Tag Archive: chrześcijańskie recenzje filmowe

  1. Niezwykła wędrówka Harolda Fry

    Leave a Comment Harold Fry to spokojny starszy pan, który mieszka wraz z żoną w domu z ogródkiem na przedmieściach Devon. Pewnego dnia ten emerytowany mężczyzna otrzymuje list od dawnej przyjaciółki z pracy – Queenie Hennessy. Dowiaduje się z niego, że kobieta ma nowotwór i przebywa w hospicjum. Z początku Harold zamierza wyrazić swoje wsparcie przyjaciółce po prostu w formie listu; jednakże w drodze na pocztę, po części pod wpływem nieznajomej dziewczyny (której historią się inspiruje), podejmuje zaskakującą decyzję. Wyrusza w 600-kilometrową drogę z Devon do Berwick-upon-Tweed (tam znajduje się hospicjum, w którym przebywa Queenie). Pan Fry jest przeświadczony, że, dopóki będzie szedł, jego przyjaciółka nie umrze i że owa „pielgrzymka” ją uzdrowi. Główny bohater realizuje swój zamiar właściwie bez namysłu, z początku nie zawiadamiając nawet żony, bez telefonu komórkowego, mając przy sobie tylko rzeczy, które uważa za niezbędne … Film ów zasługuje na uwagę i docenienie jako przykład wartościowego „kina drogi”. Mówiąc bardziej precyzyjnie, obraz ten można nawet określić mianem „kina pielgrzymki”, taki bowiem charakter ma piesza wędrówka głównego bohatera. Choć jest to „pielgrzymka świecka” (o czym będzie mowa później), to zawiera w sobie wiele pozytywnych elementów. Mocno wyeksponowana jest tu m.in. idea oczyszczania duszy poprzez celowy, skonkretyzowany wysiłek. Trud podjętej drogi pozwala bowiem bohaterowi wytrąconemu z codziennej rutyny spojrzeć z dystansem na własne życie, zajrzeć w głąb siebie, rozliczyć się z błędami i grzechami z przeszłości, W czasie tej wędrówki Harold mierzy się też ponownie z największą tragedią swojego życia, z którą nie potrafił poradzić sobie przez ostatnich 25 lat, a która to zbudowała mur pomiędzy nim a jego żoną. Na swojej drodze spotyka też innych ludzi, dla których jest inspiracją, którzy często pomagają mu bezinteresownie, lub którym on sam stara się pomóc. Jednym z ważniejszych aspektów tej wędrówki głównego bohatera jest fakt, że powziął ją z miłości bliźniego Pragnie on bowiem dać swojej przyjaciółce nadzieję i siłę do walki z chorobą, a także zadośćuczynić jej za krzywdę, jaką poniosła (z własnego wyboru) z jego powodu przed laty. Mimo smutnych tematów, które dominują w filmie, jest on też mimo wszystko bardzo optymistyczny. Pokazuje bowiem, że również w starszym wieku można i warto coś zmieniać w życiu na lepsze. Obraz ten kończy się wręcz romantycznym „Happy Endem” (jest to na tyle łatwe do przewidzenia, iż nie trzeba chyba przepraszać za spoiler) – Harold odzyskuje miłość żony, która wręcz zakochuje się w nim na nowo. Jego wysiłek podjęty dla bliźniego, przynosi mu więc też nieoczekiwaną osobistą korzyść. Obok tych głównych pozytywnych wątków, film ten ma jeszcze sporo pomniejszych zalet, z których jako ciekawostkę warto wymienić postać bezpańskiego psa. Zwierzę to przyłącza się jako towarzysz do wędrówki głównego bohatera, idzie z nim większość drogi, a kiedy już wyczuwa, że nie będzie dalej potrzebne, odłącza się od Harolda, by towarzyszyć innej osobie. Jest to o tyle ciekawe, iż choć film nie ma jakiegoś wyraźnego przesłania religijnego, to wątek ten może kojarzyć się z psem towarzyszącym Tobiaszowi Młodszemu w jego długiej pieszej wędrówce (patrz: biblijna Księga Tobiasza). Nadto przywodzi myśl o Bożej Opatrzności, która sprawia, że poddane nam zwierzęta są też nieraz dobrymi i mądrymi towarzyszami w ludzkich trudach. Mimo ogólnie pozytywnego wydźwięku film ten ma niestety również pewne istotne wady. Po pierwsze jest tutaj w miarę dużo wulgarnej mowy, tzn. nie ma jej więcej niż w przeciętnej współczesnej produkcji filmowej, jednakże jest jej więcej, niż byśmy się tego spodziewali, biorąc pod uwagę spokojny klimat tego obrazu. Najpoważniejszym jednak brakiem tego filmu jest parokrotne podkreślanie faktu, iż główny bohater nie interesuje się wiarą w Boga. Nie znaczy to, iż jest zdeklarowanym ateistą czy krytykiem chrześcijaństwa (raczej jak sam mówi, nie bardzo pojmuje sam koncept wiary w Boga). Ten brak wiary głównego bohatera może być o tyle problematyczny, że podejmuje on wędrówkę, którą trudno nazwać inaczej niż pielgrzymką. Tyle że brak odniesienia do Boga w tego rodzaju przedsięwzięciu daje niemiłe poczucie, że w zlaicyzowanej kulturze kolejna rzecz należąca z natury do sacrum zawłaszczana jest przez profanum. Można by też rzec, że gdyby w jakiś sposób dzięki wędrówce i wyrzeczeniom Harolda jego przyjaciółka zupełnie ozdrowiała, to byłby to też rodzaj świeckiego cudu, dokonany dzięki sile dobrej woli człowieka. W całym filmie zresztą pobrzmiewa coś w rodzaju przesadnego humanistycznego przekonania o tym, że ludzie są dobrzy (przesadnego, gdyż nie uwzględnia ono głębokiego zepsucia natury ludzkiej przez grzech pierworodny). Jest tu też miejscami widoczna bezrefleksyjna pobłażliwość dla ludzkich grzechów. Kiedy np. pewien nieznajomy zwierza się głównemu bohaterowi z tego, że najmuje jakiegoś biednego młodego człowieka do świadczenia usług seksualnych, to można odnieść wrażenie, iż w sumie „to nic takiego”. Ba, z perwersji tego mężczyzny (upodobanie do lizania butów chłopaka) wynika nawet dobro, gdyż litując się nad stanem jego obuwia, mężczyzna ten postanawia za namową Harolda kupić chłopakowi nowe buty. Takie tutaj mamy więc niestety „kwiatki”, czego warto być świadomym, wybierając ten film. Niemniej, jeśli chodzi o osoby dorosłe, to choć z poważnymi zastrzeżeniami co do jego wątków pobocznych, można polecać ten film jako opowieść o tym, że nigdy nie jest za późno, by uczynić coś dobrego dla bliźniego, i niejako przy okazji dla siebie samego. Marzena Salwowska Ps. Powyżej opisany film można legalnie obejrzeć pod następującym linkiem internetowym: https://katoflix.pl/film/niezwykla-wedrowka-harolda-fry 23_10_2021_TUPOHF_DG_28.arw /.../
