Tag Archive: chrześcijańskie recenzje filmowe

  1. Nędznicy (2019)

    Leave a Comment Akcja filmu dzieje się w paryskiej, zdominowanej przez ludzi imigranckiego pochodzenia, dzielnicy Montfermeil. Ulice tej części Paryża przemierza patrol złożony z trzech policjantów – pewnego siebie Chrisa, czarnoskórego Gwada oraz Stéphane Ruiza. Ostatni z wymienionych dołączył do dwójki pierwszych niedawno, gdyż przeniósł się z innego wydziału policji, aby być bliżej swej rodziny. Z perspektywy tej trójki obserwujemy więc specyfikę imigranckiej i muzułmańskiej części Paryża. Pozornie niezbyt poważna sprawa kradzieży małego lwa z prowadzonego przez Cyganów cyrku staje się początkiem ciągu zdarzeń, które doprowadzają do gwałtownych rozruchów z udziałem arabskiej i czarnej młodzieży. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej film ten można docenić za dość wyraziste pokazanie w miarę dobrej moralnie postawy Stéphane’a, który konfrontuje się tu z aroganckim i nadużywającym swej władzy Chrisem. Stéphane reprezentuje w tym obrazie bowiem współczucie, troskę oraz praworządność, w przeciwieństwie co Chrisa, który wygląda na jednostkę dość cyniczną, odmawia należnej pomocy poważnie rannemu chłopcu oraz wykorzystuje swe policyjne uprawnienia w dwuznacznych moralnie celach. Dodajmy, że „Nędznicy” z 2019 roku nie jawią się też jako przykład skrajnie politycznie poprawnego kina, w którym biali Europejczycy są demonizowani, a za to Czarni, Arabowie i muzułmanie idealizowani. Różne problematyczne zachowania oraz postawy są tutaj bowiem pokazywane po obu stronach. Tytułem pewnego rodzaju zastrzeżenia względem tego filmu możemy wymienić fakt, iż kończy się on cytatem z książki „Nędznicy” autorstwa Victora Hugo: „Przyjaciele, zapamiętajcie to sobie: nie ma ani złych roślin, ani złych ludzi. Są tylko źli ogrodnicy”. Oczywiście, takie słowa są doktrynalnie co najmniej dwuznaczne, gdyż stoją one w bezpośredniej sprzeczności z Pismem świętym, które niejednokrotnie stwierdza istnienie „złych ludzi” (por. Prz 28, 5; 2 Tm 3, 13; Mt 5, 45). To zaś, że umieszcza się je w filmie w taki, a nie inny sposób sugeruje, iż stanowią one niejako jego myśl przewodnią. Mirosław Salwowski /.../
  2. Ojciec chrzestny II

