórzy z bohaterów mają tu swoje happy endy, a miasteczko jako wspólnota, choć poranione, wychodzi z tej wojny zwycięsko. Wspólnota mieszkańców i miłość do ojczyzny zostają bowiem w Clairton umocnione. Marzena Salwowska /.../