  2. Przysięga Ireny

    Leave a Comment Film ten został oparty na prawdziwej historii z czasów II wojny światowej, kiedy to jedna z polskich niewiast (Irena Gut – w jej roli Sophie Nélisse) ukrywała grupę Żydów w piwnicach posiadłości, której to władanie zostało oddane w ręce starszego już wiekiem niemieckiego oficera (Eduarda Rügemera – grany tu przez Dougraya Scotta). W pewnym momencie Rügemer odkrywa, iż w należącym do niego domu znajdują się Żydzi. Początkowo jest zdruzgotany przez tę wiadomość, potem zaś namawia Irenę do tego, by ta zgodziła się podjąć z nim pozamałżeńskie stosunki seksualne (w zamian za jego współudział w ukrywaniu owych ludzi). Na płaszczyźnie światopoglądowej oraz moralnej ta kinowa produkcja ma z pewnością swe niemałe zalety, którymi są życzliwe pokazywanie takich tradycyjnych cnót jak odwaga, poświęcenie, miłość bliźniego oraz – szczególnie mocno tu zaakcentowany – szacunek również wobec nienarodzonego życia i związany z tym sprzeciw wobec aborcji. Co więcej, wszystkie z tych dobrych rzeczy w pewien, dość wyraźny sposób, zostały powiązane z chrześcijaństwem (w katolickiej wersji), gdyż główna bohaterka jest w filmie pokazana jako gorliwa katoliczka. Jakkolwiek byśmy jednak nie pochwalali i nie doceniali wszystkich tych tradycyjnie chrześcijańskich wartości, które zostały wyeksponowane przez twórców tego filmu, nie możemy pominąć milczeniem jednego z jego innych ważnych wątków, który naszym zdaniem zasługuje na wyraźną krytykę. Chodzi oczywiście o pozamałżeńskie akty seksualne, których dopuszczała się Irena Gut po to, by ratować niewinnych ludzi przed grożącą im śmiercią. Otóż wedle tradycyjnego nauczania katolickiego „Dobry cel nie uświęca środków” – mówiąc zaś bardziej precyzyjnie: nie jest moralnie dozwolone czynienie aktów wewnętrznie złych nawet w celu ratowania życia swojego lub swych bliźnich. Wszelkie zaś pozamałżeńskie akty seksualne są właśnie czynami wewnętrznie złymi, a co za tym idzie, nie ma się moralnego prawa ich popełniać nawet w zamiarze ratowania życia niewinnych ludzi. Więcej na tym podobne tematy można przeczytać „klikając” w poniższe linki: https://salwowski.net/2018/01/27/tradycyjny-absolutyzm-moralny-przeciw-etyce-sytuacyjnej-pytania-i-odpowiedzi/ https://salwowski.net/2024/04/25/czy-irena-gut-postapila-wlasciwie/ Mimo jednak tego powyższego, a bardzo poważnego zastrzeżenia, doceniamy ów film ze względu na inne silnie zarysowane w nim pozytywne wątki. Mirosław Salwowski Ps. Grafika została dołączona do powyższego tekstu za witrynami internetowymi: Filmweb.pl, Franciszkanska3.pl /.../
  3. Dalekie strony

    Leave a Comment Film ten jest próbą pokazania, jak mogłaby dosłownie wyglądać historia o Synu Marnotrawnym we współczesnych warunkach. Głównym bohaterem jest tu Jake Abraham – młodszy syn zamożnego, amerykańskiego farmera. Ów młody mężczyzna, choć zwykł od dziecka pomagać ojcu na farmie, pracę tę wykonuje niedbale i bez zaangażowania. Kiedy po studiach zajmuje się administrowaniem tego rodzinnego biznesu, to jego działania zdają się stwarzać więcej problemów niż ich rozwiązywać. Postawa Jake’a powoduje nie tylko problemy w firmie, ale też konflikt między nim, a jego bardziej pracowitym i odpowiedzialnym starszym bratem. Główny bohater, który ciągle marzy o ciekawszym i łatwiejszym życiu w wielkim mieście, postanawia te marzenia w końcu zrealizować. W tym celu dopomina się o część spadku należną sobie po śmierci ojca, nie zważając na to że ów przecież jeszcze żyje. Otrzymawszy ten dział majątku, Jake wyjeżdża niezwłocznie do wielkiego miasta, gdzie rzuca się w wir niepewnych inwestycji i podejrzanych znajomości … . Obraz ten jest jedną z tych nielicznych produkcji, które ze względu na swoją treść i przesłanie (przypomnijmy, iż z zasady nie oceniamy tu walorów artystycznych filmów) zasługują na najwyższą notę. Szczerą i otwartą intencją jego twórców jest z jednej strony przypomnienie przesłania ewangelicznej przypowieści Jezusa Chrystusa, która mówi o miłości, jaką Ojciec żywi do nas grzeszników; z drugiej zaś przestrzeżenie młodych widzów poprzez szereg życiowych wskazówek przed losem syna marnotrawnego. Mamy tu zatem ostrzeżenie przed lekkomyślnością, która skłania młodych ludzi do zbyt pochopnego porzucania stylu życia czy mądrości swoich ojców, na rzecz niepewnych, lecz bardziej kuszących pomysłów. Film ten wręcz wypunktowuje typowe błędy, jakie może popełnić człowiek dopiero szukający własnej życiowej drogi, a mianowicie: Mylenie nieokreślonych marzeń i fantazji z konkretnym planem realizacji swoich celów. Nieliczenie się z radami bardziej doświadczonych życiowo, życzliwych osób. Brak wystarczająco szybkiej korekty błędów, upór w trzymaniu się złej strategii. Inwestowanie środków, na których stratę bez ryzyka bankructwa nie można sobie pozwolić. Nazbyt wystawny sposób życia i trwonienie ciężko zarobionych przez poprzednie pokolenie zasobów. Nadmierne zaufanie do obcych ludzi, chęć dorównania i imponowania nowemu otoczeniu pieniędzmi i hojnością. Podejmowanie ważnych decyzji pod wpływem używek bądź zmysłowego zauroczenia. Nadmierne zaufanie w swoje talenty czy wykształcenie. Odcinanie więzi z rodziną, szybkie i bezrefleksyjne porzucanie wartości, na których się wzrosło. Można więc powiedzieć, że film dzięki temu, iż koncentruje się głównie na postaci samego syna marnotrawnego, daje widzom pewien przepis, jak nie popełniać tych samych czy podobnych błędów jak on. Z innych zalet tej produkcji można też wymienić jeszcze chociażby pokazywanie pozytywnego wzorca ojca rodziny, a także społeczności chrześcijańskiej, która troszczy się o siebie nawzajem i pomaga w potrzebie potrzebującym. Docenić też warto fakt, że film ten nie epatuje przemocą, wulgarną mową, seksem czy obscenicznością, mimo że pewne jego wątki dawałyby ku temu okazję. Przykładowo romans, w który wdaje się Jake z interesowną narzeczoną pewnego podejrzanego typa jest pokazany bardzo powściągliwie. Wprawdzie owa niewiasta jest tu czasem ubrana w nieskromny sposób, jednak to akurat jest ściśle powiązane z jej rolą pazernej kusicielki. Wydaje się więc, że trudno byłoby pokazać ten wątek jakoś inaczej, zresztą kamera nie zatrzymuje się tu dłużej na wdziękach owej aktorki. Podsumowując, film ten godzien jest polecania widzom w każdym wieku. Szczególnie zaś pożyteczny może być dla tych młodszych, życiowo jeszcze niedoświadczonych. Marzena Salwowska Ps. Powyżej opisany film można legalnie obejrzeć pod następującym adresem internetowym: https://katoflix.pl/film/dalekie-strony /.../