    Leave a Comment Druga część jednej z bardziej znanych serii w historii kina. Film opowiada dalsze losy Michaela Corleone, który, jak wiadomo z pierwszej części, przejął po swym ojcu kierownictwo mafii, a teraz mierzy się ze swym konkurentem, żydowskim gangsterem Hymanem Rothem, dla zapewnienia swej rodzinie poczesnej pozycji. Jednocześnie film ukazuje losy wspomnianego ojca, Vito, począwszy od jego ucieczki z Sycylii przed śmiercią z rąk lokalnego mafijnego bossa, poprzez jego pierwsze lata jako imigranta w USA, po karierę w ramach zorganizowanej przestępczości. Obraz ten pod kątem moralnym jest bardzo trudny do jednoznacznej oceny. Niewątpliwie pokazano tu dużo zła w wykonaniu bohaterów i nie ma dla niego wyraźnej przeciwwagi w postaci budujących przykładów. Jednak nie sposób uciec od wrażenia, że rozwój fabuły zmierza do pokazania zgniłych owoców zatracania się w grzechach i pogoni za wszelką cenę za marnościami takimi jak doczesna potęga.  Odmalowanie wydarzeń poprzedzających pierwszą część mogłoby wielu posłużyć do usprawiedliwiania wkraczania na drogę przestępstwa. Młody Vito jawi się bowiem jako po części przymuszony sytuacją do pewnych niecnych czynów. Jest ubogim imigrantem, który w dodatku niesprawiedliwie traci pracę – nietrudno wytłumaczyć, dlaczego zaczyna wspólnie z sąsiadem zawodowo kraść. Bogaty (niepotrzebujący pieniędzy) i skłonny do przemocy mafioso Fanucci zmusza go do płacenia haraczu i to w okresie zapalenia płuc jego syna – nietrudno usprawiedliwić skrytobójczy mord na tym bandycie, przez który uwalnia w sumie nie tylko siebie, ale i okolicę od szantażów i strachu. Vito kontynuuje przestępczą działalność, nawet gdy mu się już powodzi – nie zapomina jednak o ubogich, np. używa swych wpływów do polepszenia sytuacji lokatorki gnębionej przez antypatycznego i chciwego wynajmującego. Sycylijski mafioso zamordował jego ojca, brata i matkę, gdy bohater był dzieckiem – łatwo zrozumieć, że jako dorosły wywarł na nim krwawą zemstę. To wszystko mogłoby łatwo rodzić sympatię dla jego grzechów. Jednak patrząc na to jak potoczyły się losy rodu Corleone, a w szczególności syna Vito, Michaela, dostrzec można, iż budowana w ten sposób potęga stanowiła budowlę wzniesioną na piasku. Wzorce, które ojciec wpoił synowi przez swe zachowanie, przyczyniają  się bowiem do pogrążania się rodziny w bagnie nieprawości oraz ostatecznie do jej tragedii. Zło czynione przez kolejne pokolenia, zgodnie z ostrzeżeniem zawartym w biblijnej księdze Mądrości Syracha (patrz: Syr 7, 1), pochłania sprawców. O ile Vito wkroczył na drogę bezprawia, gdy doskwierała mu bieda, to Michael kroczy nią, nawet gdy jest już wpływowym i bogatym „biznesmenem”. Robi to, mimo iż wcześniej naiwnie wierzył, że mimo chwilowego „romansu” z przestępczością uda mu się szybko zalegalizować działalność – w poprzedniej części zapewniał narzeczoną, Kay, iż nie zajmie to więcej niż 5 lat, w części zaś omawianej ta sama, będąca już jego żoną kobieta wypomina mu, że od tamtego momentu minęło już lat 7. Co więcej, jego zawziętość wydaje się być większa od ojcowskiej. Każe zamordować swego rywala, Rotha, nawet gdy ten utracił już swą potęgę (co kontrastuje ze znanym z pierwszej odsłony zachowaniem Vito, który mimo krzywd ze strony innej mafii zdecydował się na pokój z nią), bezwzględnie rozprawia się z należącymi do jego otoczenia niepewnymi ludźmi (jak współpracownik Frank Pentangeli, doprowadzony przezeń do samobójstwa) czy zdrajcami (jak jego własny brat, Fredo, zabity na rozkaz Michaela). To postępowanie nie przynosi mu satysfakcji, z tęsknotą wspomina czasy, gdy starał się odciąć od rodzinnego „interesu” idąc na studia oraz do wojska; widać, iż przez swe zbrodnie jest jakby wypalony, bez życia, ale nie ma siły zawrócić z obranej ścieżki. Co więcej rodzina, o której dobro walczył nielegalnymi środkami, staje się, niczym za sprawą karzącej Opatrzności Bożej, jedną z ich głównych ofiar, zmniejszając się nie tylko fizycznie (poprzez śmierć zgładzonego brata), ale również przez fakt, iż od Michaela odchodzi żona niemogąca znieść życia ze zbrodniarzem (co więcej przedtem dokonując aborcji, nie chciała bowiem rodzić kolejnego syna takiemu człowiekowi). Można zatem film ów jako całość traktować jako swego rodzaju przestrogę przed pokładaniem ufności w niemoralnych, choć z pozoru efektywnych, rozwiązaniach i naiwną wiarą w możliwość zachowania przyzwoitości mimo „okresowego” czynienia poważnego zła.  Głównym niebezpieczeństwem z nim związanym jest skupienie uwagi widzów na postaciach zdeprawowanych i to, że nie są one skontrastowane z kimś godnym naśladowania. Walka nie toczy się tu między dobrem a złem, a nawet między złem mniejszym i większym, ale między równymi mniej więcej złoczyńcami. I nawet jeśli twórcy nie kierują sympatii widza na Vito czy Michaela, to, jako że oglądamy wydarzenia głównie z ich perspektywy, niektórzy mogą zacząć przyjmować ich punkt widzenia. Także jedyny przedstawiciel władzy, amerykański senator, jest tu przedstawiony jako skorumpowany hipokryta, co może z jednej strony ukazywać zgubną siłę przekupstwa, ale z drugiej tworzyć przygnębiające wrażenie braku nadziei na zwycięstwo nad złem. Obecność zaś pozytywnych cech i czynów mafiosów (krytyki wejścia w cudzołożny związek po rozwodzie i zaniedbywania dzieci, wyrażonej przez Michaela pod adresem siostry, pogardy dla publicznego pijaństwa i nieposłuszeństwa mężowi, jakich dopuszcza się żona Fredo) może albo zniechęcać widza do takich konserwatywnych postaw albo rodzić lekką sympatię konserwatystów względem mafii, co w obu przypadkach byłoby skutkiem negatywnym. Jest tu też pewna dawka przemocy, wulgaryzmów i nieskromnych widoków (tych ostatnich szczególnie w czasie wizyty mafiosów na Kubie, gdzie wykonywany jest przez niewiasty, pokazany przez krótki czas, taniec w nieskromnym odzieniu).  Na płaszczyźnie zatem ściśle moralnej (bo artystyczna utrzymana jest na wysokim poziomie) ciężko mi ten film odradzić albo polecić. Jest on swego rodzaju mieczem obosiecznym. Dla niewyrobionych widzów może być trochę niebezpieczny, dla uważniejszych może stanowić źródło trafnych refleksji. Tak czy inaczej, zalecam nie podchodzić do niego ani jako do jawnie złego i godnego omijania szerokim łukiem ani jako do niewymagającego żadnej ostrożności przy jego oglądaniu.  Michał Jedynak /.../
  3. Wierzę w Ciebie

