cztery-wesela Filmy
Cztery wesela i pogrzeb

Ocena ogólna:  Wyraźnie zły (-2)

Tytuł oryginalny
Four Weddings and a Funeral
Data premiery (świat)
11 marca 1994
Data premiery (Polska)
30 grudnia 1994
Rok produkcji
1994
Gatunek
Komedia romantyczna
Czas trwania
117 minut
Reżyseria
Mike Newell
Scenariusz
Richard Curtis
Obsada
Hugh Grant, Andie MacDowell, James Fleet, Simon Callow, John Hannah, Kristin Scott Thomas i David Bower
Kraj
Wielka Brytania
BrakNiewieleUmiarkowanieDużoBardzo dużo
Nieprzyzwoity język
Przemoc / Groza
Seks
Nagość / Nieskromność
Wątki antychrześcijańskie
Fałszywe doktryny

Akcja tej brytyjskiej komedii rozgrywa się, zgodnie z tytułem, podczas czterech ślubów i jednego pogrzebu. Głównym bohaterem jest tu 32-letni londyńczyk Charles, wedle słów jednej ze swoich byłych „narzeczonych” – „seryjny monogamista”, który nie potrafi w pełni zaangażować się w związek z kobietą. Charles często bywa drużbą, mimo że nie najlepiej sprawdza się w tej roli (notorycznie spóźnia się, obraża gości, zdarza mu się nawet zapomnieć obrączek). Podczas jednego z wesel poznaje pewną Amerykankę Carrie, która od razu (z wzajemnością) „wpada mu w oko”. Z nią też spędza noc w wynajętym dla weselnych gości hotelu. Następnego dnia dziewczyna wraca jednak do Stanów, a Charles nie może o niej zapomnieć. Kiedy spotykają się ponownie okazuje się, że Carrie jest już zaręczona z innym (co zresztą nie przeszkodzi jej w spędzeniu kolejnej nocy z Charlsem). Główny bohater postanawia więc również ułożyć sobie życie z jedną z byłych „narzeczonych”, z którą wkrótce stanie na ślubnym kobiercu …

Najbardziej uderzającą cechą tego filmu jest jego ambiwalentny stosunek do instytucji małżeństwa (pierwszej na świecie i wymyślonej dla dobra człowieka przez samego Stwórcę). Twórcy tej produkcji wprawdzie nie przekreślają całkowicie wartości małżeństwa, łaskawie przyznając, że ma ono swój „urok” i może być dobre dla wielu osób, problem jednak w tym, że zrównują jego wartość z tak zwanymi „związkami partnerskimi”. Morał, czy raczej anty-morał tego filmu, można streścić słowami: „Szukaj wytrwale swojej „drugiej połówki” (może być tej samej płci), kiedy ją znajdziesz, to czyń, co uważasz za stosowne – jeśli to cię nie przeraża, to wstąp w związek małżeński (wszak, jeśli „połówka” okaże się nie pasować, od czego są rozwody), a jeśli jednak dojdziesz do wniosku, że małżeństwo „to nie to” żyj w konkubinacie„.

Nadto film w typowy dla komedii romantycznych przesłodzony sposób podaje moralną truciznę niczym zatrute cukierki. Przykładem tego może być chociażby scena, w której (około 30-letnia) Carrie z uroczym uśmiechem opowiada o swoich 33 kochankach. Czy też to, że jako idealny wzorzec dla małżeństw przedstawiany jest związek dwóch homoseksualistów (dodam, że jeden z bohaterów filmu wygłasza pochwalną mowę na cześć swojego zmarłego kochanka, nazywając go czule „pedziem”, co nie wywołuje najmniejszego grymasu na twarzy prowadzącego ceremonię pogrzebową duchownego). Na marginesie warto zauważyć, że duchowni (nie tylko w wykonaniu znanego z roli Jasia Fasoli Rowana Atkinsona), zdają się pełnić w filmie rolę weselnych błaznów (przy tej okazji widz jest zresztą bawiony przekręcaniem słów chrześcijańskich modlitw oraz najświętszego imienia Bożego).

Chyba jedyną poważniejszą zaletą tego filmu, jaką można dostrzec, jest to, że może skłaniać do zastanowienia nad hipokryzją naszych czasów, która każe ludziom, którzy nie wierzą już w istotę małżeństwa wydawać majątek na wystawny cyrk, z duchownym, obrączkami, kwiatami, drogimi prezentami i oczywiście białą (na znak czystości) suknią panny młodej.

Marzena Salwowska

cztery

 

11 maja 2017 15:39