  4. Czerwone maki

    Leave a Comment Film ten opowiada o stoczonej podczas II wojny światowej bitwie polskich oddziałów wojskowych ze zgrupowanymi na terenie włoskiego klasztoru Monte Cassino jednostkami niemieckiej i włoskiej armii. Bitwa ta (a raczej seria bitew) była jednym z najkrwawszych i najbardziej niebezpiecznych epizodów owego konfliktu zbrojnego. W tej produkcji historia tej bitwy jest – po części – opowiedziana przez pryzmat losów Jędrka, młodego polskiego chłopca, który trafił do armii gen. Andersa z terenów byłego Związku Sowieckiego jako jedna z tysięcy sierot. Jędrek początkowo sprawia niemało kłopotów wychowawczych i sam jest sceptycznie nastawiony co do sensu prowadzenia bitwy pod Monte Cassino. Ostatecznie jednak wydarzenia z tym związane odcisną na jego życiu trwałe piętno. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej film pt. „Czerwone maki” zasługuje na uznanie, gdyż w życzliwy oraz przychylny sposób przedstawia się w nim takie tradycyjne wartości i cnoty jak odwaga, waleczność, lojalność, patriotyzm. Warto też zaznaczyć, że nie ma tam scen seksu, obsceniczności oraz nie eksponuje się nieskromnych strojów: choć jeden z damsko-męskich pocałunków robi wrażenie zbyt zmysłowego (a ponadto jest on pokazany w raczej życzliwym kontekście). W filmie tym oczywiście – ze względu na jego tematykę – jest pokazana przemoc oraz jej drastyczne efekty, jednak mimo wszystko nie odnosi się przy tym wrażenia, by takowe sceny były tam nadmiernie eksponowane. Co do zaś wulgarnej mowy, to i takowa jest tam zawarta, ale i w tym wypadku wydaje się ona umieszczona bardziej ze względu na pokazanie realiów żołnierskiego i wojennego życia, aniżeli w celu szokowania czy epatowania nią widzów. Gwoli jasności, ta nasza uwaga, nie oznacza jednoznacznej pochwały umieszczania wulgaryzmów w filmach, nawet wówczas gdy są one tam wyrazem realizmu, a nie ich propagowaniem: widzimy jednak dość znaczącą różnicę pomiędzy takimi sposobami i kontekstami obecności wulgarnej mowy w produkcjach filmowych. O ile, trudno jest nam przedstawić jakieś bardziej poważne zastrzeżenia do stricte moralnej i światopoglądowej warstwy tego filmu (może poza pokazaniem w życzliwym świetle zmysłowego pocałunku), to od strony bardziej historycznej film ten jednak zasługuje na wyraźną krytykę. Otóż, choć jego akcja dzieje się w 1944 roku, ukazuje on katolicką Mszę jako odprawioną w rycie „Novus Ordo”, a więc obrzędzie, który został wprowadzony w latach 1969-1970. Trudno określić taki zabieg ze strony twórców bądź co bądź filmu historycznego jako wręcz niedorzeczny i absurdalny. Niżej podpisany nie pisze bynajmniej tych słów z pozycji krytyka Mszy odprawianych w rycie „Novus Ordo” – chodzi mi po prostu o to, że filmy o charakterze historycznym powinny w możliwie najwierniejszy sposób ukazywać realia czasów, którym zostały one poświęcone. Trudno zaś w odniesieniu do tego konkretnego szczegółu mówić o czymś innym niż bardzo rażącym błędzie. Mirosław Salwowski /.../
  5. Till

    Leave a Comment Film ten został oparty na prawdziwej historii linczu dokonanego na 14-letnim Emmetcie Tillu. Ten czarny nastolatek został latem 1955 roku na Południu Stanów Zjednoczonych brutalnie zamordowany, po tym jak skomplementował (i zagwizdał) na białą kobietę. Jego matka – Mamie Till – postanowiła walczyć o sprawiedliwość dla swego syna w sądzie, próbując doprowadzić do skazania odpowiedzialnych za ów bestialski czyn ludzi. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej produkcja ta jest oczywiście godna polecenia, gdyż ukazuje ona walkę o sprawiedliwość, a także gani rasizm oraz dokonywanie krwawych samosądów (które były niekiedy w dodatku czynione, jak w pokazanym w owym filmie przypadku, z niezwykle błahych powodów). Ponadto, w „Till” znajdujemy dość wyraźne i raczej przychylne odniesienia do wiary chrześcijańskiej, a użyte tam środki wyrazu artystycznego zachowują swój umiar i powściągliwość (brak scen seksu, niewiele wulgaryzmów i przemocy, nieepatowanie obscenicznością oraz nieskromnością). W zasadzie jedynym poważniejszym zastrzeżeniem, jakie można podnieść wobec tego filmu jest to, iż w nieprawdziwy sposób przedstawia on postać ojca Emmetta (Louisa Tilla), który jest tam pokazany jako wybitny obywatel i odważny bohater wojenny. Tymczasem, przynajmniej co do bycia przez niego dobrym obywatelem można mieć poważne wątpliwości, gdyż człowiek ten był cudzołożnikiem, próbującym zabić swą żonę (Mamie Till), który dodatkowo jako żołnierz miał dopuścić się jednego zabójstwa i dwóch gwałtów (za co został skazany na śmierć przez sąd wojskowy). Gwoli rzetelności co do owego wyroku sądu wojskowego są pewne wątpliwości, jednak osobiście nie jestem w stanie tychże obiekcji rozstrzygnąć, zatem pozostaję przy domniemaniu, iż wyroki sądów są słuszne – jeśli ktoś sam chciałby przyjrzeć się tej sprawie odsyłam do artykułu na anglojęzycznej Wikipedii poświęconej postaci Louisa Tilla. Mirosław Salwowski Grafika została dołączona do powyższego tekstu za portalem: Filmweb.pl /.../
  6. Wieloryb