    Leave a Comment Film ten pokazuje prawdziwą historię tyczącą się młodości znanego chrześcijańskiego piosenkarza Jeremy’ego Campa, który to po wyjeździe z rodzinnego miasta na studia zakochał się w dziewczynie o imieniu Melissa. Melissa niestety jednak po niezbyt długim czasie ich znajomości okazała się być chorą na raka. Produkcja ta pokazuje zmagania tej pary z owym bolesnym wydarzeniem. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej film pt. „Wierzę w Ciebie” jest z pewnością godny polecenia, gdyż pokazuje, iż wiara w Boga oraz modlitwa pomagają przetrwać nawet takie tragiczne przejścia jak ciężka choroba i śmierć ukochanej osoby. Co więcej, pokazane zostało tu też, jak cierpienie – choćby i pozornie wydawało się być bezsensowne – potrafi rodzić dobre owoce dla innych ludzi. Za mocny punkt tego filmu można też uznać to, iż w przychylny sposób pokazuje on takie pozytywne moralnie postawy jak: współczucie, poświęcenie, pomoc niesioną bliźnim. Jako pewnego rodzaju wątpliwe elementy omawianego dzieła można uznać, iż pokazuje on zmysłowe i jednocześnie pozamałżeńskie pocałunki, a także niezbyt skromne stroje noszone przez chrześcijańskie niewiasty. Pierwsza rzecz jednak dzieje się w kontekście ogólnie dwuznacznej moralnie sytuacji, więc można powiedzieć, iż przynajmniej trochę będzie to osłabiać życzliwy odbiór przez widza takiego zachowania (czyli przypomnijmy: zmysłowych pocałunków). Niestety, jednak naiwnością byłoby raczej sądzić, że intencję twórców stanowiło napiętnowanie w ten sposób zmysłowych, a pozamałżeńskich pocałunków jako takich. Ocena zawarcia w filmie drugiej rzeczy (nieskromnych strojów niewieścich) jest zaś o tyle trudna, iż niestety od dłuższego czasu chrześcijanki powszechnie ubierają się w ten sposób, a więc przedstawianie ich ubranych np. w długie suknie mogłoby zakrawać nawet na próbę swego rodzaju oszukania widza. Z drugiej jednak strony należałoby szukać sposobu, w którym pogodzone ze sobą zostałyby tak realizm w pokazywaniu pewnych rzeczy, jak odpowiednio krytyczny sposób ich pokazywania. Oczywiście dodajmy, że ów realizm w ukazywaniu dziejących się faktów też powinien mieć swe pewne granice, np. kręcenie filmów o rzeczywiście dziejących się gwałtach i pedofilii nie usprawiedliwiałoby pokazywanie takich obrzydliwości w sposób szczegółowy. Pomijając jednak wskazane wyżej – mimo wszystko chyba jednak niezbyt duże wątpliwości – polecamy ten film jako przykład pięknego, wzruszającego i pro-chrześcijańskiego kina. Dodajmy, że dobre moralnie i światopoglądowo przesłanie tej produkcji jest tu połączone z jej wysokim artystycznie poziomem wyrażającym się w pięknie nakręconych zdjęciach, interesującej fabule oraz rzetelnej grze aktorów. Mirosław Salwowski /.../
  4. Hologram dla króla

    Leave a Comment Alan Cry, amerykański biznesmen przylatuje do Arabii Saudyjskiej w celu sfinalizowania ważnego dla jego firmy interesu mającego być zawartego z królem tego muzułmańskiego kraju. Wszystko to jednak zaczyna się przeciągać w nieskończoność, gdyż król jest niedostępny, zaś pracujący dla Alana ludzie muszą wykonywać swe zajęcia w kiepskich jak na ich specyfikę warunkach. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej film ten zasługuje na krytykę, gdyż jego fabuła zmierza do życzliwego przedstawienia podejmowania seksualnych relacji przez osoby rozwiedzione (czyli czegoś to tradycyjnie zwano mianem „cudzołóstwa”). Widzimy tu bowiem jak Alan angażuje się w tego rodzaju zażyłość z pewną miejscową lekarką i końcówka omawianej produkcji sugeruje (a może nawet wprost o tym mówi), że ów związek był czymś budującym oraz szlachetnym. Gwoli złagodzenia krytyki tego filmu w owym aspekcie możemy jednak powiedzieć, iż z drugiej strony w jednej z innych scen Alan zrezygnował z podjęcia przypadkowego kontaktu seksualnego mimo, że miał ku temu okazję. Nie można zatem powiedzieć, by twórcy tego obrazu promowali rozwiązłość seksualną przejawiającą się w bardzo łatwym nawiązywaniu takich relacji. To oczywiście dobrze, ale z drugiej strony nie usprawiedliwia pozytywnego przedstawiania przez nich pozamałżeńskiego seksu, wówczas gdy takowy opiera się na bardziej poważnym uczuciu i głębszej więzi. Coś takiego jest rzecz jasna mniej złe niż rozwiązłość, ale wciąż jednak pozostaje czymś występnym i niemiłym Panu Bogu. Ponadto, wydaje się, że w filmie tym zbyt pobłażliwie pokazano łamanie miejscowego prawa w sytuacji, gdy takowe nie próbuje zmusić kogoś do czynienia czegoś ewidentnie złego. Chodzi mianowicie o spożywanie alkoholu m.in. przez Alana, co jest wszak zakazane przez prawo Arabii Saudyjskiej. Niewątpliwie, samo w sobie, umiarkowane oraz ostrożne picie alkoholu nie jest materią żadnego grzechu, jednak w sytuacji, gdy prawo zabrania takiego zachowania należy przestrzegać takich przepisów, gdyż z drugiej strony powstrzymanie się od picia owych napojów nie jest czymś złym (a nieraz może być nawet z różnych względów zalecane). Więcej na temat tego, kiedy należy, a kiedy nie należy być posłusznym prawo ustanawianym przez władze cywilne można przeczytać w tym – będącym zestawianiem różnych wypowiedzi – tekście. Film pt. „Hologram dla króla” promuje zatem cudzołóstwo oraz nieposłuszeństwo rządzącym, dlatego też nie zasługuje on na pochwałę. Mirosław Salwowski /.../
  5. Supernova (2019)

    Leave a Comment Jakiś znany polityk powoduje na jednej z wiejskich dróg krwawy wypadek. Zdarzenie to doprowadza do próby wymierzenia mu na własną rękę dotkliwej kary przez okolicznych mieszkańców. Oto jest mniej więcej fabuła filmu pt. „Supernova”. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej produkcję tą oceniamy zasadniczo negatywnie, gdyż w gruncie rzeczy nie widać w nim jakiegoś konstruktywnego, gdyż zachęcającego widza do pozytywnej refleksji przesłania. Całość tego obrazu wydaje się wszak sprowadzać do odmalowania popełnianego przez ludzi zła i pozostawienia odbiorcy z tym złem samemu sobie. Można tylko się więc zapytać: jaki jest sens kręcenia tego rodzaju filmów? Podkreślanie bowiem faktu, iż ludzie bardzo często popełniają różne złe uczynki nie jest bowiem żadną odkrywczą wartością, a zatem sprowadzanie fabuły do eksponowania tej łatwej do samodzielnego odkrycia rzeczywistości zdaje się być działaniem próżnym i bezsensownym. Mirosław Salwowski /.../
  6. Ukryte piękno

    Leave a Comment

    Howard, pełen werwy i pasji specjalista od reklamy z Nowego Jorku zapada na głęboką depresję po tym jak jego 6-letnia córeczka umiera na raka. W czasie owej depresji Howard spędza swój czas na układaniu wielkich konstrukcji z klocków Domino oraz pisaniu osobistych listów do trzech bytów – Śmierci, Miłości i Czasu. Takie nastawienie głównego bohatera zaczyna rodzić poważne problemy dla funkcjonowania firmy, w której jest on jednym ze strategicznych współudziałowców. Biznesowi partnerzy, a zarazem przyjaciele Howarda wpadają zatem na pewien plan mający doprowadzić do odsunięcia go od wpływu na losy firmy.

    Film pt. „Ukryte piękno” co prawda zawiera podejrzane wtręty światopoglądowe (np. przypominające błędną filozofię „New Age” słowa o „absolutnej więzi łączącej wszystkich”), jednak wydaje się nam, iż może on pobudzać widzów do poważnej refleksji nad tym co jest w życiu ważne, mniej ważne oraz nieważne. Obraz ten bowiem skłania do myślenia o tym, co współczesna popkultura raczej jest skłonna z naszej świadomości wypierać, a więc o śmierci, przemijaniu, cierpieniu. Można powiedzieć, iż film ów zachęca do odważnego stanięcia „oko w oko” z tymi nieuchronnymi rzeczywistościami. Ponadto, wskazuje się tu też na pozytywną rolę więzi rodzinnych, a jeden z jego wątków pokazuje nawet odbudowę rozbitego wcześniej małżeństwa. Atutem tego filmu jest też to, iż nie epatuje on widzów przemocą, seksem, bezwstydem i obscenicznością.