    Leave a Comment Film przedstawia ostatnie dni z życia niezwykle otyłego nauczyciela literatury o imieniu Charlie. Mimo swojego krytycznego stanu stara się on żyć codziennym życiem, jednocześnie próbując przed śmiercią nawiązać relację z niemal dorosłą córką, z którą nie miał kontaktu prawie od dekady. Ze względu na problemy z poruszaniem się Charlie od lat nie wychodzi z domu, a zajęcia ze studentami prowadzi wyłącznie zdalnie, z wyłączoną kamerą, tak aby nie pokazywać publicznie swojego stanu. W codziennym funkcjonowaniu mężczyznę wspiera przyjaciółka – pielęgniarka, która jednocześnie dba o jego zdrowie i stara się namówić go do podjęcia leczenia w szpitalu. Charlie jednak nie chce się na to zgodzić, gdyż swoje duże oszczędności (jest nieubezpieczony) woli zachować dla córki. Mężczyzna próbuje zjednać sobie nastolatkę pieniędzmi i pomocą w pisaniu zadań z angielskiego, gdyż jej stosunek do niego jest wręcz wrogi. Dziewczyna nie chce wybaczyć ojcu, że 9 lat wcześniej porzucił on rodzinę dla młodego kochanka, zostawiając ją z nieradząca sobie i coraz częściej zaglądającą do kieliszka matką. Poza złośliwą i okrutną nastolatką oraz nadopiekuńczą przyjaciółką-pielęgniarką Charliego w domu pojawia się też jeszcze młody misjonarz, który stara się głosić głównemu bohaterowi Ewangelię. I to właściwie są wszystkie ważne postaci dramatu, gdyż obraz ten zdecydowanie bardziej przypomina sztukę teatralną niż produkcję filmową – zachowując kameralność, czy nawet niemal całkowicie idealną klasyczną jedność miejsca, czasu i akcji. „Wieloryb”, choć ma swoje mocniejsze strony (o czym później), jest niestety produkcją o zabarwieniu zdecydowanie antychrześcijańskim i ateistycznym. Wyraźnie wspierane jest tu też jawne życie w grzechu sodomii – główny bohater porzuca swoją żonę dla innego mężczyzny, z którym przez dłuższy czas żyje w cudzołożnym związku, a po śmierci kochanka masturbuje się zaś przy oglądaniu „gejowskiego porno” (scena, w której główny bohater ogląda w takich celach film pornograficzny, jest przerwana wejściem gościa, dzięki czemu jest dość krótka, a sam obraz widziany jest z pewnego oddalenia, co łagodzi trochę jego obsceniczność). Owe grzeszne aktywności pokazywane są w tej produkcji albo bardzo pozytywnie (relacja z kochankiem), albo neutralnie (pornografia). Film ten mocno wpisuje się też w nurt humanizmu świeckiego, który wszelkich źródeł dobra, prawdy czy moralności szuka w samym człowieku i jego dążeniu do szczęścia. Obraz ten jednak nie ogranicza się do przypisywania zbytniej pozycji człowiekowi, ale też stara się wyeliminować jego „konkurencję” czyli Boga. Mówiąc ogólnie, film ten usiłuje przedstawić Boga jako „ideę” nie tylko zbędną, ale wręcz szkodliwą. Obraz ten narzuca widzowi narrację, że ludzie bez religii radziliby sobie lepiej, łatwiej dogadywaliby się między sobą, byliby lepsi dla siebie nawzajem i bardziej szczęśliwi. Ostrze krytyki jest tutaj skierowane zwłaszcza wobec Boga w rozumieniu chrześcijańskim – cytowanie Biblii jest w tym filmie zawsze pokazywane jako argument niezbyt mądry, można powiedzieć, że ukazywane jest wręcz prześmiewczo. Sam zresztą wątek młodego misjonarza wydaje się wprowadzony głównie w takim celu – ośmieszania posługiwania się Słowem Bożym i troski o zbawienie bliźnich poprzez ewangelizację. Ktoś mógłby powiedzieć, że ta niechęć odnosi się tylko do jakichś marginalnych kościołów amerykańskich, o specyficznym charakterze; jednakże całość filmu wskazuje, że ogólnie chodzi tu o krytykę chrześcijaństwa i Boga Biblii. Wiara w Stwórcę i chęć przestrzegania Jego nauki zawartej w Piśmie świętym jest też oczywiście ukazywana jako przyczyna wszelkich nieszczęść głównego bohatera oraz jego otoczenia. Schemat jest taki: brak akceptacji dla homoseksualnych praktyk ze strony zboru i wierzącej rodziny doprowadził kochanka Charliego do samobójstwa, przez co ten się załamał, zaczął kompulsywnie przejadać, tyć, chorować i zbliżać do przedwczesnej śmierci. Jako ofiara Boga Biblii pokazywana jest również pielęgniarka – przyjaciółka głównego bohatera, która jednocześnie jest siostrą, zmarłego samobójczą śmiercią, kochanka Charliego. Pośrednimi ofiarami mają także być żona głównego bohatera oraz jego córka. Również młody misjonarz kreowany jest niejako na ofiarę, której czytanie Biblii niejako namieszało w głowie. Dla takiego postawienia sprawy nie ma tu żadnej przeciwwagi, twórcy filmu starają się więc, aby widz po jego obejrzeniu pozostał z takim, a nie innym przekonaniem w kwestiach światopoglądowych. Na końcu filmu jest też coś w rodzaju fałszywego wniebowstąpienia. Kiedy główny bohater umiera, może się wydawać, iż trafia do nieba. Po bliższym przyjrzeniu się tej scenie wydaje się jednak, że jest to raczej nie niebo, a ostatnia chwila szczęścia na ziemi, tyle że doskonała i niezmącona, którą bohater osiąga przez pojednanie z córką. Nie jest to więc wieczne zbawienie pochodzące od Stwórcy, ale osiągnięcie pełnego szczęścia na koniec życia dzięki ludzkim wysiłkom. Film ten oczywiście nie jest pozbawiony wyraźnie pozytywnych treści. Mamy w nim zatem mocno uwypuklone takie wartości jak bezinteresowna troska o drugiego człowieka, współczucie czy szacunek i miłość okazywane bliźnim niezależnie od odmiennych przekonań, czy innych międzyludzkich barier. Najważniejszą z zalet tej produkcji jest oczywiście wątek przebaczenia i pojednania, które to pokazywane są jako decyzja, która (wręcz dosłownie) daje siłę do pokonania dystansu między ludźmi. Inną z zalet tego filmu jest również, może nieco zbyt naiwne, lecz jednak ogólnie pozytywne moralnie podejście głównego bohatera do oceniania zachowań innych ludzi. Mianowicie zawsze stara się on w złych czynach i postawach bliźnich, również skierowanych bezpośrednio w niego samego, doszukiwać głębiej ukrytych intencji – lepszych niż na to wskazywałyby pozory. Za cenne uznać też można prorodzinne nastawienie tej historii, w którym ma nawet miejsce pokazanie bardzo negatywnego