    Jeśli zaś chodzi o bardziej wątpliwe wątki „Ukrytego piękna” to oprócz wspomnianych wcześniej wtrętów rodem z „New Age” w pewnych momentach wyczuwa się tu trochę sceptycyzmu wobec wiary w osobowego Boga. Główny bohater mówi bowiem, iż w czasie, gdy jego córeczka cierpiała i umierała, nie modlił się do Boga, ale zwracał się do innej z rzeczywistości, a w jednej ze scen wykpiwa nawet bardziej chrześcijańsko brzmiące wyjaśnienia tragedii, która go spotkała. Niestety zaś, owe nieco sceptyczne odniesienia do Boga i chrześcijaństwa nie spotkały się w omawianej produkcji z żadnym pozytywnym wyjaśnieniem czy repliką. Mimo wszystko jednak, te wątpliwe elementy nie wydają się być tu silnie rozwiniętymi.

    Za pewnego rodzaju dwuznaczność można by uznać też zabieg twórców filmu polegający na personifikacji nie-osobowych przecież rzeczywistości jakimi są np. śmierć oraz czas, jednak da się to chyba jakoś uzasadnić. Można bowiem potraktować omawiany obraz jako coś w rodzaju „baśni dla dorosłych”, a wówczas pewna niedosłowność w pokazywaniu niektórych z rzeczywistości mogłaby zostać uznana za dopuszczalną. Jeśli już to największe wątpliwości w tym kontekście budzi przedstawianie Miłości w postaci młodej kobiety, gdyż jak mówi Pismo święte to „Bóg jest miłością” (1 Jana 4: 8). Można więc powiedzieć, że akurat Miłość jest osobą, ale tą osobą jest Bóg, który ludziom nie objawił się bynajmniej w postaci tej czy innej niewiasty (ale wcielił się w postać mężczyzny, czyli Jezusa Chrystusa oraz w Swym Słowie opisywał się głównie, choć owszem nie wyłącznie, w rysach męskich). Przy tej okazji warto wspomnieć o jeszcze jednym dyskusyjnym elemencie tego filmu, a mianowicie o słowach jednego z jej bohaterów, który w pewnym momencie mówi, iż przy narodzinach swój córki „nie tylko odczuwał, że był pełen miłości, ale czuł, że jest miłością”. Skoro jednak Biblia mówi, że to „Bóg jest miłością”, to takie stwierdzenia są co najmniej niestosowne, gdyż w pewien sposób zrównują człowieka, który jest stworzeniem z Jego Stwórcą, czyli Bogiem.

    Mimo wszystko polecamy jednak ów film jako jedną z lepszych okazji do zastanowienia się nad śmiercią, przemijaniem i cierpieniem. Zachęcamy przy tym zachowanie dużej ostrożności doktrynalnej i odłożenie na bok wspomnianych przez nas bardziej podejrzanych elementów tego obrazu.

    Mirosław Salwowski 

     

     

      /.../

  7. Szklany zamek (2017)

    Leave a Comment Film ten opowiada o rodzinie prowadzonej przez będących „lekkoduchami” ojca i matkę. Rex i Rose Mary – bo tak nazywają się ci rodzice – nie troszczą się zatem zbytnio o utrzymanie stałej pracy, a za to często wraz z czworgiem swych dzieci przemieszczają się z miejsca na miejsce, postrzegając to swoje zachowanie nie jako nieodpowiedzialność, ale „inny” (w domyśle lepszy i szlachetniejszy) od większości społeczeństwa – styl życia. Całość tej sytuacji dodatkowo komplikuje jeszcze skłonność do pijaństwa w wykonaniu Rexa. W ten sposób dzieci zrodzone przez Rexa i Rose wzrastają w ciągłym klimacie niepewności, niestabilności oraz skrajnego ubóstwa, które jednak przeplatane są z bardziej ciepłymi i serdecznymi momentami, gdyż ich rodzice mimo swej życiowej nieodpowiedzialności potrafią też okazywać im miłość. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej film ów zasługuje na docenienie, gdyż pokazuje on w pozytywnym świetle takie tradycyjnie chrześcijańskie cnoty i postawy jak przebaczenie, współczucie oraz wzajemna pomoc. Z drugiej strony w sposób przekonywujący zostało w nim odmalowane zło pijaństwa, a także fakt, iż pod szlachetnie brzmiącymi nawiązaniami do społecznego nonkonformizmu i odrywania się od konsumpcjonizmu może kryć się destrukcyjna dla naszych bliskich nieodpowiedzialność. Tytułem pewnego rodzaju zastrzeżenia względem tego filmu można podnieść zapytanie, czy jego twórcy dostrzegając też pozytywne elementy w postawie ojca rodziny (czyli Rexa) nie popadli w zbyt mocny sposób w próbę „romantyzowania” jego nieodpowiedzialnej życiowo postawy? Niektóre ze scen i dialogów zawartych tej produkcji stwarzają bowiem takie wrażenie. Mimo wszystko jednak, ogólny wydźwięk filmu raczej nie wspiera takiej postawy, a przy okazji też życzliwie przedstawia inne z chrześcijańskich cnót, dlatego też nasza jego ocena jest zasadniczo rzecz biorąc pozytywna. Mirosław Salwowski /.../
  8. (Nie)znajomi

    Leave a Comment Kanwą tego filmu jest z pozoru całkiem zwyczajne spotkanie na kolacji grupy znajomych. Ten wieczór zmienia się jednak gwałtownie, gdy jego bohaterzy postanawiają, początkowo niby tylko dla zabawy, rozpocząć grę polegającą na odczytywaniu na głos wszystkich sms-ów, jakie podczas niego dostaną oraz odbierania przychodzących do nich telefonów na głośnikach (tak, by inni uczestnicy kolacji mogli słyszeć treść rozmów). Ta żartobliwa gra w miarę jej trwania przemienia się w coraz bardziej napiętą emocjonalnie i psychicznie sytuację, gdyż z pozoru znani sobie ludzie dowiadują się w ten sposób o sobie nowych, często wstydliwie skrywanych wcześniej, rzeczy. Na płaszczyźnie moralnej i światopoglądowej film ów jest dobrym przykładem produkcji w swej wymowie bardzo dwuznacznej. Z jednej bowiem strony za jego plus można uznać to, iż de facto uwydatnia on prawdę o grzeszności ludzkiej natury. Pokazana bowiem tutaj gra wskazuje wszak na to, jak w życiu zapewne każdego dorosłego człowieka można by znaleźć rzeczy dla niego bardzo wstydliwe, których ten nie chciałby w żaden sposób odkrywać przed innymi ludźmi. Ta obserwacja może ukierunkować widzów na dostrzeżenie biblijnej prawdy o tym, że „wszyscy zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej” (Rzymian 3, 23). Z drugiej jednak strony w mocny sposób film ten w przychylny sposób ukazuje homoseksualizm, a więc grzech, przez który ci, którzy się go dopuszczają, nie odziedziczą Królestwa Bożego (patrz: 1 Kor 6, 9-10). Nie możemy zatem w bardziej wyraźny sposób pochwalić filmu pt. „(Nie)znajomi„, gdyż jego twórcy są jak ci, którzy jedną ręką budują, a drugą burzą i niszczą. Mirosław Salwowski /.../
  9. Pojednanie