długofalowego wpływu, jaki łatwo może wywierać rozwód na dziecko. Rzecz można także, iż przez dość odpychające ukazanie obżarstwa i jego skutków, film ten może być zniechęcający do wchodzenia na podobną drogę. Trzeba też docenić, że twórcom tego obrazu udało się zachować równowagę pomiędzy pokazywaniem obżarstwa w rzeczywiście odpychający sposób, ukazujący szpetność owego grzechu, a zachowaniem empatii i szacunku wobec osoby uzależnionej od przejadania się. Problem w tym, że większość wyżej wymienionych pozytywnych treści, które same w sobie godne byłyby polecenia, pływają w bardzo niestrawnym sosie. Chodzi o to, iż są one prezentowane w ten sposób, aby widz odniósł wrażenie, że wszystko, co dobre w człowieku i wszelkie szlachetne międzyludzkie zachowania zupełnie nie potrzebują łaski Boga, Jego nauki czy jakiegoś natchnienia Stwórcy. Wręcz przeciwnie Bóg (mówiąc ściślej Bóg w rozumieniu chrześcijańskim) jest tu przedstawiany jako szkodliwa idea (a nie prawdziwy Byt), która miesza w międzyludzkich relacjach i nie pozwala człowiekowi na szczęście. Nie będzie więc chyba dla naszych Czytelników zaskoczeniem, gdy powiem, że film ten oceniamy jako wyraźnie zły i nie zachęcamy do jego oglądania. Marzena Salwowska /.../
  7. Wyrok w Norymberdze

    Leave a Comment Ten nagrodzony dwoma Oscarami film opowiada o trzecim z serii dwunastu procesów niemieckich prawników, którzy swego czasu brali bezpośredni udział we wdrażaniu zbrodniczych praw uchwalanych przez władze nazistowskiej III Rzeszy. Na płaszczyźnie moralnej oraz światopoglądowej produkcja ta zasługuje na uznanie i pochwałę, gdyż stawia wiele z jednej strony trudnych, a z drugiej dość oczywistych co do swej odpowiedzi, pytań odnoszących się do tego, jak należało zachować się w obliczu jawnie, a czasami wręcz skrajnie niesprawiedliwych praw. Innym z pytań, które wybrzmiewają w tym filmie, jest to, czy i w jakim stopniu zwykli obywatele III Rzeszy byli współodpowiedzialni za zbrodnie dokonywane z rozkazu ich nazistowskiego rządu – gwoli ścisłości niżej podpisany akurat na to konkretne pytanie nie znajduje, póki co jasnej i jednoznacznej odpowiedzi. Warto też przy tej okazji docenić, iż „Wyrok w Norymberdze” jest filmem, można by powiedzieć – jeśli chodzi o relacje pomiędzy jego warstwą artystyczną i etyczną – nakręconym w „starym dobrym stylu”. Łączy on bowiem dobitność swego przekazu z jednoczesnym umiarem w bezpośrednim pokazywaniu pewnych złych rzeczy, np. nie ma w nim żadnej obsceniczności, scen seksu czy też wulgarności (chyba że za wulgaryzm uznalibyśmy amerykańskie słowo „Damm”). Mirosław Salwowski Grafika wykorzystana została w powyższym tekście za następującymi stronami internetowymi: Prime Video, Cda.pl /.../
  8. Orlęta. Grodno ’39

    Leave a Comment Film jest dramatyczną opowieścią o obronie polskiego Grodna przed agresją sowiecką w 1939 r. widzianą oczyma 12-letniego żydowskiego chłopca. Leosia, bo tak ma na imię główny bohater, poznajemy krótko przed wybuchem II wojny światowej. Mieszka on z matką – wdową, która zajmuje się krawiectwem i starszym bratem, który zajmuje się głównie działalnością w nielegalnej partii komunistycznej i często jest poszukiwany przez policję. Leon, którego ojciec zamierzał ochrzcić się przed śmiercią (i prawdopodobnie ochrzcić również synów), chodzi do polskiej szkoły, gdzie rywalizuje i jednocześnie przyjaźni się z Tadkiem, a także kocha się w szkolnej koleżance Ewelinie. Póki co największym dramatem chłopca jest to, że z powodu uprzedzeń nauczycieli (i po części uczniów) nie zagra Zbyszka w Krzyżakach oraz nie zostanie przyjęty do polskiego harcerstwa … Zasadniczo film ten zasługuje na pochwałę ze względu na przewijającą się w ciągu całej akcji myśl, która jest chyba głównym jego przesłaniem: niezależnie od pochodzenia i wpływów kulturowych człowiek i tak sam określa swoją tożsamość i „cywilizacyjną przynależność” poprzez wybory, których dokonuje. Najdosadniej myśl tę obrazuje w filmie scena przeszukania przez policję mieszkania matki Leosia, dzięki której dowiadujemy się, że podczas gdy on sam zaczytuje się w Sienkiewiczu, jego starszy brat jako „lekturę obowiązkową” studiuje Kapitał Marksa. Główny bohater czerpie z lektury Krzyżaków wiele niewątpliwie pozytywnych wzorców. Uczy się z niej bowiem etosu rycerskiego (głównie męstwa oraz zasad honorowej i uczciwej walki, czegoś w rodzaju rycerskiego fair play) i patriotyzmu. Dzięki powieści Sienkiewicza (i zapewne też innym treściom zawartym w programie nauczania ówczesnej polskiej szkoły) Leon zaczyna się wyraźnie interesować chrześcijaństwem, co przejawia nie tylko śpiewaniem Bogurodzicy, której słów zresztą nie do końca rozumie, ale, co więcej, widoczne jest w scenie, kiedy z własnej inicjatywy wchodzi do jednego z kościołów i siada w skupieniu w ławce – widać, że to działanie nie jest podyktowane zwykłą ciekawością, a raczej jest wyrazem duchowych poszukiwań. Z kolei lektura Marksa prowadzi starszego brata Leosia do zaangażowania w ruch komunistyczny, łamania prawa, a wreszcie w obliczu wojny walki po stronie wroga ojczyzny i prawdopodobnie udziału w zbrodniach wojennych dokonywanych przez Armię Sowiecką. Jednym z głównych pozytywnych punktów filmu jest też podkreślanie niesprawiedliwości gnębienia bliźnich ze względu na pochodzenie etniczne, czy rodzinę bez względu na ich osobistą postawę życiową. Co do bardziej wątpliwych czy wprost negatywnych punktów filmu, to trzeba tu przede wszystkim powiedzieć o dużej liczbie wulgarnego słownictwa, która pojawia się w drugiej połowie tej produkcji. Na domiar złego mocnymi wulgaryzmami posługuje się też w pewnym momencie 12-letni główny bohater filmu. Pomijając nawet fakt, że może to stanowić bardzo zły przykład dla widzów w podobnym wieku, to warto sobie uzmysłowić, iż rola młodego chłopca grającego głównego bohatera wiązała się z wypowiadaniem słów (prawdopodobnie zwielokrotnionym przez próby), za które w prawdziwym życiu słusznie otrzymałby naganę. Można się również zastanawiać, czy sposób pokazywania przemocy nie jest tutaj zbyt drastyczny, choć jest to po części uzasadnione chęcią pokazania przez twórców filmu bardziej realnego niż wyidealizowanego obrazu wojny. W każdym razie te elementy sprawiają, że produkcja ta z pewnością nie jest stosowna dla dzieci czy osób o słabszych nerwach. Jeśli chodzi natomiast o ściśle światopoglądowe zastrzeżenia wobec tego obrazu, to trzeba powiedzieć przede wszystkim o bliskim dwuznaczności sposobie mówienia o zjawisku przechodzenia żydów z judaizmu na chrześcijaństwo, wyrażające się w przyjęciu sakramentu chrztu świętego. Z jednej strony film tworzy wrażenie, iż takie decyzje nie były niczym wyjątkowym na polskich Kresach w okresie II RP; z drugiej jako motyw takiego postępowania sugeruje głównie oportunizm. Główny bohater filmu jest tu parokrotnie namawiany do przemyślenia takiego wyboru przez dorosłych Polaków argumentami, iż jako „przechrzta” będzie miał lepiej w życiu, a może nawet łatwiej to życie po prostu zachowa w nadchodzących czasach. Brak w tym obrazie argumentacji, która nie odwoływałaby się do doraźnych korzyści. Nie jest na przykład w ogóle rozwinięty wątek zmarłego ojca Leosia, który zamierzał, lecz nie zdążył ochrzcić siebie i synów. Być może ta decyzja podyktowana była jego osobistym nawróceniem i uznaniem Jezusa Chrystusa za wyczekiwanego przez żydów Mesjasza, ale niestety nie dowiadujemy się o jego motywach. Jedyną dorosłą osobą, która zdaje się trzymać swoich przekonań religijnych nie dla jakichś doczesnych korzyści jest matka Leosia – żydówka. Film ten zdaje się więc w tym aspekcie niżej stawiać chrześcijaństwo niż współczesny judaizm, a przynajmniej można odnieść takie wrażenie. W filmie tym główny bohater dopuszcza się też pewnych złych rzeczy takich jak kłamstwo czy ostrzeżenie nielegalnie zgromadzonych komunistów (ze względu na swojego brata) przed nalotem policji. Trudno jednak stwierdzić, czy jest to zachowanie tylko relacjonowane, czy pokazywane jako słuszne. Wydaje się też, że w filmie tym w nadmiernie złym świetle pokazuje się działalność Obozu Narodowo-Radykalnego (ONR). W obrazie tym widać np., że bojówki narodowców grasują po Grodnie w 1939 roku w wyraźnie widocznych opaskach ONR, otwarcie gnębiąc ludność żydowską. Takie działania wydają się jednak mało prawdopodobne, jako iż organizacja ta została zdelegalizowana pięć lat wcześniej. Chociaż więc ogólny, łagodnie mówiąc, niezbyt życzliwy wobec Żydów stosunek ONR jest tu chyba właściwie pokazany, to już skala i jawność jej działań tej organizacji w roku 1939 wydaje się nieprawdopodobna. Postawę natomiast mniejszości żydowskiej wyraźnie się w tym filmie idealizuje, do tego stopnia, że można by pomyśleć, iż z naprawdę nielicznymi wyjątkami, ludność ta była najbardziej pro-polskim elementem społeczeństwa Kresów. Taka stronniczość zapewne w dużej mierze wynika z dobrych intencji (np. obawy przed podsycaniem antysemityzmu), ale nie służy obiektywnemu ukazywaniu historii. Podsumowując, choć z poważnymi zastrzeżeniami, polecamy ten wojenny dramat dorosłym widzom. Marzena Salwowska PS. Powyżej opisany film można legalnie obejrzeć pod następującym linkiem internetowym: https://katoflix.pl/film/orleta-grodno-39 /.../
  9. Przymierze

    Leave a Comment Film ten dotyka jednej ze świeżych „ran” amerykańskiej historii, a mianowicie wycofania się w sierpniu 2021 roku amerykańskich wojsk z Afganistanu (który został wówczas ponownie opanowany przez talibów). Na tle tych wydarzeń została nam pokazana historia Ahmeda (afgańskiego współpracownika armii USA) oraz Kinleya (jednego z amerykańskich żołnierzy). Ahmedowi grozi ze strony talibów śmierć za „kolaborację”, w związku z czym Kinley podejmuje próbę wydostania go z Afganistanu. Na płaszczyźnie moralnej oraz światopoglądowej film ten zasługuje na uznanie, gdyż w przychylny sposób pokazuje takie tradycyjne wartości jak dotrzymywanie słowa, odwaga i patriotyzm. Nie ma też w nim żadnego seksu czy obsceniczności, a pokazana przemoc jest uzasadniona jego tematyką i nie robi ona wrażenia bycia eksploatowaną w celach czysto rozrywkowych. Co do zastrzeżeń, jakie można odnośnie tego filmu podnosić, to zastanawiamy się, czy natężenie wulgaryzmów w tym filmie nie jest zbyt duże (to głównie z tego powodu dajemy owej produkcji notę „+2”, a nie „+3”). Tradycyjnie też należałoby poddać refleksji to, czy niektóre z przedstawionych tam – neutralnie lub życzliwie – zachowań nie kwalifikują się, by być nazwanymi mianem kłamstwa, a więc wewnętrznie złego uczynku, którego nie ma się moralnego prawa popełniać nawet dla ratowania życia niewinnej osoby (choć z drugiej strony można je interpretować jako tzw. zastrzeżenie domyślne, a więc coś co może być moralnie dozwolone – Patrz: Tekst na ten temat). Gwoli ścisłości: to, iż polecam film, w którym widz poniekąd ma „kibicować” Amerykanom i ich afgańskim pomocnikom, nie zaś talibom, nie oznacza, że w całej tej historycznej sprawie – niżej podpisany – opowiada się po stronie USA przeciw talibom. Zagadnienie odnośnie tego, po której stronie było tu więcej racji, jest wedle mnie zbyt skomplikowane i złożone, by próbować odpowiadać na nie w ramach tejże filmowej „recenzji”. Na ten moment napiszę, że tak talibowie mają swoje zasługi dla Afganistanu (np. walka z pedofilską tradycją „Bacha bazi”, ukrócenie bandytyzmu), jak i rząd USA miał powody, by obalić ich rząd (gdyż ów wspomagał i chronił Osamę bin Ladena odpowiedzialnego za wymordowanie około 3 tysięcy niewinnych amerykańskich obywateli). W powyższym tekście pochwaliliśmy zatem ów film za określone, promowane przezeń tradycyjne wartości, nie mając przy tym zamiaru sugerowania po której z politycznych stron się tu opowiadamy. Mirosław Salwowski Grafika została dołączona do powyższego tekstu za portalem Filmweb.pl /.../