    Leave a Comment Film ten został oparty – przynajmniej w swych głównych wątkach – na prawdziwych wydarzeniach. Widzimy więc w nim z jednej strony anglikańskiego „arcybiskupa” Desmonda Tutu, który po upadku w RPA Apartheidu przewodniczy utworzonej tam komisji mającej rozliczać przeszłość, z drugiej zaś strony ukazana zostaje nam sylwetka Pita Bloomfielda, byłego pracownika służb specjalnych, który za swe zbrodnie i nadużycia popełnione w czasach minionego systemu, odsiaduje wyrok więzienia. Jednym z głównych wątków tego filmu jest więc seria spotkań pomiędzy Desmondem Tutu a Bloomfieldem, podczas których dochodzi do swego rodzaju starcia pomiędzy tymi dwoma osobami. Pastor Tutu chce bowiem przywieźć Bloomfielda do skruchy i żalu za swe dane złe czyny, tymczasem ów złoczyńca cynicznie odbija tę serwowaną mu „piłeczkę” niejako chełpiąc się ze swych okrutnych uczynków i jakby przekonując, że próby nawracania go na dobrą drogę są czymś w rodzaju śmiesznej naiwności. Na płaszczyźnie moralnej oraz światopoglądowej film ten należy ocenić pozytywnie, gdyż poprzez wykorzystanie klasycznego motywu walki dobra ze złem (na przykładzie starcia się dwóch wyżej wzmiankowanych postaci) pokazuje on, że nawet będąc głęboko pogrążonym w nieprawości człowiekiem można zdobyć się przynajmniej na próbę naprawienia swych win. W obrazie owym widzimy też, iż prawdziwe wybaczenie jest możliwe również w obliczu bardzo niegodziwych czynów. W produkcji tej widzimy wszak, że w pewnym momencie matka wybacza człowiekowi, który brał udział w morderstwie jej córki. Tytułem poważniejszych wątpliwości, jakie możemy podnieść względem tego filmu, jest obfitość wulgarnej mowy w nim zawartej. Oczywiście rozumiemy, że w tym kontekście została ona tu użyta poniekąd w celu jeszcze mocniejszego podkreślenia głębi deprawacji jednego z głównych bohaterów, ale tradycyjnie przy tego typu okazjach podnosimy pytanie o to, czy rzeczywiście stosowanie takiego zabiegu przez filmowców jest bardzo potrzebne, a poza tym wskazujemy, iż wulgaryzmy można by ostatecznie „wypikować”. Ta ostatnia metoda, mimo że na pierwszy rzut oka mogłaby się wydawać co poniektórym śmieszna, to jednak z jednej strony wciąż podkreślałaby głębię deprawacji osoby używającej taki rodzaj języka, z drugiej zaś pozwalałaby na nieepatowanie widzów czymś takim. Na sam koniec, by z góry dać odpór możliwym nadinterpretacjom, jakie mogą pojawić na skutek publikacji tej recenzji wyjaśniamy, że fakt przychylnego potraktowania przez nas filmu, w którym pozytywnym bohaterem jest anglikański hierarcha Desmond Tutu nie jest równoznaczny z pochwałą ogółu jego światopoglądowych i moralnych przekonań. Człowiek ten bowiem oprócz faktu trwania w anglikańskiej schizmie i herezji wspiera też np. grzech wołający o pomstę do Nieba, jakim jest aktywność homoseksualna. Niemniej jednak zgodnie z duchem prawowiernego ekumenizmu doceniamy to, co konkretnego dobrego on w swym życiu czynił. Ponadto, przez tę recenzję nie zamierzamy sugerować, czy aby na pewno kierunek społeczny, w którym poszła RPA po upadku Apartheidu, jest czymś znacznie lepszym od zła tkwiącego w samym Apartheidzie. Z pewnością bowiem można by wskazać na pewne bardzo niegodziwe rzeczy, które nowi władcy RPA wprowadzili (np. legalizacja aborcji i sodomii). Kwestia więc oceny tego, który z systemów w RPA (Apartheid czy to co nastało po jego upadku) w swym całokształcie miał więcej plusów i mniej minusów, jest zdecydowanie bardziej złożona i nasza recenzja nie pretenduje nawet do próby odpowiedzi na to pytanie. Mirosław Salwowski /.../
  10. Czarny łabędź