  10. Kształt wody

    Leave a Comment Akcja filmu przenosi nas na początek lat 60. XX wieku do amerykańskiego Baltimore. Główna bohaterka tego obrazu Elisa Esposito pracuje w tajnym rządowym centrum badawczym znajdującym się w tym mieście. Elisa jest osobą niemą, mieszka samotnie, przyjaźni się tylko z czarnoskórą koleżanką z pracy Zeldą i homoseksualnym sąsiadem Gilesem, który jest ilustratorem. Panna Esposito sprzątając w jednym z laboratoriów odkrywa przetrzymywane w tym miejscu tajemnicze stworzenie schwytane przez wojsko USA w wodach Amazonki. Jest to humanoidalny płaz brutalnie traktowany przez swojego „opiekuna” – agenta rządowego Stricklanda. Niema Elisa nawiązuje niewerbalne porozumienie z tym stworzeniem i kiedy dowiaduje się, że zapadła decyzja o jego uśmierceniu postanawia temu zapobiec. Planuje wykraść stwora z laboratorium, wciągając w swoją akcję również Zeldę, Gilesa i pewnego pracującego tu jako naukowiec radzieckiego szpiega … „Kształt wody” określany jest często jako „baśń dla dorosłych”. Określenie to budzi raczej sympatyczne skojarzenia z jakimś rodzajem fantastycznej opowieści – może niezbyt zrozumiałej dla dzieci, acz jednak dość niewinnej i zasadniczo moralnie akceptowalnej. Niestety, w tym przypadku nic bardziej mylnego niż takie skojarzenia. Film ten bowiem obfituje w ewidentnie złe bądź dwuznaczne moralnie treści. Już sam główny wątek filmu – bynajmniej nie platoniczny, a powiązany z seksualnym współżyciem, romans kobiety z nieokreślonym stworem (po części człekokształtnym, po części przypominający jakąś dziwną rybę, a nawet żabę) może wzbudzać uzasadnione obawy, czy nie chodzi tu o kolejne „poszerzanie granic tolerancji” przez sztukę filmową, tym razem o zoofilię. Na zarzut ten ktoś może powiedzieć, że przecież nawet w bajkach dla dzieci nieraz występują zbliżone wątki, kiedy to jakieś „relacje romantyczne” łączą człowieka np. z syrenką, bestią czy nawet żabą. Jednakże, mimo powierzchownego podobieństwa są tutaj zasadnicze różnice. Jeśli bowiem w takiej bardziej klasycznej baśni dochodzi do związku pary (a konkretnie małżeństwa), to nim jeszcze do tego dojdzie ta z istot, która nie jest człowiekiem (przynajmniej zewnętrznie), przyjmuje w pełni ludzką postać, bądź ją odzyskuje. W „Kształcie wody” natomiast mamy „zwieńczony” pożyciem seksualnym związek człowieka z istotą, która nie tylko z wyglądu, ale też zachowań bardziej jednak przypomina zwierzę niż człowieka. Tak, że raczej niż do baśni, niestety, bardziej przyrównać można ten wątek do innych opowieści o podobnie fantastycznej i perwersyjnej naturze – a mianowicie do pogańskich mitów, w których bogowie nieraz przybierali postać zwierzęcia, by współżyć z istotami ludzkimi (zwykle, choć nie zawsze, z kobietami). Trop ten zresztą być może nie jest jakimś przypadkowym skojarzeniem, gdyż owa płazo-rybo podobna istota, jak mówi jeden z bohaterów filmu, była czczona przez mieszkańców Amazonii jako bóg. Być może więc inspiracją dla pomysłu na taki romans były dla pana del Toro jakieś perwersyjne pogańskie opowieści. Sam zresztą tytuł filmu, co zresztą potwierdza jego reżyser i zarazem scenarzysta, jest aluzją do miłości, która rzekomo tak jak woda ma nie posiadać żadnego konkretnego kształtu i nie uznawać barier. Taka interpretacja tytułu, która i tak sama nasuwa się na myśl widzowi po obejrzeniu filmu, znajduje jednoznaczne potwierdzenie w wypowiedziach pana del Toro, co sprawia, iż trudno mieć większe złudzenia odnośnie do tego, jakie jest celowe przesłanie tej produkcji. Otóż sugeruje się tu wyraźnie odbiorcy, że wszystkie rodzaje miłości (czy raczej erotycznej namiętności) są sobie równe i nie muszą przyjmować jakiegoś określonego kształtu (czyli zawierać się w granicach konkretnego porządku moralnego czy prawa naturalnego). Warto też dodać, że poza głównym wątkiem o charakterze para-zoofilskim, mamy tutaj również wątek sąsiada głównej bohaterki, który jako homoseksualista wyraźnie cierpi z tego powodu, iż nie może wystarczająco swobodnie ujawniać swoich homoseksualnych skłonności i żyć w związku sodomickim z jakimś mężczyzną. Dość jasno daje on do zrozumienia, że gdyby społeczeństwo USA wcześniej zaakceptowało zachowania czy relacje o takim charakterze, to byłby pewnie teraz szczęśliwym człowiekiem. Wątek Gilesa jest bardzo znamienny dla całego filmu. Wpisuje on się bowiem, równie dobrze co romans Elisy ze skrzelastym stworem, w przesłanie całego obrazu, wyrażone przez jego tytuł (będący aluzją do miłości, która rzekomo tak jak woda ma nie mieć żadnego konkretnego kształtu i nie uznawać barier). Oba, opisane już wątki zapewne mają komunikować plastycznie widzom myśl, iż rzekomo świat, który nie akceptuje w pełni (bez moralnego rozróżniania) wszelkich inności, musi być światem złym. Co więcej, źli do szpiku kości muszą być też ludzie, którzy wszelakich inności nie akceptują. Nieprzypadkowo głównym czarnym charakterem jest tu biały, heteroseksualny mężczyzna, który zarabia na żonę i dzieci; jednocześnie będąc człowiekiem okrutnym i pozbawionym hamulców moralnych w dążeniu do swoich celów, przy okazji też wyjątkowo niemiłym i pogardliwie odnoszącym się do bliźnich o innym kolorze skóry, traktującym wszystkie osoby, które postrzega jako słabsze od siebie, z wyższością i instrumentalnie. Film ten wrzuca niejako do jednego worka różne rodzaje nietolerancji, narzucając widzowi przekonanie, że niechęć do złych moralnie zachowań jest tym samym, co niechęć do neutralnych moralnie cech bliźnich takich jak kolor skóry, płeć czy jakaś niepełnosprawność. Takie zestawienie jest oczywiście nieuprawnione. Twórcom tej produkcji zdaje się zresztą chyba nie mieścić w głowach, że można na przykładnie być rasistą ani osobą uprzedzoną do niepełnosprawnych, a jednocześnie uważać, że pewne grzeszne zachowania w sferze seksualnej powinny spotykać się ze słuszną krytyką. Najdobitniej to przekonanie widać w scenie, kiedy młody mężczyzna w odpowiedzi na zaloty starszego homoseksualisty wyprasza go ze swojego baru; a za chwilę robi to bez zasadnej przyczyny wobec grupki Afroamerykanów. Sugestia filmu jest taka, iż musisz akceptować wszystko, cokolwiek inni określają jako miłość, inaczej jesteś złym człowiekiem, tworzącym złe społeczeństwo. Poza głównym, demoralizującym przesłaniem „Kształtu wody”, które zawiera się już w samym jego tytule, warto zwrócić uwagę na jeszcze kilka ewidentnie złych, bądź co najmniej wątpliwych moralnie rzeczy w nim zawartych. Mamy więc w tym filmie dwie sceny, wyraźnie sugerujące, że główna bohaterka masturbuje się regularnie w wannie (później w tej samej wannie umieszcza uwolnionego z laboratorium stwora); a nadto że nie tylko tego nie żałuje, lecz wręcz martwi się, kiedy słyszy (ówczesne doniesienia naukowe), że płatki śniadaniowe mogą jakoś ograniczać chęć dokonywania onanizmu. Jeśli chodzi o wizualne przedstawianie nagości czy seksu, to jest tu parokrotnie ukazana pełna kobieca nagość (w dłuższych ujęciach), wyrazista i połączona z częściową męską nagością scena współżycia pary małżeńskiej, oraz scena, w której aktorka w pełni i w prowokujący sposób obnaża swoją pierś. Co prawda nie ma tutaj pokazanego samego aktu współżycia pomiędzy Elisy z wodnym stworem, ale oczywistym jest dla widza, że do takiego aktu doszło, tym bardziej że główna bohaterka rozmawia o tym pokrótce ze swoją przyjaciółką w pracy. Wielu widzów przyzwyczajonych do bardzo obniżonych współcześnie standardów w tej dziedzinie może uznać, że tych elementów nie ma aż tak wiele, jednakże jak na ten rodzaj filmu – czyli baśń dla dorosłych – jest ich zaskakująco dużo (mimo wszystko przyzwyczajeni jesteśmy, że ów rodzaj produkcji jest bardziej powściągliwy w tej sferze). Film ten zawiera też sporą ilość przemocy i scen, które mogą być dla co wrażliwszych osób trudne w odbiorze. I czasem wydają się one nadmiernie już plastyczne. Osobną uwagę warto chwilę poświęcić kontekstowi, w jaki cytowane jest tu Pismo święte. Otóż jedyną osobą, która cytuje tę świętą Księgę, a nadto odwołuje się do wiary chrześcijańskiej jest główny czarny charakter filmu. Oczywiście łatwo sobie i w prawdziwym życiu wyobrazić mężczyznę, który z jednej strony odwołuje się do Pisma św. i wiary w Boga, z drugiej jest bezwzględnym okrutnikiem, egoistą, sadystą, człowiekiem pogardzającym osobami słabszymi czy stojącymi niżej w hierarchii społecznej, chętnym zdradzać swoją żonę, a nawet mordercą. Samo więc występowanie takiej postaci nie byłoby jeszcze w filmie niczym złym czy przynajmniej podejrzanym, jednak uzasadnioną obawę co do dobrej woli twórców budzi fakt, że, jak już była mowa, jest to jednocześnie jedyna osoba, która odwołuje się w tym filmie do chrześcijańskiej wiary w Boga. Warto też wspomnieć, że ów czarny charakter z początku szydzi też z amazońskich Indian, którzy czcili jako boga wodnego stwora, by na koniec samemu ową istotę uznać za boga. Nasuwa się tu sama interpretacja, że tą deklaracją uznaje wyższość pogańskich permisywnych bożków nad „opresyjnym Bogiem Biblii- Bogiem starego ładu”. Gwoli jednak sprawiedliwości trzeba jednak zaznaczyć, że jest pewna szansa, iż wątek ów nie ma antychrześcijańskich podtekstów, a jedynie „na to wygląda”, dlatego w rubryce „wątki antychrześcijańskie”, przyjmując łagodniejszą kwalifikację, wpisaliśmy „niewiele”. Z wątków, które trudno jednoznacznie ocenić, ponieważ są tylko pewnymi tropami, warto może jeszcze wspomnieć o czymś, co akurat samo w sobie jest zupełnie niewinną rzeczą, czyli karmieniu przez główną bohaterkę wodnego stwora gotowanymi na twardo jajkami. Problem jednak w tym, że reżyser i scenarzysta tego filmu Guillermo del Toro znany jest z tego, że chętnie odwołuje się do spuścizny innych filmowców i, co więcej, robi to w sposób bardzo przemyślany. A w kinematografii istnieje pewna zapadająca w pamięć scena, w której to aktor grający szatana (De Niro) zjada ugotowane na twardo jajko jako symbol ludzkiej duszy. Pewien niesmak może też budzić przesadna anty-amerykańskość tego filmu. Jego twórcy zdają się nie dostrzegać w USA (przynajmniej lat 60-tych ubiegłego wieku) nic dobrego. Przykładowo nawet radzieccy szpiedzy są w nim przedstawieni bardziej pozytywnie niż armia Stanów Zjednoczonych. Film ten nie jest oczywiście pozbawiony wszelkich zalet. Do takich zaliczyć można potępianie okrucieństwa wobec czujących istot, pogardy wobec osób słabszych czy niżej stojących w społecznej hierarchii (np. pracujących na mniej docenianych i gorzej płatnych stanowiskach), a także mających inny kolor skóry bądź niepełnosprawnych. Warto też docenić fakt, że główną bohaterką tej produkcji, co nie jest zbyt częste w kinematografii, jest osoba niepełnosprawna; a nadto twórcy filmu starają się przybliżyć jej świat widzom. Słuszna jest też krytyka maczyzmu, w rozumieniu przyzwolenia mężczyznom na takie złe zachowania jak nadużywanie siły, instrumentalne i pogardliwe traktowanie innych czy nagabywanie seksualne podwładnych. Podsumowując: nikogo chyba nie zdziwi, iż filmu tego nie polecamy. Dodajmy, że choć obraz ten otrzymał kilkanaście nominacji do Oscara i zdobył kilka statuetek tejże nagrody, to zdaje się to bardziej wynikiem upchania dużej ilości politycznie poprawnych wątków preferowanych przez Akademię Filmową niż wybitnych walorów artystycznych tej produkcji. Film ten raczej przypomina wytworzoną z milionów cudzych klisz grafikę AI, która jest dość sprawnie połączona w całość i pomyślana tak, aby łatwo trafiać w upodobania typowego odbiorcy. Trudno się w nim jednak doszukać jakiejś oryginalności czy prawdziwej siły wyrazu. A zatem film ten można przyrównać do ryby, która jest nie tylko, że bardzo oścista, ale i nieświeża. Marzena Salwowska /.../