    Leave a Comment Reżyser nowojorskiego zespołu baletowego postanawia zastąpić około 40-letnią primabalerinę Beth MacIntyre świeżą dla widowni twarzą. Nowa gwiazda zadebiutować ma w Jeziorze Łabędzim, grając, jak nakazuje tradycja jednocześnie rolę Białego i Czarnego Łabędzia. O roli tej marzy oczywiście każda dziewczyna w zespole, także główna bohaterka filmu – Nina. Chociaż zdążyła już ona zwrócić uwagę reżysera świetną techniką i pracowitością, to powątpiewa on, czy ta wręcz stworzona do roli Białego Łabędzia tancerka, da sobie również radę w roli Czarnego. Od odtwórczyni tej drugiej roli ów reżyser oczekuje bowiem emanowania drapieżnym erotyzmem, nieprzewidywalnością i dzikością. Mężczyzna ten sugeruje Ninie, że tylko wtedy będzie wiarygodna w tej roli, jeśli znajdzie czy wyzwoli w sobie mroczne cechy tej postaci . IMG_7135.CR2 Film ten to niestety przede wszystkim zaprzepaszczony materiał na całkiem dobry (także moralnie) i mądry dramat psychologiczny. Mamy tu bowiem ciekawą historię rozwoju autodestrukcyjnych skłonności, w młodej, dążącej do perfekcji kobiecie. Skłonności te, jak możemy się domyślać, rozwijają się w niej już od dziecka. Nina bowiem wychowywana jest przez nadopiekuńczą, samotną matkę. Kobieta ta, sama niezbyt spełniona tancerka, zakończyła swoją karierę zawodową w wieku 28 lat, kiedy to urodziła córkę. Nina jest więc od początku programowana tak, by wejść na baletowy szczyt, którego nie udało się zdobyć jej matce. Ażeby tego dokonać, nie może jednak popełniać błędów matki, czyli, jak się domyślamy, nie powinna np. zajść w ciążę, która automatycznie zakończyłaby jej karierę. Matka Niny stara się zapobiec takiej ewentualności, trzymając dorosłą córkę pod kloszem, nie dając jej dorosnąć i wprost udziecinniając (różowy pokój dobiegającej 30-tki Niny wypełniony jest pluszakami). Dziewczyna żyje więc tylko po to, żeby idealnie tańczyć. By to osiągnąć musi wręcz katować swoje ciało wielogodzinnymi ćwiczeniami, dietą, znoszeniem kontuzji i bólu. Do tego dochodzi teraz ogromna presja związana z tym, czy udźwignie kluczową rolę na scenie i uda jej się dorównać legendarnej poprzedniczce, kiedy wszystkie oczy skierowane będą na nią, a każdy błąd będzie widoczny w świetle reflektorów. Na takim gruncie oczywiście łatwo rozwijają się u Niny nerwice, lęki i autodestrukcyjne zachowania (narasta jej skłonność do samookaleczeń). Do całkowitego rozchwiania osobowości dziewczyny dochodzi właśnie w momencie, kiedy dostaje swoją wymarzoną rolę i z tego tytułu szczególną uwagę poświęca jej reżyser. Człowiek ten ma na Ninę równie silny wpływ co jej matka, tyle że jeszcze bardziej destrukcyjny, bo pozbawiony autentycznej troski o nią. Matka Niny bowiem mimo swoich ambicji i uwielbienia dla baletu, kiedy widzi, co dzieje się z jej córką, chce, by ta zrezygnowała z roli, która ją niszczy. Reżyser natomiast, który traktuje baletnice jak marionetki, zainteresowany jest tylko tym, by jego spektakl wypadł jak najlepiej, bez względu na cenę. Mężczyzna ten uświadamia Ninie, że sama techniczna perfekcja nie zapewni jej artystycznego sukcesu, nawet w tak zdyscyplinowanej dziedzinie, jaką jest balet. Wmawia Ninie, że będzie zdolna zagrać Czarnego Łabędzia tylko wtedy, kiedy otworzy się też w prawdziwym życiu na szaleństwo i kobiecość (przez którą rozumie on właściwie wyuzdanie). Reżyser ów próbuje więc pomóc głównej bohaterce uwolnić w pełni artystyczny potencjał praktycznie ją molestując, a także namawiając do takich zachowań jak masturbacja, czy celowe erotyczne prowokowanie mężczyzn. Mężczyzna ten namawiając Ninę, żeby dała ponieść się szaleństwu, nie zdaje sobie jednak sprawy, że jest ona osobą, która i tak ledwo trzyma się psychicznie i niewiele jej potrzeba, aby utracić resztki zdrowia psychicznego. Temat więc, który podejmuje ten film, jest całkiem ciekawy i mamy tutaj rzeczywiście sporo interesujących obserwacji odnośnie ludzkiej natury, czy różnych problemów występujących na styku sztuki i „zwykłego życia”. Niestety temat ów posłużył też twórcom filmu do epatowania widza różnego rodzaju moralnymi obrzydliwościami, czy nawet seksualnymi zboczeniami. Mamy tu więc tu pokazaną dość wyraziście scenę, w której główna bohaterka, za radą swojego mentora, masturbuje się w swoim pokoju. Jest też nawet długa i obliczona na ekscytowanie widza scena, w której Nina fantazjuje o lesbijskim stosunku seksualnym z koleżanką z baletu, przekonana zresztą, że ma to miejsce w rzeczywistości. W filmie tym nie brak też wulgarnej mowy, zdarza się nawet używanie imienia Bożego na daremno, są też plugawe słowne nawiązania do grzechu nieczystości. Nieczystość jest też elementem występującym w nieskromnych ubiorach baletowych (obojga płci) i czasem w tańcu tu pokazywanym. A ponieważ stroje baletowe nie zawsze mają wyraźnie nieskromny charakter i nie jest to nieodzownym elementem tej dziedziny sztuki (choć niestety często występującym), to taki, a nie inny ubiór aktorów tym bardziej obciąża moralnie reżysera. Innym elementem bardzo psującym odbiór filmu jest nadmiar scen przemocy (głównie samookaleczeń), niektóre z tych scen mają intensywność i charakter przywodzący na myśl horrory. Zresztą ten jakby brak zdecydowania czy film ten jest bardziej dramatem, czy horrorem jakoś zgrzyta i psuje odbiór filmu, a intensywność scen przemocy i grozy sprawia, że jest on wręcz męczący w odbiorze. Całość negatywnie wieńczy scena końcowa, w której poświęcenie Niny i jej zatracenie się w roli zostaje jakby zrozumiane i docenione przez reżysera baletu, a być może i reżysera samego filmu. Zakończenie zdaje się mówić widzowi, że ta „ofiara na ołtarzu sztuki” była piękna i może powinien ją z wdzięcznością przyjąć. Finał więc psuje niestety również przekaz filmu, który mimo fatalnych środków wyrazu, mógł być całkiem pozytywny. Marzena Salwowska /.../